Archiwa autora: Ciesielczyk

Krzysztof Hollender vel Holender – zarejestrowany przez SB jako KO „LOTNIK”, dziś pełnomocnik „Bezpartyjnych Samorządowców”

Czy można być współpracownikiem SB w 80 procentach?

Absurdy procesów lustracyjnych w RP

Zawsze po prawej stronie, zawsze w pozie wielkiego patrioty… Gdy zaczęła działać Prawica Rzeczypospolitej, był jednym z istotnych jej działaczy. Gdy powstał ruch Kukiza stał się jego „mężem zaufania”. Gdy w wyborach do PE wzięła udział Polska Fair Play Gwiazdowskiego był w gronie jego  współpracowników. Teraz przedstawia się jako „pełnomocnik Bezpartyjnych Samorządowców na Małopolskę”. Postępowanie lustracyjne w jego przypadku, pokazuje jak absurdalny charakter ma ustawa lustracyjna, która daje sądowi nieograniczone możliwości jej interpretacji.

nr 1– Marek Jurek, Krzysztof Hollender i Paweł Kukiz, fot. FB       

 

nr 2– Robert Gwiazdowski i Krzysztof Hollender, fot. FB

 

Po prawicy latający Holender

Gdy Okręgowa Komisja Wyborcza w Krakowie uchwałą z dnia 3 czerwca 2009 roku skreśliła go z listy wyborczej Prawicy Rzeczypospolitej do PE „wobec utraty prawa wybieralności”, zdziwiło to nieco jego kolegów partyjnych, gdyż przecież już jesienią 2007 roku startował do Sejmu z listy LPR. Mimo wielkich ambicji start ten zakończył się dla niego kompromitacją. Głosowało na niego tylko 117 osób. Jeszcze gorzej wypadł w 2014, gdy kandydował do rady gminy Gorlice. Na swoim podwórku uzyskał wówczas poparcie zaledwie 26 osób. Mimo to pretendował zawsze do roli „rozgrywającego” polityka prawej strony sceny politycznej w południowej Małopolsce. W 2011 prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie sfałszowanych podpisów na listach komitetu wyborczego, którego był pełnomocnikiem. – patrz: https://gazetakrakowska.pl/nowy-sacz-falszywe-podpisy-na-listach-po-i-prawicy/ar/447942?fbclid=IwAR2guwtMfNKA2ZziBfHC7IIJi0-pilLIU0IeIfJb0w7uWK6eYeyWNzK_sZs

 

Holender czy Hollender?

We wcześniejszych wyborach startował pod nazwiskiem Holender, a później jako Hollender (przez dwa l). Niezrozumiałym wydać się mogło również i to, że w Internecie – nie wiedzieć czemu –  pojawiło się „Zaświadczenie” z dnia 5 kwietnia 2007, wydane przez IPN na wniosek samego Holendra (przez jedno l), iż jego dane osobowe nie są tożsame z danymi w katalogu IPN udostępnionym od dnia 26 listopada 2004 r.” – patrz:  https://bip.ipn.gov.pl/bip/zaswiadczenia/294,Holender-Krzysztof-ur-15011954-r.html

Można było odnieść wrażenie, iż Holender chce przed wyborami parlamentarnymi wykazać, że nie ma go na liście współpracowników komunistycznych służb specjalnych. Tymczasem zaświadczenie z IPN, którym wymachiwał „prawicowiec” z Gorlic, wcale tego nie udowadniało. Instytut Pamięci Narodowej wydał później oświadczenie, że takie pismo wcale nie świadczy o tym, iż ktoś był lub nie był współpracownikiem SB i „nie odnosi się do całości zasobu archiwalnego IPN, lecz wyłącznie do ww. katalogu”. W praktyce oznaczało tylko, że danego nazwiska nie było na „liście Wildsteina”. Holender zaczął się więc tłumaczyć, zanim go ktokolwiek o cokolwiek obwinił. – patrz: https://www.tysol.pl/a26325-IPN-o-zaswiadczeniach-ws-braku-wspolpracy-z-bezpieka-Prof-Cenckiewicz-Hej-komuszki-koniec-z-ta-hucpa

 

nr 3 – Krzysztof Hollender vel Holender, ur. w 1954, zamieszkały w Gorlicach, fot. BSM

 

Prokurator IPN oskarża Holendra o kłamstwo lustracyjne

Gdy IPN przeanalizował oświadczenie lustracyjne Krzysztofa Holendra (przez jedno l) z 21 września 2007 roku, złożone w związku z jego udziałem w wyborach do Sejmu, doszedł do wniosku, iż należy w tym przypadku skierować do sądu wniosek o wszczęcie postępowania lustracyjnego „wobec uznania, że zachodzi wątpliwość co do zgodności z prawdą analizowanego oświadczenia”.

Należy zwrócić uwagę na wyjątkowo opóźnioną reakcję IPN na podejrzane oświadczenie lustracyjne. Holender został wezwany do złożenia wyjaśnień dopiero 2 czerwca 2009 roku, czyli prawie dwa lata po złożeniu kwestionowanego przez IPN oświadczenia lustracyjnego! Przypomnijmy, że dzień później PKW skreśliła go z listy wyborczej do PE. Dodać należy, że Holender składając wówczas wyjaśnienia, sam przyznał, że starał się wcześniej o status pokrzywdzonego przez SB, ale IPN odmówił mu tego. Holender zaprzeczył, aby kiedykolwiek współpracował z SB, a część informacji wynikających ze zgromadzonych w archiwum IPN dokumentów pod sygnaturą  IPN Kr 0032 / 1027, świadczących o jego współpracy z SB, uznał za nieprawdziwe.

IPN nie dał wiary Holendrowi, zaś prokurator Oddziałowego Biura Lustracyjnego IPN w Krakowie, Piotr Stawowy skierował do sądu wniosek o wszczęcie postępowania lustracyjnego, zarzucając Holendrowi, że praktycznie od początku 1982 roku do połowy 1983 roku współpracował z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa. Sąd  Okręgowy w Nowym Sączu przychylił się do tego wniosku 23 października 2009 roku (sygnatura sprawy:  II K 54/09).

 

Kontakt Operacyjny SB o pseudonimie „LOTNIK”

Prokurator Stawowy na podstawie zgromadzonych w IPN dokumentów (sygnatura IPN Kr 0032 / 1027) stwierdził, iż Krzysztof Holender, technik mechanik, który był działaczem „Solidarności” w Fabryce Maszyn Wiertniczych i Górniczych „Glinik” w Gorlicach i został internowany 13 grudnia 1981 roku w ośrodku w Załężu, spotkał się tam z kapitanem SB Andrzejem Szczepańskim już 8 stycznia 1982 roku i przekazał mu m.in. swoje oceny dotyczące organizacji partyjnej w „Gliniku”, działalności w NSZZ „Solidarność, sposobu pozyskiwania „materiałów propagandowych” przez zakładową organizację tego związku zawodowego. Doniósł wówczas esbekowi o rzekomych nadużyciach człowieka o nazwisku Bogusław Dętkoś oraz jego rzekomych, niezgodnych z prawem powiązaniach z prokuratorem Miareckim, a także o „nadużyciach”, jakich miał się dopuścić niejaki Wojtasiewicz, o których rzekomo miał wiedzieć sekretarz zakładowej organizacji partyjnej Rak.

Holender sam poprosił o kolejne spotkanie z tym samym oficerem SB. Doszło ono do skutku  16 lutego 1982 roku. Wówczas dzisiejszy działacz prawicowych organizacji napisał własnoręcznie „lojalkę”, o następującej treści (patrz:  nr 4):

„Oświadczam, że byłem i jestem lojalnym obywatelem PRL, przestrzegającym zasady ustrojowe i porządek prawny Polski Ludowej. Stwierdzam, że uznaję zapisaną w Konstytucji naszego państwa kierowniczą rolę PZPR, we wszelkich dziedzinach politycznych, gospodarczych i społecznych Polski. Stwierdzam, że w całej rozciągłości będę przestrzegać praw stanu wojennego w Polsce oraz innych norm prawnych obowiązujących na terenie PRL. Oświadczam, że nie będę podejmować żadnych działań organizacyjnych, inspirujących czy innych, które mogłyby doprowadzić do naruszenia w jakiejkolwiek formie porządku polityczno-prawnego w Polsce Ludowej. Krzysztof Holender”.

 

nr 4 – „Lojalka” Holendra z 16 lutego 1982

 

Jedna z ważniejszych dzisiaj postaci Prawicy Rzeczypospolitej, Kukiza’15, Polski Fair Play czy Bezpartyjnych Samorządowców sporządziła wówczas także informację o swoich działaniach w NSZZ „Solidarność”, przekazując esbekowi dane dotyczące powielania i kolportażu na terenie zakładu „Glinik” informacji związkowych, dane na temat działających komisji związkowych i zakresu ich zainteresowań, w tym np. komisji kontrolującej premie wdrożeniowe w „Gliniku” czy związkowej okręgowej komisji wyborczej.

W czasie następnego spotkania z kapitanem SB Andrzejem Szczepańskim 4 marca 1982 roku  Krzysztof Holender przekazał mu dalsze informacje na temat swej NSZZ „Solidarność”, w tym dotyczące działań okręgowej komisji wyborczej nr XI w Gorlicach w czasie wyborów delegatów „Solidarności” w lipcu 1981 roku, a zwłaszcza zasad działania organów wyborczych związku i obowiązującego przy okazji wyboru obiegu dokumentów. Co więcej, Holender wyraził chęć „udzielania pomocy SB” „w każdej chwili w ramach lojalnej pomocy obywatelskiej”!

Wobec tej gotowości Holendra do współpracy z SB, dalsze z nim spotkania przekazano do realizacji esbekowi z Wydziału V Komendy Wojewódzkiej MO w Nowym Sączu, podporucznikowi Janowi Gudyce, który odpowiadał w lokalnej SB za „ochronę i zabezpieczenie” zakładu „Glinik”. 14 marca 1982 esbek przeprowadził z Holendrem rozmowę pozyskaniową, w wyniku której prezentujący się dzisiaj jako wyjątkowy polski patriota Krzysztof Holender wyraził zgodę na podjęcie tajnej współpracy z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa, podpisując stosowne zobowiązanie i obierając sobie pseudonim „LOTNIK”. Oto treść tego zobowiązania (patrz: nr 5) :

„Krzysztof Holender. Załęże 14.03.82. Oświadczenie. Ja niżej podpisany zobowiązuję się do udzielania pomocy oficerowi SB w ujawnianiu nieprawidłowości na terenie FMWiG Glinik w Gorlicach. Powyższy fakt będę traktował jako prawnie chronioną tajemnicę i nie ujawniał przed osobami trzecimi. Informacje będę firmował pseudonimem „Lotnik”. Holender”

 

nr 5 – Własnoręcznie napisane zobowiązanie Holendra do współpracy z SB

 

W trakcie tego spotkania oficer SB przeprowadził instruktaż nowo pozyskanego „źródła informacji”, który dotyczył głównie zasad tajnej współpracy z komunistyczną Służba Bezpieczeństwa. Później „Lotnik” donosił o rzekomym przywłaszczeniu sobie pieniędzy z funduszu nagród przez szefa produkcji „Glinika” inżyniera Budnioka, o rzekomych „przekrętach”  dyrektora „Glinika” Chmury, które miały polegać na nabyciu mebli po zaniżonej cenie. 9 dni po tych donosach na kolegów z pracy Holender (jak można przypuszczać „w nagrodę”) mógł wyjść na wolność z ośrodka  dla internowanych w Załężu. Przed zwolnieniem, 23 marca podczas rozmowy z kapitanem SB Andrzejem Szczepańskim, Holender „zobowiązał się do przestrzegania napisanych przez siebie dokumentów”.

Już po powrocie do miejsca zamieszkania, 1 kwietnia 1982 spotkał się ze swoim oficerem prowadzącym, podporucznikiem Janem Gudyką, kiedy to opisał nastroje „wśród byłych działaczy ‘Solidarności’ oraz byłych internowanych” z terenu Gorlic. Potwierdził także wolę współpracy z SB, zaś esbek przeprowadził wówczas szkolenie dotyczące przeniknięcia do środowiska opozycyjnych działaczy „Solidarności” oraz omówił z Holendrem „zasady konspiracji”. Esbek „zadaniował” go i ustalił z nim termin kolejnego spotkania.

21 kwietnia 1982 roku podporucznik Gudyka złożył wniosek o zarejestrowanie Krzysztofa Holendra w kategorii Kontaktu Operacyjnego SB i „Lotnik” został faktycznie zarejestrowany w tej kategorii źródła informacji w dzienniku rejestracyjnym KW MO w Nowym Sączu pod numerem 6900 (k. 31-33).

W raporcie esbeka o nazwisku Maziarz z 9 sierpnia 1982 roku z kolejnej rozmowy czytamy, że Holender „żałuje utraty wpływu na bieg wydarzeń w ‘Gliniku’. Przedstawił propozycję wspólnego spotkania byłych etatowych prac. ‘Solidarności’, gdzie doszłoby do uzgodnienia wspólnego działania, jego zdaniem działacze mogliby dać gwarancję i umożliwić SB kontrolę poczynań związku, aby nie prowadził działalności politycznej…”.  Jak więc widać, Holender sam wykazywał inicjatywę w procesie neutralizacji związku! –  patrz  nr 6

 

nr 6 – Raport podporucznika  Maziarza ze spotkania z „LOTNIKIEM”

 

4 lipca 1983 roku podporucznik Gudyka złożył wniosek o przekazanie materiałów KO „Lotnik” do archiwum, gdyż Holender przestał pracować w zakładzie „Glinik” i stał się tym samym mało użyteczny dla SB. Ostatecznie materiały te przekazano do archiwum 5 października 1983 roku. Na wszelki wypadek do 1988 roku  Holender poddawany był inwigilacji przez SB.

Mimo, że Krzysztof Holender zaprzeczał, by kiedykolwiek współpracował z SB, np. by przekazywał esbekom informacje, o których była tutaj mowa, prokurator IPN Piotr Stawowy pisze: „Zebrane w sprawie dowody nie pozostawiają żadnych wątpliwości, iż w okresie od 16.02.1982 r. do 01.04.1982 r. Krzysztof Holender podjął czynną współpracę z SB w charakterze tajnego źródła informacji. Odmienne wyjaśnienia Krzysztofa Holendra w świetle treści dokumentów teczki KO „Lotnik”, dokumentów ewidencyjnych oraz zeznań świadków (oficerów SB, przyp. autora) Andrzeja Szczepańskiego, Jana Gudyki i Andrzeja Maziarza, na wiarę nie zasługują. (…) Zachowanie Krzysztofa Holendra nosiło zatem wszelkie cechy tajnej i świadomej współpracy (udzielenia pomocy w operacyjnym zdobywaniu informacji) ze Służbą Bezpieczeństwa, a złożone przezeń oświadczenie lustracyjne było nieprawdziwe”.  (patrz materiały z postępowania lustracyjnego w archiwum IPN, sygnatura IPN Kr 628 / 5/6/7/8).

 

Etyczny aspekt sprawy Holendra

Gdybyśmy nawet wzięli w nawias postępowanie lustracyjne i odpowiedź na pytanie, czy Holender był czy nie był faktycznie formalnym współpracownikiem SB w świetle obowiązującej w Polsce, absurdalnej ustawy lustracyjnej i kuriozalnej definicji współpracownika komunistycznych służb specjalnych, która daje sądowi prawie nieograniczone możliwości interpretacyjne (o tym będzie mowa później), warto zwrócić uwagę na etyczny aspekt opisywanej tu sprawy.

Zaledwie 3 dni po internowaniu w Załężu – jak czytamy w „Notatce służbowej z rozmowy z internowanym” – autorstwa kapitana SB Szczepańskiego – Holender sam „ …zwrócił się z prośbą o dodatkowe przeprowadzenie z nim rozmowy przez przedstawiciela SB… Z własnej inicjatywy podjął temat swojej działalności w ‘Solidarności’, wyrażając chęć i gotowość napisania oświadczenia o lojalności…” (patrz: materiały IPN, sygnatura: IPN Kr 0032 / 1027).

Już 15 grudnia 1981 z ośrodka dla internowanych działaczy „Solidarności” w Załężu Krzysztof Holender z własnej inicjatywy napisał list do ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka, w którym czytamy m.in.:

„ Oświadczam, że … jako obywatel Polski Ludowej nigdy nie podważałem ustroju socjalistycznego ani sojuszy PRL.  (…) Nie zrozumiałym (pisownia oryginalna, przyp. autora)  jest fakt, iż moja osoba może zagrażać bezpieczeństwu naszego kraju. (…) Zwracam się z uprzejmą prośbą o ponowne rozpatrzenie mej szkodliwości dla losu ojczyzny i cofnięcie wcześniej podjętej decyzji za co z góry dziękuję. Krzysztof Holender.” – patrz nr 7

nr 7 –  List Holendra do szefa MSW

 

Z dokumentów zgromadzonych w IPN wynika, iż także na wolności Holender sam „wyraził chęć skontaktowania się ponownie” z oficerem SB, podał dobrowolnie swój numer telefonu, „oświadczając, że oczekuje na dalszy kontakt” z esbekiem. W raportach esbeckich znajdujemy taką oto charakterystykę Holendra: „niezrównoważony emocjonalnie, krzykliwy, agresywny… Lubi być słuchany, jest wrażliwy na komplementy…”.  Według instrukcji służb specjalnych – bardzo dobry materiał na kapusia.

Holender w czasie sądowego postępowania lustracyjnego sam przyznaje, iż w lipcu lub sierpniu 1982 roku „przy okazji dokonywania zakupu samochodu w ówczesnym PEWEXIE” spotkał jednego z oficerów SB o nazwisku Maziarz. Jak to było możliwe, że 28-letni technik mechanik Holender mógł pozwolić sobie na zakup nowego samochodu za dolary w PEWEXIE? Przeciętny pracownik musiałby w PRL-u odkładać całą swoją wypłatę przez ok. 8 lat, by zakupić taki samochód.

Z innego raportu SB dowiadujemy się, że Holender „buduje willę jednorodzinną, ma duże kłopoty z zakupem materiałów budowlanych – szczególnie cegły. Szuka kogoś, kto udzieliłby mu protekcji przy zakupie budólca (pisownia oryginalna z błędem)”. Dla SB była to oczywiście dobra wiadomość. Jakim cudem dwudziestokilkuletni technik mechanik budował dom, na który przeciętny pracownik w PRL-u musiałby pracować ok. 40 lat!? Holender od roku 1977 pracował w Fabryce Maszyn Wiertniczych i Górniczych „Glinik” w Gorlicach na stanowisku kontrolera jakości wyrobów, referenta do spraw technicznych, zaś 13 października 1981 roku dyrektor fabryki przeniósł go na stanowisko zastępcy kierownika hotelu robotniczego, gdzie – jak sam przyznaje – miał znacznie większe możliwości pozyskiwania informacji. Wcześniej, bo 15 września 1981 roku oficer SB Krzysztof Pietryka przeprowadził z Holendrem rozmowę operacyjną, podczas której zachęcał późniejszego „Lotnika” do „wskazywania konkretnych przypadków łamania prawa”. Esbek już wówczas zauważył w swym raporcie możliwość „dalszego kontaktu operacyjnego”.

Dodać w tym miejscu należy, iż już w latach 70-tych dzisiejszy „wybitny” działacz prawicy małopolskiej był aktywnym członkiem Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej oraz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Z dokumentów w IPN dowiadujemy się, że Holender „opuścił szeregi” partii komunistycznej, gdyż „do władz PZPR w zakładzie zostali wybrani niewłaściwi ludzie” (sic!).

Składając zeznania Holender z rozbrajającą wprost szczerością mówi: „ … miałem dostęp do szeregu informacji, bo wiele różnych osób zamieszkiwało w hotelu (w którym Holender był zastępcą kierownika, przyp. autora), co dawało mi dostęp do różnych informacji. (…) Zdanie o zachowaniu udzielanych informacji w tajemnicy zapisałem pod dyktando oficera SB. Było to dla mnie wówczas i jest dzisiaj zrozumiałe. Jeżeli miałem składać zawiadomienia o przestępstwach, to musiało to być chronione tajemnicą, aby działanie było skuteczne.” Dalej Holender przyznaje, że podpisał zobowiązanie do współpracy, gdyż „zależało (mu) bardzo na szybkim wyjściu z więzienia”. (patrz: IPN Kr 628 / 5 / 6 / 7 / 8).

Holender posunął się w swoich pokrętnych zeznaniach nawet do tego, iż starał się wmówić sądowi, iż część dokumentów świadczących o jego współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, znalazła się w jej posiadaniu w wyniku włamania i kradzieży tych materiałów z hotelu, w którym pracował, czemu sąd oczywiście nie dał wiary. 

Dzisiaj Krzysztof Hollender (już przez dwa l) pretenduje do roli autorytetu moralnego i sztandarowej postaci prawicy w Małopolsce.

 

Zdumiewające orzeczenie sądu w Nowym Sączu

Mimo niezbitych dowodów na współpracę Holendra z SB, przedstawionych przez prokuratora IPN Piotra Stawowego, Sąd Okręgowy w Nowym Sączu w składzie Jacek Gacek, Jacek Polański i Paweł Gnutek wydał 23 grudnia 2009 roku orzeczenie (sygnatura akt II K 54 / 09) , w którym stwierdził „że Krzysztof Holender złożył w dniu 21 września 2007 roku oświadczenie lustracyjne zgodne z prawdą…”

Kuriozalnie brzmi uzasadnienie tego orzeczenia: „ …w podpisanym przez Krzysztofa Holendra oświadczeniu lustracyjnym zawarte jest stwierdzenie, że lustrowany nie był współpracownikiem organów bezpieczeństwa państwa cyt. ‘w rozumieniu art. 3a powołanej ustawy’ (k.1), czyli ustawy lustracyjnej. Wiarygodność wyjaśnień Krzysztofa Holendra w tym zakresie musiała zostać zatem oceniona przez pryzmat spełnienia znamion art. 3a ustawy z dnia 18 października 2006 roku, a nie przy wykorzystaniu potocznego pojęcia ‘współpracy’.”

Można zatem rozumieć orzeczenie sądu w ten sposób, że Holender jednocześnie nie był i był współpracownikiem SB – nie był nim w rozumieniu ustawy lustracyjnej, był zaś nim w potocznym rozumieniu słowa „współpraca” (sic!), gdyż – jak uzasadnia sąd „Ustawodawca zbudował definicję, która ustawowe pojęcie ‘współpraca’ określiła poprzez zawężenie pojęcia używanego potocznie”. Zdaniem sądu, by zarzucić komuś współpracę z SB, musi ona mieć charakter czynności powtarzalnej, jednorazowa współpraca z SB, nie jest współpraca w rozumieniu ustawy lustracyjnej, zdaniem sądu w Nowym Sączu, który uznał (nie wiadomo dlaczego?), że Holender nie współpracował z SB wielokrotnie. Sąd uznał także, iż donosy Holendra na kierownictwo jego zakładu czy władze PZPR w jego fabryce nie sprawiają, że był współpracownikiem SB. Zdaniem sądu jedynie donosy na opozycję czyniły z kogoś kapusia.

Sąd nowosądecki powołał się na definicję współpracy z komunistycznymi służbami specjalnymi, sformułowaną przez Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu z dnia 11 maja 2007 roku (sygn. OTK-A 2007/5/48). Definicja ta wykazuje pięć cech:

  • Współpraca ta musiała polegać na kontaktach z organami bezpieczeństwa, w wyniku których współpracownik przekazywał im informacje.
  • Współpraca ta musiała mieć charakter świadomy, czyli współpracownik musiał zdawać sobie sprawę, że ma kontakt z przedstawicielami jednej ze służ specjalnych.
  • Współpraca musiała być tajna, czyli współpracownik musiał wiedzieć, że fakt nawiązania współpracy ma pozostać tajemnicą w szczególności wobec tych, na których donosił.
  • Współpraca musiała wiązać się z operacyjnym zdobywaniem informacji przez służby.
  • Współpraca nie mogła ograniczyć się do samej deklaracji woli, lecz musiała być faktycznym działaniem w celu jej realizacji.

Zdaniem sądu współpracy Holendra z SB nie można nazwać współpracą w rozumieniu ustawy lustracyjnej, gdyż „Holender nie przekazał przedstawicielom Służby Bezpieczeństwa żadnej informacji użytecznej dla tej służby. (…) Zdaniem Sądu czwarty element definicji pojęcia ‘współpracy’ nie został w niniejszej sprawie spełniony”. Sąd uznał także, iż „Krzysztof Holender nie wyczerpał swoim zachowaniem piątego elementu wskazanej definicji…. Współpraca, do której zobowiązał się Krzysztof Holender ograniczyła się w zasadzie do samej deklaracji woli. Po podjęciu zobowiązania nie uległa materializacji w postaci przekazywania informacji użytecznych dla służby.”

Jeszcze bardziej kuriozalne jest powołanie się w uzasadnieniu swego orzeczenia na preambułę w/w ustawy lustracyjnej. Sąd uznał, że „nie ma podstaw do eliminowania go (Krzysztofa Holendra) z życia publicznego, gdyż „Celem ustawy lustracyjnej było zapewnienie obsady stanowisk wymagających zaufania publicznego przez osoby, które dawały w przeszłości gwarancję najwyższej próby cnót: uczciwości, szlachetności, poczucia odpowiedzialności za własne słowa i czyny, odwagi cywilnej i prawości”. Zatem sąd w Nowym Sączu uznał, iż Krzysztof Holender to człowiek prawy, uczciwy, szlachetny, odważny. (sic!)

 

Apelacja prokuratora IPN

Było oczywistym, iż prokurator Piotr Stawowy zaskarży niezrozumiałe orzeczenie sądu pierwszej instancji. 2 lutego 2010 do Sądu Apelacyjnego w Krakowie wpłynęła faktycznie apelacja, w której prokurator zarzucił sądowi w Nowym Sączu „obrazę przepisów prawa materialnego” i „naruszenie przepisów postępowania, które miało wpływ na treść orzeczenia”.

Prokurator zauważył, iż obowiązująca definicja „współpracy” ze służbami specjalnymi PRL-u nie wyklucza wcale jednorazowej współpracy, a „powtarzalność działań nie stanowi cechy koniecznej” współpracy. Kapuś mógł przecież przekazać tylko jeden raz istotna dla SB informację i to, że zrobił to tylko jeden raz nie może oznaczać, że nie był współpracownikiem SB, zaś „Preambuła ustawy (lustracyjnej) nie jest źródłem prawa”. Nie można dzielić kapusiów – jak chciał tego sąd w Nowym Sączu – na „dobrych” i „złych”. To że Holender donosił na dyrektora zakładu czy członków władz PZPR w jego fabryce nie czyni go „dopuszczalnym”  czy „dobrym” współpracownikiem SB. Był nim wówczas, tak jak i wtedy, gdy przekazywał SB informacje na temat „Solidarności”.

Prokurator zauważa także, iż „ … sam fakt rejestracji (jako TW czy KO SB) nie stanowi koniecznej przesłanki przyjęcia, iż był on (Holender) tajnym informatorem”. Sąd w Nowym Sączu argumentował bowiem, że w okresie formalnej rejestracji Holendra jako KO „Lotnik” nie przekazywał on SB użytecznych dla nie informacji. Robił to jednak przed formalną rejestracją. Prokurator przypomniał, że „istniała duża grupa szczególnie cennych współpracowników, którzy w ogóle nie byli zarejestrowani w ewidencji organów bezpieczeństwa państwa”. Takie rozumienie pojęcia „współpracownik” potwierdzają także orzeczenia Sądu Najwyższego z 3.11.2004 oraz 20.10.2003 i 5.10.2000.

„Szkodliwość donosów dla określonej osoby lub osób, co wielokrotnie podkreślano w orzecznictwie, nie jest przesłanką kwalifikującą zachowanie z art. 3a ust. 1 ustawy lustracyjnej”. – pisze prokurator. Jak bowiem można dowieść, że donosy Holendra komuś faktycznie zaszkodziły i czy były naprawdę użyteczne dla SB. Istotnym jest sam fakt, ze Holender donosił. Nie jest prawdą, jak twierdzi sąd w Nowym Sączu, iż kontakty Holendra z SB nie wiązały się z operacyjnym zdobywaniem informacji przez esbeków. Przecież „grupa funkcjonariuszy SB, działająca na terenie ośrodka (dla internowanych) prowadziła działania ściśle operacyjne, których częścią z pewnością było również pozyskiwanie informacji”. – zauważa słusznie prokurator. Tak więc spełniony jest warunek numer 4 definicji współpracy.

Także twierdzenie, iż nie została spełniona piąta przesłanka z w/w definicji współpracy, nie jest zdaniem prokuratora uprawnione, gdyż doszło do materializacji współpracy i Holender faktycznie przekazał sporo informacji SB zarówno przed jak i po zarejestrowaniu go jako KO „Lotnik”. Sam moment rejestracji, jak już było powiedziane, nie ma znaczenia dla sprawy. Nie jest argumentem to, że informacje przekazane przez Holendra SB nie były oryginalne, nie znane wcześniej SB. Służba Bezpieczeństwa sprawdzała wiarygodność każdej informacji i dlatego nawet te donosy, które zawierały znane SB fakty, były dla niej użyteczne. Informacja na pozór nieistotna i znana już SB „miała swoje znaczenie dla wyrobienia sobie przez SB poglądów dotyczących nastrojów i preferencji społeczności na danym terenie…”

Prokurator zarzucił też sądowi w Nowym Sączu, iż zignorował zeznania świadków, byłych  oficerów SB, którzy wypowiadali się na temat użyteczności operacyjnej przekazanych im  przez Holendra informacji. Nie jest prawdą – zdaniem prokuratora – twierdzenie sądu, iż Holender „podpisując zobowiązanie do współpracy nie podejmował swobodnej i w pełni suwerennej decyzji woli”. Przecież większość internowanych nie podpisała „lojalki”. Holender nie tylko ją podpisał dobrowolnie, ale nawet wcześniej napisał z własnej woli list do Kiszczaka, gdyż chciał zostać zwolniony z ośrodka dla internowanych. To ci, którzy nie podpisali „lojalki” i zobowiązania do współpracy zasługują na miano ludzi odważnych, prawych, uczciwych, a nie – jak chce sąd w Nowym Sączu – tacy ludzie, jak KO „Lotnik”.

 

Sąd Apelacyjny jest „za”, a nawet „przeciw”

Sąd Apelacyjny w Krakowie, w składzie: Andrzej Ryński, Adam Liwacz i Andrzej Solarz wydał 17 czerwca 2010 roku orzeczenie (sygnatura akt II A Ka 48/10), które co prawda utrzymało w mocy zaskarżone przez prokuratora IPN orzeczenie Sądu Okręgowego w Nowym Sączu, ale zakwestionowało słuszność szeregu argumentów sądu nowosądeckiego.

Sąd Apelacyjny stwierdził jednoznacznie, iż Sąd Okręgowy w Nowym Sączu „błędnie interpretował definicję współpracy w kontekście preambuły do ustawy lustracyjnej. (…) na podstawie treści preambuły nie można interpretować definicji współpracy… szczególnie jak to czyni Sąd I instancji, który w ten sposób zmienił jej znaczenie normatywne, zawężając pojęcie współpracy”.  Wszelkie donosy do SB są naganne, a nie jakaś ich wybrana grupa, jak utrzymywał sąd w Nowym Sączu. Nie miał racji sąd w Nowym Sączu, który za współpracę z SB uznać chciał tylko powtarzalne działania. Także jeden donos czyni z donosiciela współpracownika SB. Nie ma też znaczenie czy i kiedy SB zarejestrowała kogoś  jako TW czy KO. Sąd Najwyższy w swym wyroku z 5.10.2000 roku w sprawie (II KKN 271 / 2000 stanął na stanowisku, że „o tym, czy dana osoba była tajnym współpracownikiem nie decyduje ani fakt, ani forma zarejestrowania jej w ewidencji organu bezpieczeństwa państwa, lecz treść udzielonych tym organom informacji…” Nie ma znaczenia – wbrew temu co twierdził sąd pierwszej instancji – czy informacje zostały przekazane SB przed czy po sporządzeniu zobowiązania do współpracy.

Sąd Apelacyjny w Krakowie napisał: „Analizując zachowanie Krzysztofa Holendra w kontekście definicji współpracy zawartej w uzasadnieniu  przywołanego wyżej wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 11 maja 2007 roku, nie ulega wątpliwości, że Krzysztof Holender kontaktował się z funkcjonariuszami organów bezpieczeństwa państwa i przekazał im informacje, dotyczące jego pracy w strukturach NSZZ ‘Solidarność’…  Jego współpraca z SB miała charakter świadomy i tajny, o czym wskazuje treść sporządzonego przez niego zobowiązania do współpracy, w którym dla zachowania wymogów tajności przyjął pseudonim ‘Lotnik’. Nie ulega wątpliwości, że lustrowany był zorientowany, że kontaktuje się z funkcjonariuszami organu bezpieczeństwa państwa, którzy nawet próbowali go zadaniować. (…) nadto współpraca ta wiązała się z operacyjnym zdobywaniem informacji przez funkcjonariuszy SB… Zatem należy uznać, że w omawianej sprawie zostały spełnione pierwsze cztery przesłanki współpracy, wskazane przez Trybunał Konstytucyjny. Natomiast nie można zgodzić się ze skarżącym (prokuratorem IPN, przyp. autora), że zrealizowana została także piąta przesłanka tzw. materializacji…  istnieje nie dająca się usunąć wątpliwość w rozumieniu art. 5 paragraf 2 k.pk. , czy przekazane przez Krzysztofa Holendra informacje realizowały zadania Służby Bezpieczeństwa”.

Nawet dla laika jest oczywistym po zapoznaniu się z teczka KO „Lotnik”, iż Holender „świadomie podejmował konkretne działania w celu urzeczywistnienia podjętej współpracy”, np. po wyjściu z ośrodka dla internowanych spotykał się z działaczami „Solidarności”, a następnie raportował SB, jakie są nastroje i sam proponował podjęcie stosownych  kroków w celu zneutralizowania politycznego kolegów ze związku. Jest rzeczą oczywistą, iż pozyskiwanie tego typu informacji musiało realizować zadania Służby Bezpieczeństwa, np. uzyskanie informacji pozwalających na ocenę nastrojów i planów „Solidarności”

 

Czy można było być współpracownikiem SB w 80 procentach?

Znany jest przypadek wójta z Małopolski, który w swym oświadczeniu lustracyjnym napisał, że współpracował z organami bezpieczeństwa. Sąd lustracyjny doszedł jednak do wniosku, że nie współpracował i uznał go za kłamcę lustracyjnego. Jest to jeden z wielu przykładów absurdalnego charakteru procesów lustracyjnych .

Orzeczenie Sądu Apelacyjnego oznacza, iż współpraca Krzysztofa Holendra (dziś Hollendra) z SB spełniała tylko cztery z pięciu warunków definicji ustawowej „współpracy”, czyli można by rzec, że KO „Lotnik” był współpracownikiem komunistycznej Służby Bezpieczeństwa tylko w 80 procentach (sic!).

Oczywiście osobną kwestią jest ocena moralna zachowania człowieka, który dziś wypina pierś do orderów i chce uchodzić w swoim prawicowym środowisku w Małopolsce za wzór cnót.

Jeszcze inną zaś – odpowiedź na pytanie, czy można wznowić postępowanie lustracyjne, jeśli prokurator zgromadziłby nowy, nie analizowany dotychczas materiał dowodowy (np. dotychczas niedostępne dokumenty z archiwum wyodrębnionego IPN czy też zeznania osób, na które donosił Holender, a które okazałyby się niewinne, a równocześnie poszkodowane wskutek tych donosów) lub – jeśli można by wykazać istotne naruszenia prawa w czasie  postępowania lustracyjnego przed sądem pierwszej lub drugiej instancji (np. nieuwzględnienie części zeznań b. esbeków) ?

Marek Ciesielczyk

Autor jest doktorem politologii Uniwersytetu w Monachium, pracował w Forschungsinstitut fur sowjetische Gegenwart Bonn, którego dyrektorem był jeden z najwybitniejszych sowietologów profesor Michael Voslensky, był także profesorem politologii w University of Illinois w Chicago, jest autorem pierwszej w języku polskim książki na temat KGB pt. „KGB – Z historii rosyjskiej i sowieckiej policji politycznej, Berlin Zachodni 1988/89,   i jedynej dotychczas książki na temat działań SB w środowisku polonijnym pt. „Polonijni agenci Służby  Bezpieczeństwa, Nowy Jork 2015.   

Kontakt z autorem:   dr.ciesielczyk@gmail.com    tel.: +48 601 255 849


P.S.

Jeśli uważasz, że opisana tutaj sprawa zasługuje na ponowne rozpatrzenie przez sąd w ramach postępowania lustracyjnego, wyślij poniższe pismo na adres mailowy ministra Ziobry kontakt@ms.gov.pl                      

Szanowny Pan

Zbigniew Ziobro

Minister Sprawiedliwości  i

Prokurator Generalny

kontakt@ms.gov.pl

 

Szanowny Panie Ministrze,

Zwracamy się do Pana jako Prokuratora Generalnego z wnioskiem o przeanalizowanie możliwości wznowienia postępowania lustracyjnego w sprawie Krzysztofa Hollendra, oskarżonego swego czasu o kłamstwo lustracyjne przez prokuratora IPN, prosząc o zapoznanie się ze sprawą, opisaną tutaj:

https://marekciesielczyk.neon24.pl/post/149907,czy-mozna-bylo-byc-wspolpracownikiem-sb-na-80

…………………………………… 

Nazwa organizacji

Nazwisko osoby reprezentującej

Kontakt: ………………………….

 

Wspólny komitet wyborczy! Zapraszamy na spotkanie zjednoczeniowe w tę sobotę

Jeśli uważasz, że polskiej scenie politycznej potrzebna jest  TRZECIA DROGA,  pomiędzy PiS i PO, a dotychczasowe próby jej urzeczywistnienia nie są właściwym rozwiązaniem, weź udział w spotkaniu, którego celem będzie stworzenie skuteczniej alternatywy w wyborach do Sejmu (prawdopodobnie 20 października?) – jeszcze nie jest za późno –

w tę sobotę, 20 lipca, o godz. 12:oo

w sali konferencyjnej hotelu „U WITASZKA” (możliwość noclegu),

ul. Lercha 5, 05-152 Czosnów k. Warszawy

Prosimy o potwierdzenie przybycia – tel. 514 268 064

link do dojazdu:

https://www.google.com/maps/place/Hotel+U+Witaszka+Organizacja+Wesel+Komunie+Sale+Konferencyjne+Kuchnia+Polska+Hotel+z+Parkingiem/@52.3342831,20.8004214,11z/data=!4m17!1m7!3m6!1s0x471eb05ac5103c87:0xce9109c1b5b72e7d!2zV8WCYWR5c8WCYXdhIExlcmNoYSA1LCAwNS0xNTIgQ3pvc27Ds3c!3b1!8m2!3d52.390862!4d20.734506!3m8!1s0x471eb0442a6fdf0b:0x3a52c90ec083028c!5m3!1s2019-08-17!4m1!1i2!8m2!3d52.3903648!4d20.7343179

W tej chwili kilkanaście małych (bliskich programowo!) grup , usiłuje  stworzyć komitety wyborcze (alfabetycznie: AZER, Bezpartyjni Samorządowcy, FdR, Jedność Narodu, Oburzeni, Revolution, Skuteczni, Wolni i Solidarni, Zgoda etc.).  Osobno nie tylko nie przekroczą ani 5-procentowego, ani 3-procentowego progu, ale nawet nie zbiorą po 5 tysięcy podpisów w 21 okręgach. Dlatego proponujemy połączenie wysiłków na następujących zasadach:

  1. Nie szukamy już zarejestrowanej partii politycznej, by ewentualnie otrzymać dotację, gdyż na zmianę jej nazwy jest już za późno, a przyjęcie słabej nazwy jest nierozsądne. Tworzymy zatem Komitet Wyborczy Wyborców, świadomie rezygnując z dotacji.
  2. Rezygnujemy z prób porozumienia z ugrupowaniami, które nie sprawdziły się w Sejmie (np. PSL czy Kukiz’15). Nie ma sensu rzucać koła ratunkowe np. tonącemu Kukizowi, którego poparcie spadło w ciągu 4 lat z 21 do 3 procent i który nie był ani skuteczną opozycją, ani koalicjantem i nie potrafił walczyć o realizację nawet swych podstawowych punktów programowych (np. JOW czy likwidacja lub obniżenie progu referendalnego). Po co więc miałby Kukiz ponownie znaleźć się w Sejmie? Można zachęcać do współpracy jedynie poszczególnych, wartościowych działaczy takiego ugrupowania.
  3. Drugim członem nazwy komitetu nie będzie nazwa żadnej z już istniejących organizacji, budujących tę koalicję, lecz nazwa nowa, znacznie lepsza od istniejących.=
  4. Jak najszybciej wybieramy 41 pełnomocników (w każdym okręgu wyborczym jednego) nie na zasadach jakiegoś absurdalnego matematycznego kompromisu, lecz faktycznych możliwości organizacyjnych kandydata na pełnomocnika, który będzie jedynką na liście wyborczej w swoim okręgu wyborczym, ale tylko wówczas, gdyż zobowiąże się (i wywiąże faktycznie z tych zobowiązań) – do: 

a) zebrania 6 tysięcy podpisów w swoim okręgu wyborczym,

b) stworzenia dobrej listy wyborczej w okręgu, która zagwarantuje średnio minimum 1 tys. głosów na kandydata,

c) przeznaczenia na kampanię wyborczą minimum 10 – 20 tys. zł z własnej kieszeni, drugie tyle od pozostałych kandydatów oraz minimum 10 – 20 tys. zł od innych darczyńców, zgodnie z Kodeksem wyborczym. Jeśli po 3-4 tygodniach okaże się, że pełnomocnik nie wywiązuje się z tych zobowiązań zmieniamy go.

  1. Żadna „centrala” ani krajowa, ani wojewódzka nie ma prawa ingerencji w sprawy wewnętrzne okręgów wyborczych (np. nie może sama wyznaczać pełnomocników – jedynek etc.)

Stowarzyszenie OBURZENI

Tel. 514 268 064

P.S.

Chcemy podkreślić, iż nasze stowarzyszenie nie rości sobie żadnych praw do bycia „siłą przewodnią” tej koalicji. Spełniamy tutaj jedynie rolę inicjatora czy organizacyjnego koordynatora akcji na tym etapie. Do zobaczenia w sobotę.

———————————————————————————-

Czy wartości mają znaczenie dla pokolenia ‘disco polo’? 

Trzecia debata z cyklu „Tarnowskie Dialogi” z udziałem Krzysztofa Zanussiego i ks. Andrzeja Augustyńskiego

Od lewej: Ksiądz Andrzej Augustyński, dr Marek Ciesielczyk, Krzysztof Zanussi

Już po raz trzeci z inicjatywy Komisji Kultury i Ochrony Zabytków w Tarnowie w zabytkowych piwnicach Tarnowskiego Centrum Kultury zorganizowana została debata w ramach imprezy „Tarnowskie Dialogi”. Tym razem w Tarnowie gościli Krzysztof Zanussi oraz ksiądz Andrzej Augustyński. Dyskusję prowadził przewodniczący Komisji Kultury, dr Marek Ciesielczyk – relacja filmowa tutaj:

https://www.youtube.com/watch?v=C4zqKYfWOes

 

Wojna, samorząd, a teraz etyka

Po Jerzym Karwelisie, autorze książki „Jak zakończyć wojnę polsko-polską?” (patrz film: https://www.youtube.com/watch?v=MOYq7jFWWeE ) oraz prezydencie Tarnowa i sekretarzu Rzeszowa dyskutujących o plusach i minusach polskiego samorządu (patrz film:  https://www.youtube.com/watch?v=eorGATvCzfY ) kolejnymi gośćmi byli w Tarnowie Krzysztof Zanussi i ksiądz Andrzej Augustyński, zastanawiający się, czy wartości mają znaczenie dla pokolenia „disco polo”.

Krzysztof Zanussi to jeden z najwybitniejszych reżyserów europejskich, scenarzysta, publicysta, pedagog. Studiował fizykę, filozofię i reżyserię. Jest szefem Studia Filmowego „Tor”. Uważany za jednego z twórców „kina moralnego niepokoju” w latach 70-tych (np. film „Barwy ochronne”)

Ksiądz Andrzej Augustyński urodził się w Tarnowie, studiował  w Papieskiej Akademii Teologicznej. Założył stowarzyszenie Siemacha i Fundację Demos. W 2010 opublikował książkę „Coca kocha Colę” o przyczynach zagubienia młodych ludzi we współczesnym świecie.

Coca kocha colę

Gdy moderator, Marek Ciesielczyk nawiązał do tej książki, wprowadzając do debaty także pojęcie „pokolenie disco polo”, Krzysztof Zanussi wyraził swój sceptycyzm wobec powiedzenia „o gustach się nie dyskutuje”, stwierdzając, że gust się ma albo się go nie ma. Reżyser zauważył, iż większość, która tego gustu nie ma, jest prawie zawsze w błędzie. Dlatego „nie wolno być z większością”. Gdy Zanussi realizował film w USA, Milos Forman powiedział mu, że dopóki nie pokocha coca coli, nie powinien robić filmów dla Amerykanów, gdyż oni tych filmów nie będą w stanie zrozumieć. Zanussi nie pokochał coca coli i wrócił do Europy.

Zdaniem Zanussiego negatywny wpływ na wartości ma to, iż już dawno nie mieliśmy do czynienia z masowym nieszczęściem. Obecne życie w państwach rozwiniętych gospodarczo nie ma w sobie dramatyzmu. Człowiekowi zachodniemu wydaje się, że wszystko mu wolno robić. „Życie to dramatyczna przygoda, ale ludzie uciekają od dramatyzmu”.

Ksiądz Augustyński podkreślał w czasie debaty negatywny wpływ komercjalizacji na naszą cywilizację. Przypomniał powiedzenie: „Każde pokolenie ma swe pragnienia, a obecne ma coca colę”. Zdaniem Augustyńskiego musimy obnażać obecny prymitywizm. Ksiądz uważa, iż dawniej ludzie byli chudzi z biedy, a teraz są z tej biedy otyli, konsumując junk food. Złem jest zarówno bycie głodnym jak i nażartym śmieciami. Ksiądz podkreślał, iż w życiu najważniejsza jest kreacja, tworzenie.

Najważniejsza jest prawda i wolność

Gdy prowadzący debatę Marek Ciesielczyk przypomniał teorię upadku cywilizacji niemieckiego filozofa Oswalda Spenglera, autora „Zmierzchu Zachodu”, Krzysztof Zanussi zauważył, że już po 1-szej wojnie światowej załamała się pycha Europy. Teraz być może naszą cywilizację zastąpi model nowego społeczeństwa (na kształt pszczelego roju)  i nowego człowieka, o którym mówił Friedrich Nietzsche, a później komuniści. Być może ten model zrealizuje Rosja lub Chiny?

Ksiądz Augustyński zastanawiał się nad skutecznym modelem wychowania, przypominając powiedzenie, iż do wychowania jednego człowieka potrzebna jest cała wioska. Opowiadał o swoich doświadczeniach z prowadzonych przez siebie ośrodkach dla dzieci i młodzieży. Podkreślał, iż nie każdy postęp (np. obecny) jest rozwojem, ale każdy rozwój jest postępem. Wychowawca – jak pisał Sokrates, a za nim Tischner – powinien być jak akuszerka – ma pozwolić narodzić się człowiekowi i dać mu samodzielność.

Gdy dr Ciesielczyk próbował porównać naszą cywilizację do pogańskiej, Krzysztof Zanussi zauważył, iż to porównanie jest nieuprawnione, gdyż pogan można przecież nawrócić, a dzisiejszych ludzi Zachodu – nie. W przeciwieństwie do pogan oni już w nic nie wierzą.

Ksiądz Augustyński z kolei stwierdził, iż żyjemy w czasach postchrześcijańskich, ale one mogą być oczyszczające dla chrześcijaństwa.

Gdy Ciesielczyk zaproponował, by obydwaj dyskutanci dali młodym ludziom radę, wskazówkę, co jest najważniejsze w życiu, Zanussi powiedział – PRAWDA, zaś Augustyński – WOLNOŚĆ i odporność na wszechobecną dzisiaj manipulację

Po debacie jej uczestnicy wzięli – jak zwykle – udział w spotkaniu integracyjnym przy lampce wina i w otoczeniu prac tarnowskich artystów.

Jak zwykle oprawę muzyczną „Tarnowskich Dialogów” zapewnili artyści tarnowscy.

 

  

Dlaczego Konfederacja przegrała wybory? – Okiem insidera

Jakie są przyczyny słabego wyniku wyborczego Konfederacji oprócz jej bojkotu praktycznie przez wszystkie media? Nie można upatrywać przyczyn porażki wyłącznie na zewnątrz. Trzeba także uderzyć się w piersi i sumiennie przeanalizować swoje błędy. Jakie one były?

  1. Wzajemne wykluczanie elektoratów.

Założenie liderów Konfederacji było proste. Tworzymy jedną listę wyborczą, na której znajdą się przedstawiciele wszystkich ugrupowań wchodzących w jej skład. W ten sposób pozyskamy głosy i zwolenników Korwina-Mikke, i Narodowców, i Liroya, i Brauna, i Jakubiaka, i Godek.

Okazało się jednak w praktyce, iż głosy wcale się nie sumują. Np. niektórzy zwolennicy umiarkowanie krytycznego wobec UE Jakubiaka (a znam takich osobiście), wycofali swe poparcie dla jego Federacji dla RP, stwierdzając, że poglądy Korwina-Mikke czy Narodowców są zbyt radykalne, niektórzy zwolennicy konserwatywnej Godek czy Brauna oburzyli się z powodu koalicji z liberalnym obyczajowo Korwinem, a część Narodowców nie poparła Konfederacji z powodu obecności w niej artystycznie nastawionego do życia Liroya itd. Trudno oczywiście ocenić, jakie były straty, wynikające z powodu tego wzajemnego wykluczania się elektoratów.  Koalicja uzyskała procentowo mniejsze poparcie niż sam Korwin 5 lat temu. Tak więc w/w założenie było błędne.

  1. Słabi kandydaci.

Skoro Konfederacja przyjęła założenie, iż wystarczy wystawić na liście pierwszego z brzegu kandydata X i ogłosić, że jest on od Narodowców, Korwina, Liroya, Jakubiaka czy Godek i wskutek tego ich zwolennicy automatycznie oddadzą na niego głos, to nie warto się wysilać i szukać jakiegoś dobrego (czytaj: rozpoznawalnego, cieszącego się zaufaniem w swej gminie, mieście czy powiecie) kandydata. Był to chyba najpoważniejszy błąd Konfederacji, jako że rozpoznawalni kandydaci mogliby uzyskać dodatkowe głosy, niezależnie od w/w głosów, wynikających z poparcia dla liderów Konfederacji.

Spośród 130 kandydatów Konfederacji aż 77 (to jest 60% !) otrzymało mniej niż 2 tysiące głosów, zaś aż 39 (to jest 30% !) uzyskało mniej 1 tysiąc głosów. Wśród kandydatów byli tacy, którzy nigdy nie byli w stanie dostać się nawet do rady gminy, powiatu czy sejmiku. Jakże więc mogli startować do Parlamentu Europejskiego? Jedna z kandydatek, startując wcześniej do Sejmu otrzymała zaledwie 50 głosów, a z takim wynikiem nie można wejść nawet do rady osiedla. Prezentowane życiorysy wielu kandydatów mogły zniechęcać myślących wyborców do głosowania na Konfederację. Wyborca mógł być zaszokowany, czytając, iż posłem do Parlamentu Europejskiego z listy Konfederacji ma być np. wizażystka (sic!).

Jeszcze przed skonstruowaniem listy wyborczej, każdy potencjalny kandydat powinien zadeklarować, jaką sumę pieniędzy jest w stanie wydać na kampanię. Słyszałem, iż jeden z kandydatów pytał, ile otrzyma pieniędzy od komitetu na prowadzenie swej kampanii (sic!). Jeśli kogoś nie stać na prowadzenie kampanii w wyborach do Parlamentu Europejskiego, to najpierw powinien spróbować swych sił w wyborach do rady gminy. Jeśli ktoś w tym miejscu powie, że przecież wszyscy kandydaci oprócz „jedynek” wiedzieli, że nie mają szans dostać się do PE i dlatego nie chcieli wydawać pieniędzy na kampanię, to można odpowiedzieć: a gdzie jest ideowość tych kandydatów – przecież to podobno ludzie, którym zależy na dobru Polski….

Gdyby na listy pozyskano tylko nieco lepszych kandydatów i gdyby każdy z nich uzyskał zaledwie o 473 głosy więcej,  Konfederacja przekroczyłaby próg 5%.

  1. Marna kampania wyborcza.

Na podstawie obserwacji kampanii wyborczej w tzw. terenie we wschodniej Małopolsce (podejrzewam jednak, że było tak w całym kraju) można powiedzieć, że Konfederacja była praktycznie niewidoczna. Lepszą kampanię robiły nie tylko duże ugrupowania, ale nawet mniejsze komitety, np. Wiosna (np. Jabłoński), Kukiz (np. Kaczmarczyk), a nawet Lewica Razem (np. Orkisz)! Kandydaci Konfederacji ograniczyli się do rozwieszenia niedużej ilości słabo widocznych plakatów i to zaledwie na kilka dni przed wyborami, co już wówczas nie miało znaczenia. Jedynym kandydatem prowadzącym zauważalną kampanię we wschodniej Małopolsce przez 3-4 tygodnie był piszący te słowa, co oczywiście było niewystarczające.

Lider każdego komitetu był widoczny na banerach nawet w małych wioskach, czego nie można powiedzieć o „jedynce” Konfederacji w okręgu nr 10. Można przypuszczać, iż konfederackie „jedynki” wyszły z założenia, że nie muszą wydawać sporych pieniędzy na kampanię, gdyż i tak zostaną europosłami dzięki popularności twarzy liderów Konfederacji. Okazało się jednak, iż było to założenie błędne.

Kilkuprocentowa przewaga PiS-u nad KE wynika nie tylko z polityki rozdawnictwa partii Kaczyńskiego, ale także i z tego, iż na listach Prawa i Sprawiedliwości znaleźli się ludzie rozpoznawalni i prowadzący bardzo intensywną kampanię wyborczą. „Jedynki” PiS-u nie liczyły na twarz Kaczyńskiego, lecz na swoją kampanię wyborczą, czego nie można powiedzieć o kandydatach Konfederacji. Jak pokazuje dotychczasowa praktyka wyborcza, dzięki dobrym, rozpoznawalnym kandydatom, którzy mogą pokazać wyborcy swe dotychczasowe osiągnięcia zawodowe oraz dobrej kampanii można uzyskać dodatkowo 30-50 % głosów więcej!

Brak było jakiejkolwiek koordynacji działań komitetu wyborczego, np. przydzielenia konkretnych zadań 10 kandydatom w przypisanej im części okręgu wyborczego. Można rzec, iż kampania Konfederacji była jedną wielką improwizacją i liczeniem na to, iż twarz Korwina załatwi wszystko, a tak się nie stało.   

  1. Happeningi i „wygłupy” szkodzą całej liście wyborczej

Jeden z lokalnych przedsiębiorców, sympatyzujących z wolnościowcami, były członek UPR  spytał mnie w czasie kampanii wyborczej, czy – jako kandydat Konfederacji – uważam, że niepełnosprawne dzieci to „debile”, nawiązując do znanej wypowiedzi Korwina-Mikke. Oczywiście odpowiedziałem, że nie, zwłaszcza, że moja żona pracuje z dziećmi niepełnosprawnymi. Przedsiębiorca powiedział mi później, że na mnie zagłosował, gdyż mnie zna od lat, lecz w innym wypadku, by tego nie zrobił.

Społeczeństwo polskie jest w dużym stopniu konserwatywne, a to wiąże się z dość ograniczoną akceptacją działań i wypowiedzi niekonwencjonalnych, a tym bardziej szokujących. Dlatego mogły one zrazić znaczną część potencjalnych wyborców Konfederacji.

  1. Warto słuchać rad innych

Skoro liderzy Konfederacji byli święcie przekonani, że wystarczy wystawić jakichś kandydatów i opisać ich jako ludzi Korwina, Liroya, Jakubiaka, Brauna, Godek czy Narodowców i w ten sposób przekroczy się próg 5 procent, nie sądzili, że dobrze by było skonsultować ich pomysły wyborcze z opinią ludzi, którzy mają doświadczenie i wiedzę na temat kampanii wyborczych. W praktyce nie było żadnej strategii wyborczej, co sprawiało wrażenie, że nie ma żadnego sztabu wyborczego ani przepływu informacji między centralą a kandydatami. Eksponowano wyłącznie „jedynki”, zapominając o pozostałych kandydatach.

Gdyby liderzy Konfederacji nadstawili ucha i posłuchali rad ludzi spoza jej ścisłego kierownictwa, być może udałoby się uniknąć choć niektórych opisanych tu błędów.

  1. Wnioski

Jeśli Konfederacja chce funkcjonować także w przyszłości i osiągnąć sukces wyborczy jesienią, musi zmienić strategię, otworzyć się na inne środowiska, by poszerzyć elektorat, pozyskać nowych wiarygodnych ludzi, którzy cieszą się zaufaniem w swym środowisku, pokazać te nowe twarze, zrezygnować z nieakceptowalnych powszechnie happeningów, zacząć konstruować listy wyborcze znacznie wcześniej nie tylko na zasadzie parytetu politycznego, ale także uwzględniając geografię, możliwości kandydatów, ich lokalną rozpoznawalność. Jeśli to nie nastąpi, Konfederacja uzyska w jesiennych wyborach wynik jeszcze gorszy od obecnego.

Marek Ciesielczyk

tel. 601 255 849 , dr.ciesielczyk@gmail.com

www.marekciesielczyk.com

Autor tej analizy jest doktorem politologii Uniwersytetu w Monachium, był profesorem University of Illinois w Chicago, organizatorem 4 udanych kampanii wyborczych do rady 100-tysięcznego miasta Tarnowa (Małopolska), które zakończyły się wynikami między 8 i 16%, a sam zajął swego czasu jako bezpartyjny, niezależny kandydat do Senatu trzecie (czyli wówczas pierwsze „niemedalowe”)  miejsce), uzyskując ok. 44.000 głosów (do wejścia do Senatu zabrakło mu zaledwie 3.863 głosy), zaś w samym Tarnowie uzyskał największą liczbę głosów spośród wszystkich ówczesnych kandydatów do parlamentu. W ostatnich wyborach startował jako bezpartyjny, będąc „ukrytym” przez twórców listy wyborczej na miejscu nr 6 na liście Konfederacja i uzyskał ok. 2.500 głosów, które można traktować jako dodatkowe, niepartyjne „wiano” wniesione do wyniku Konfederacji. Te niepartyjne głosy, oddane na konkretnego kandydata w środku listy, a nie na człowieka jednego z liderów Konfederacji –  to właśnie dowód na to, że można było pozyskać także dodatkowe głosy na listę, nie będąc reklamowanym jako człowiek jednego z tych liderów.

Nie głosuj na jedynki !

Już w roku 2011 studenci i pracownicy uczelni (głównie krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego) zorganizowali na Fecebooku akcję „Nie głosuj na jedynki”.  Jednym ze współorganizatorów akcji był prof. Andrzej Piasecki z UP. Poparł ją także profesor Antoni Dudek. Studenci i naukowcy namawiali wówczas, by w wyborach nie głosować na liderów list, jako że „jedynki” swoją pozycję zawdzięczają wpływom w partii, a nie rzeczywistym osiągnięciom w działalności społecznej.

image

Pięć lat temu, przed poprzednimi wyborami do Europarlamentu akcję „Nie głosuj na jedynki” rozpropagował „FAKT”, pisząc m.in.:

„Cwaniacy wyćwiczeni w partyjnych gierkach, dorobkiewicze i aroganci albo celebryci niemający pojęcia o polityce i pracy dla dobra państwa. Tacy ludzie wskutek wewnątrzpartyjnych przepychanek lądują najczęściej na pierwszych miejscach list wyborczych do europarlamentu. To miejsce daje największą szansę na to, by załapać się na pięć lat do europarlamentu i żyć wygodnie z bajońską pensją, licznymi przywilejami i widokami na sutą emeryturę. Oni nie zasługują na nasze poparcie. Nie popierajcie skompromitowanych polityków, lanserów i celebrytów, którzy za wszelką cenę po naszych grzbietach pchają się do Brukseli. Szukajcie na listach wyborczych osób, które mogą zasługiwać na zaufanie i dawać gwarancję tego, że będą w Parlamencie Europejskim pracować dla dobra Polski.”

W roku 2015 podobną akcję – NIE GŁOSUJ NA JEDYNKI – prowadziło stowarzyszenie OBURZENI, apelując do wyborców:

„Nie akceptując … sposobu układania list wyborczych przez kacyków partyjnych, apelujemy o niegłosowanie na ustawionych na pierwszych miejscach na listach wyborczych kandydatów, niezależnie od Waszych sympatii politycznych. Dzisiaj w praktyce  to wodzowie partyjni, a nie wyborcy dokonują wyboru posłów, namaszczając tzw. JEDYNKI jako liderów list wyborczych. Wyborcy nie mając szans na poznanie wszystkich kandydatów w ciągu zaledwie jednego miesiąca kampanii wyborczej na rozległym obszarze swego okręgu wyborczego, niejako automatycznie stawiają krzyżyk przy nazwisku pierwszego na liście, będąc jej zwolennikiem. W efekcie do parlamentu dostają się często miernoty  i bezwartościowi klakierzy. Sprzeciwmy się dyktatowi wodzów partyjnych oraz liderów komitetów wyborczych i nie głosujmy na JEDYNKĘ, lecz tego kandydata, którego poznaliśmy dobrze i uważamy za uczciwego, inteligentnego i odważnego. Pokażmy gest Kozakiewicza kacykom partyjnym i komitetowym, którzy namaścili uległych im YESMENÓW, jako tzw. „liderów” list wyborczych”.

Słuszność apelu „Nie głosuj na jedynki” potwierdzili (chyba niechcący) obecni europosłowie Danuta Huebner i Michał Boni, którzy nie chcieli kandydować do PE, gdyż uważali, że zaproponowane im miejsca na liście wyborczej (czwarte i piąte) nie dają im gwarancji wyboru. Tym samym potwierdzili, iż obowiązująca w Polsce ordynacja wyborcza oznacza, że wyboru dokonuje wódz partyjny, decydujący o kolejności na liście, a nie wyborcy.

Teraz, przed kolejnymi wyborami do Parlamentu Europejskiego Ogólnopolski Komitet NIE GŁOSUJ NA JEDYNKI pisze z kolei:

„Zwracamy się do wszystkich – niezależnie od sympatii partyjnych  – którym leży na sercu dobro Polski, by nie głosowali na JEDYNKI, lecz tych kandydatów – niezależnie od miejsca na liście wyborczej – których poznaliśmy dobrze i  którzy gwarantują skuteczne reprezentowanie polskich interesów w Parlamencie Europejskim.

Zwracamy się do Was o rozpowszechnianie tego apelu w Internecie oraz w formie ulotek, plakatów, banerów, bilbordów w całej Polsce.

Ogólnopolski Komitet NIE GŁOSUJ NA JEDYNKI”
nie.glosuj.na.jedynki@gmail.com
tel. 601 255 849

Czy Polsce opłaca się być członkiem Unii Europejskiej? Po pierwsze – zlikwidować Parlament Europejski

„Nasza struktura gospodarcza w chwili obecnej jest analogiczna do struktury krajów pokolonialnych i w zasadzie można powiedzieć, że Polska jest neokolonią. (…)    W obliczu coraz mocniejszych tendencji  sfederalizowania Unii Europejskiej grozi nam pozbawienie wolności i niezależności typu politycznego”.

Prof. Witold Kieżun

Prof. Witold Kieżun, fot. Wikipedia, profesor nauk ekonomicznych, wykładał zarządzanie m.in. na Temple University w Filadelfii, na Uniwersytecie w Montrealu, pracował dla ONZ, uczeń Tadeusza Kotarbińskiego, żołnierz Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego, więzień sowieckich łagrów.

Eurorealiści powinni zreformować rachityczny twór – UE

Budżet Unii Europejskiej na lata 2021-2027 będzie ostatnim, w którym Polska będzie otrzymywać z Brukseli więcej pieniędzy niż tam wpłacać. Od roku 2018 nasz kraj więcej będzie dawać do brukselskiej kasy w formie składki niż stamtąd brać – zauważył niedawno, słusznie, eurodeputowany Ryszard Czarnecki. Czy to jednak oznacza, iż dotychczas członkostwo Polski w Unii Europejskiej faktycznie cały czas opłacało się nam finansowo?

Tak jak nie można od ćwierćwiecza zmienić obowiązującej obecnie w Polsce „najgłupszej na świecie ordynacji wyborczej”  (prof. Zbigniew Brzeziński) na większościową poprzez zbieranie podpisów pod petycjami w tej sprawie czy też demonstracje, lecz jedynie poprzez wejście zwolenników jednomandatowych okręgów wyborczych do Sejmu i zmianę obecnego systemu politycznego w wyniku parlamentarnego głosowania, tak nie można będzie zmienić pozostawiających Europę w tyle (za Azją i Ameryka Północną) zasad funkcjonowania Unii Europejskiej – bez wejścia eurorealistów do wnętrza tego rachitycznego tworu (w tym także do Parlamentu Europejskiego).

Albo uda się sprawić, iż Unia Europejska będzie skutecznie konkurować z Azją i Ameryką Północną, czyli – uda się ograniczyć jej istotę wyłącznie do wolnego przepływu ludzi, towarów, kapitału i usług, albo – jeśli okaże się to niemożliwe –  po Brexicie kolejne państwa będą występować z tego dzisiaj dziwacznego,  zbiurokratyzowanego do granic wytrzymałości i coraz bardziej odczuwalnie zniewalającego nas tworu, ograniczając się np. tylko do przynależności do Europejskiego Obszaru Gospodarczego i strefy Schengen?    

Niebieskie tablice propagandowe

26 maja odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, który mimo większych niż na początku swego istnienia kompetencji, ciągle jest instytucją, która nie ma większego znaczenia w UE. Kluczowe decyzje zapadają gdzie indziej – patrz np. artykuł: Patrz np. artykuł na stronie Klubu Jagiellońskiego pt.::  „Niepotrzebne wybory do niepotrzebnego parlamentu”, https://klubjagiellonski.pl/2014/05/21/musialek-niepotrzebne-wybory-do-niepotrzebnego-parlamentu/

Polska jest członkiem Unii Europejskiej od 1 maja 2004 roku. Dzisiaj prawie przy każdym rowie na wsi, na każdej ścianie w mieście uprawiana jest propaganda pronijna w postaci niezbyt estetycznych i zazwyczaj pasujących do otoczenia niczym przysłowiowy kwiatek do kożucha niebieskich tablic, przygniatających czytelnika (o ile w ogóle je ktoś czyta?) liczbami, które mają świadczyć o wyjątkowej szczodrości UE wobec Polski.

Powoli Polacy zaczynają jednak zauważać, iż nasze członkostwo w Unii Europejskiej bynajmniej nie oznacza samych korzyści. Niektórzy pytają nawet, czy nam się jeszcze w ogóle opłaca być członkiem UE? Jaka jest prawda?

Polska od pewnego czasu traci na członkostwie w Unii Europejskiej

Ciekawe zestawienie zysków i strat, wynikających z naszego członkostwa w UE znaleźć można na stronie www.tomaszcukiernik.pl  Według zaprezentowanych tam danych Polska zyskała w latach 2007 – 2013  ok. 91 miliardów euro dotacji unijnych. Jednak w tym samym czasie nasz kraj wpłacił do kasy UE składki w wysokości 22,6 mld euro, koszt całej biurokracji obsługującej proces starania się o te dotacje (np. koszt utrzymania różnych agencji, części urzędów marszałkowskich, doradców etc.) wyniósł w ciągu tych lat ok. 6,5 mld euro, koszt przygotowania wniosków, które zostały przyjęte to 13,5 mld euro, zaś koszt przygotowania wniosków odrzuconych – 16 mld euro, prefinanowanie projektów kosztowało nas w sumie 12 mld euro, zaś współfinansowanie ze środków publicznych – 16,3 mld euro, a ze środków prywatnych – 19,9 mld euro.

Tak więc suma polskich wydatków, związanych z pozyskiwaniem unijnych dotacji w latach 2007 – 2013 to ok. 106,8 mld euro. Straciliśmy więc na tym 15,8 mld euro! Oznacza to, że każdy Polak dopłacał do „pomocy” unijnej 238 zł rocznie. Pamiętać przy tym należy, iż nie wszystkie przyznane nam dotacje unijne zostały wykorzystane. Faktyczny bilans jest więc dla Polski jeszcze bardziej niekorzystny.

Dodać także trzeba, że otrzymując unijne dotacje, gminy zadłużają się i ponoszą dodatkowe koszty z tytułu obowiązku spłaty odsetek od kredytów. Na uwadze musimy również mieć i to, że samo przygotowanie Polski do integracji kosztowało nas ok. 25 mld złotych (np. dostosowanie polskiego prawa do unijnego etc.). Nasz bilans rzeczywisty pogarszają dodatkowo kary nakładane na Polskę przez Unię Europejską np. z powodu niestosowania się do unijnego prawa itd., a pamiętać przy tym należy, iż rynek unijny regulowany jest przez ponad 1600 dyrektyw i ponad 600 rozporządzeń.

Także podziemnatv.pl ocenia negatywnie nasz bilans. Jeśli w latach 2014 – 2020 otrzymamy z kasy unijnej ok. 300 mld zł, to same składki będą nas kosztować ok. 120 mld zł. Gdy do naszych wydatków dodamy to, o czym była mowa wyżej, bilans nie będzie dla nas tak korzystny,  jak się nam wmawia. Podziemnatv.pl oblicza, że cały okres członkostwa (od 2004 do 2012) mógł nam przynieść w sumie co prawda ok. 240 mld zł unijnych dotacji, ale np. obsługa polskiego długu w tym czasie kosztowała nas znacznie więcej, bo aż 310 mld zł! Oczywiście sumę dotacji należy – tak jak to zrobił Cukiernik – pomniejszyć o koszty ich uzyskania. Autor ten obliczył, iż w latach 2007 – 2013 Polska dokładała do unijnego „interesu” ok. 2 miliardy euro rocznie!    

Polska jest rzeczywiście unijną neokolonią

Miało być tak pięknie: wolny przepływ ludzi, towarów, kapitału i usług, a skończyło się na neokolonializmie unijnym. Tak naprawdę za dotacje Unia Europejska – jak słusznie twierdzi prof. Witold Kieżun – kupuje naszą suwerenność (dyktuje nam np., ile możemy produkować mleka, ile dwutlenku węgla itp.). Unia płaci tylko za to, co uzna za stosowne.

UE wymusza za pomocą dotacji naszą uległość, uzależnia nas od siebie prawie całkowicie (np. firma, która otrzymała unijną dotację, nie może zmienić typu produkcji, na który ją dostała). Jak słusznie zauważa dalej Cukiernik – inwestycje dotowane przez UE są bardzo często nietrafne (np. lotniska w Hiszpanii, czy termy w Polsce w miejscu, gdzie nie ma w miarę dostępnych ciepłych wód). Najczęściej beneficjentami pomocy unijnej są samorządy lub instytucje państwowe, a – jak wiadomo od stuleci – sektor publiczny jest dwa razy droższy niż prywatny przy wykonywaniu tych samych zadań. Nie mniej ważnym argumentem jest to, iż dotacje opóźniają proces inwestycyjny, generują nieuczciwą konkurencję dla bardziej przecież wydajnego sektora prywatnego i są korupcjogenne.

Eurorealiści powinny spróbować wziąć udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego, by także od środka spróbować zmienić niewydolny gospodarczo, niesprawiedliwy finansowo, zniewalający politycznie czy w ogóle kulturowo – system. Warto mieć w pamięci powyżej zaprezentowane dane liczbowe, gdy 26 maja będziemy wrzucać kartę do urny wyborczej.

Marek Ciesielczyk

Autor:

Marek Ciesielczyk – doktor politologii Uniwersytetu w Monachium, profesor University of Illinois w Chicago, pracownik naukowy Forschungsinstitut fur sowjetische Gegewart w Bonn, Fellow w European University Institute we Florencji, autor kilku książek i kilkuset artykułów w języku niemieckim, angielskim i polskim, jako wieloletni radny tarnowski  określany mianem „sumienia Tarnowa”,  uhonorowany jednym z najwyższych polskich odznaczeń państwowych – Krzyżem Wolności i Solidarności – za walkę o wolną Polskę, kandyduje jako bezpartyjny do Parlamentu Europejskiego w województwie małopolskim i świętokrzyskim z listy KONFEDERACJA, miejsce nr 6. Dr Ciesielczyk zapowiada, iż – jeśli zostałby europosłem – jego pierwszą akcją w PE będzie wniosek o samolikwidację Parlamentu Europejskiego.

dr.ciesielczyk@gmail.com     tel. 601 255 849

Głębokie koryto PE – zlikwidować Parlament Europejski !

Jeden z byłych eurodeputowanych Marek Migalski w swojej książce „Parlament Antyeuropejski” opisał metody wyciągania potężnych pieniędzy z naszej, podatników kieszeni przez europosłów. Zdaniem Migalskiego w Brukseli funkcjonuje cały system ‚legalnej korupcji’. Książka wydana została w 2014 roku, a więc prezentowane przez Migalskiego dane dotyczą okresu 2009 – 2014. W międzyczasie trochę się w PE zmieniło, ale pasożytnicza istota tej – w rzeczy samej – zupełnie niepotrzebnej instytucji pozostaje ta sama.

12 tys. euro czystego przychodu

Każdy członek Europarlamentu otrzymywał wówczas pensję miesięczną w wysokości ponad 7,5 tys. euro. Oprócz tego za każdy dzień pobytu w Brukseli czy Strasburgu dostawał ponad 300 euro diety. Dzięki temu  można było miesięcznie dostać właściwie drugą pensję. W sumie więc do kieszeni posła wpływało miesięcznie ok. 12 tys. euro, czyli ok. 50 tysięcy złotych. Jak uzyskiwało się w/w dietę? Wystarczyło o dowolnej porze między godz. 7.00 a 22.00 wpaść na 10 sekund i złożyć stosowny podpis.

1,5 mln zł „zarabiają” na dojazdach

Każdy poseł mógł co tydzień przyjechać do pracy swoim samochodem. Dostawał za to zwrot w wysokości 49 eurocentów (2,1 zł) za każdy kilometr. Po odliczeniu kosztów paliwa na rękę za jeden taki kurs dostawał kilka tysięcy złotych. Jeśli więc ktoś zdecydował na początku kadencji, że będzie regularnie co tydzień dojeżdżał do pracy, na przykład z Warszawy, to zarobił w ciągu pięciu lat ok. 700-800 tys. zł. Sprytniejsi potrafili „wyciągnąć” nawet 1,5 mln zł!

Śpią w biurach, by zaoszczędzić

Diety powinny być wydawane na jedzenie i lokum do spania. By zaoszczędzić na wynajmie mieszkań, europosłowie wynajmowali jedno w kilka osób, a byli i tacy, których przyłapano na spaniu w biurach PE. „Biura w Brukseli składają się z dwóch pokojów – jeden jest przeznaczony dla asystentów i stażystów, a drugi dla MEP-a (czyli europosła). Ten drugi jest wyposażony w cały niezbędny sprzęt biurowy, ale także w łazienkę z prysznicem i kozetkę, na której spokojnie można się wyspać. To właściwie małe mieszkanie, więc rozumiem, że niektórych mogło kusić, by się tam od czasu do czasu przespać” – pisze Migalski.

Temu procederowi miały przeciwdziałać kontrole ochrony PE, które po 23.00 zaczynały  obchodzić gabinety. Strażnicy pukali i sprawdzali, co dzieje się w pokojach, w których widać włączone światło. „Ale i na to nasi sprytni europosłowie znaleźli sposób – do drzwi wkładali po prostu klucze. Strażnik mógł się więc dobijać, ile tylko chciał. A zapewne w końcu odpuszczał, bo w sumie co mu zależy. A eurodeputowany? Może nad ranem był trochę pomięty i połamany spaniem przy biurku i słuchaniem strażniczego walenia do drzwi, ale jednak z diety nie wydał na nocleg ani złotówki, prawda?” – ironizuje b. europoseł Migalski.

Zarabiają też w weekendy w kraju

Oprócz pięciu diet dziennych w ciągu tygodnia eurodeputowanemu należały się również dwie diety podróżne: za poniedziałkowe dotarcie do PE i za piątkowe dotarcie do kraju w wysokości ok. 150 euro. W sumie więc w ciągu tygodnia z samych tylko diet można było uzyskać ponad 1,8 tys. euro. Jeśli dodamy do tego pieniądze, które można było otrzymać za dojazd autem, to za podróż główną (czyli w poniedziałek do Brukseli i w piątek do kraju) oraz za „brejka” w środku tygodnia doliczyć sobie można było … 2 tys. euro! Podsumowując – oprócz normalnej pensji w wysokości ok. 6 tys. euro miesięcznie netto (po odliczeniu belgijskiego podatku) każdy poseł  mógł (jeśli robiłby „brejki” samochodowe i kasował każdą dietę) zarobić miesięcznie dodatkowo… 8 tys. euro! To dawało razem 14 tys. euro miesięcznie! I to praktycznie bez siedzenia w Brukseli – bo wciąż albo w drodze, albo w domu.

Eurodeputowany mógł też – w czasach Migalskiego – zarabiać w weekendy w kraju, należał  mu się bowiem ekwiwalent za wojaże po Polsce. Owszem, można odbyć 24 darmowe podróże samolotem oraz tyle samo pociągiem – i z tego nie ma nic prócz przyjemności podróżowania za darmo. Ale posłom przysługiwała również możliwość jeżdżenia po kraju autem. Za każdy przejechany po ojczyźnie kilometr dostawało się 49 eurocentów. Limit na tego typu podróże wynosił 24 tys. km rocznie.

Mogą przebywać w Warszawie i tu zaliczać diety

Regulamin PE pozwalał na otrzymanie dziennej diety także poza budynkiem Parlamentu, ale musiało to być związane z pełnieniem mandatu i udziałem w pracach parlamentu krajowego. „W polskich warunkach ów ‚udział’ ogranicza się do uczestniczenia w posiedzeniach sejmowych i senackich komisji ds. Unii Europejskiej. Można więc, zamiast siedzieć w Brukseli, spokojnie przebywać w Warszawie i tam zaliczać diety” – pisze Migalski.

Dotyczyło to jednak tylko tych eurodeputowanych, którzy mieszkali poza Warszawą. Warszawiacy też mogli uczestniczyć w posiedzeniach, ale diet nie dostawali. „Z tego też powodu kilku z nich wyprowadziło się ze stolicy. Choć powinienem uściślić – niezupełnie wyprowadziło, po prostu zameldowali się gdzie indziej. Na marginesie – kiedy jeszcze można było dostawać kilometrówkę za dojazdy do Brukseli nieograniczoną do tysiąca kilometrów, ale liczoną od miejsca zamieszkania, jeden z polskich MEP-ów, mimo że mieszka w Warszawie, zameldował się aż pod wschodnią granicą. Dzięki temu mógł naliczać kilometry prawie od Białorusi” – zdradza b. europoseł Migalski.

„Diety sejmowe’ są o tyle przyjemne, że rzeczywiście można ‚wyskoczyć’ na zaledwie kilka godzin do sejmu, a większość czasy spędzać wśród bliskich i znajomych. Po posiedzeniu mogą przecież przejść się sejmowymi korytarzami i udzielić kilku wywiadów (z zadowoloną miną, bo zarobili właśnie tyle, ile część dziennikarzy zarabia w tydzień czy dwa)” – czytamy w książce „Parlament Antyeuropejski”.

Europosłowie są dojnymi krowami, ssanymi przez aparaty partyjne

Największą kasą do całkowitej dyspozycji europosłów, choć bezpośrednio do nich nienależącą, było ponad 20 tys. euro na asystentów i ponad 4,5 tys. euro na biura (kwoty miesięczne). Każda partia „zabierała” jednak swojemu europosłowi dużą część ludzi i pieniędzy, zauważa w swojej książce Migalski..

„Właśnie z tego powodu niektórzy polscy eurodeputowani nie są w stanie powiedzieć, ilu mają asystentów lub biur poselskich. Bo większości ‚swoich’ pracowników nie widzieli na oczy, a o istnieniu ‚swoich’ biur poselskich dowiadują się z mediów. Mechanizm jest banalnie prosty – MEP podpisuje fikcyjne umowy o pracę z jakimiś ludźmi, którzy tylko formalnie są jego asystentami, a w rzeczywistości pracują na rzecz partii-matki lub poszczególnych polityków lokalnych w regionie. Podobnie dzieje się z pieniędzmi na biura: jakiś lokalny poseł wywiesza na swoim biurze tabliczkę, że jest to także biuro europosła, i w ten sposób może za darmo, czyli za pieniądze od MEP-a, zajmować ten lokal.

Eurodeputowani są więc dojnymi krowami ssanymi przez aparaty partyjne i w rzeczywistości mają po 2-3 asystentów. To dlatego ich działalność jest taka skromna – bo nie mają do dyspozycji (jak wynikałoby z oficjalnych dokumentów) 80 tys. zł na płace dla zatrudnionych przez siebie osób, ale na przykład zaledwie 20 tys.” – ujawnia Migalski.

„Można zatrudnić kilku kolegów i razem przez pięć lat mile spędzać czas”

Ilu właściwie asystentów mógł mieć każdy eurodeputowany?  „Odpowiedź nie jest łatwa, bo zależy to od samego europosła (i – jak już napisałem – jego partii). Podobno jeszcze kilka lat temu nic nie regulowało swobody eurodeputowanych i zdarzył się taki, który za całą sumę (wówczas ok. 15 tys. euro) zatrudnił jedną osobę, Przypadkiem była to jego… żona! Potem weszły przepisy, które uniemożliwiały czy raczej utrudniały angażowanie osób spowinowaconych lub krewnych” – pisze b. europoseł.

Zaraz jednak dodaje: „Nikt nie kontroluje i nie sprawdza, kogo zatrudniamy i co ten ktoś robi. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zatrudnić kilku kolegów i razem przez pięć lat mile spędzać czas, zarabiając naprawdę godne pieniądze. Jeśli już oddamy, co cesarskie cesarzowi (czyli szefowi partii), to z kwotą, która z 80 tys. miesięcznie na asystentów nam pozostanie, możemy poszaleć i nikt nam nic nie powie” – konkluduje Migalski.

Marek Ciesielczyk

O autorze:

Marek Ciesielczyk – doktor politologii Uniwersytetu w Monachium, profesor University of Illinois w Chicago, pracownik naukowy Forschungsinstitut fur sowjetische Gegewart w Bonn, Fellow w European University Institute we Florencji, autor kilku książek i kilkuset artykułów w języku niemieckim, angielskim i polskim, jako wieloletni radny tarnowski  określany mianem „sumienia Tarnowa”,  uhonorowany jednym z najwyższych polskich odznaczeń państwowych – Krzyżem Wolności i Solidarności – za walkę o wolną Polskę, kandyduje do Parlamentu Europejskiego w województwie małopolskim i świętokrzyskim z listy KONFEDERACJA, miejsce nr 6. Dr Ciesielczyk zapowiada, iż – jeśli zostałby europosłem – jego pierwszą akcją w PE będzie wniosek o samolikwidację Parlamentu Europejskiego.

dr.ciesielczyk@gmail.com     tel. 601 255 849

Strajkujący nauczyciele mają prawo do pełnego wynagrodzenia !!!

Uwaga strajkujący nauczyciele!!!

Krakowska RIO i MEN nie mają racji, należy się Wam pełne wynagrodzenie za okres strajku!!!
Na podstawie wyroków Sadu Najwyższego z dnia 24. 09. 2013, 6. 02. 2006, 26. 05. 2000 oraz art. 9, par. 2 Kodeksu pracy i art. 8, 2, 59, 1, 2, art. 81 Konstytucji RP pracodawca, a więc dyrektor szkoły ma prawo podpisać porozumienie ze związkami, na mocy którego strajkujący nauczyciele otrzymają pełne wynagrodzenie!!!

Pozdrawiam.
Marek Ciesielczyk,

radny tarnowski,
tel. 601 255 849
dr.ciesielczyk@gmail.com

kliknij także tutaj:

https://www.salon24.pl/u/kwiatkowskipoliczekdlatarnowa/947072,tadeusz-kwiatkowski-to-policzek-dla-tarnowa

Tadeusz Kwiatkowski to policzek dla Tarnowa

Jako starosta molestował urzędniczki, a teraz jest wiceprezydentem 100-tysięcznego miasta!

2 kwietnia 2019 roku 100-tysięczny Tarnów (Małopolska)  przeżył szok na wieść o powołaniu byłego starosty dąbrowskiego Tadeusza Kwiatkowskiego (prominentnego działacza PSL z Powiśla) na stanowisko zastępcy Prezydenta Miasta. Niektórzy podejrzewali, że ta informacja to po prostu żart primaaprilisowy – patrz:  https://www.tarnowska.tv/wiadomosci/2781,myslalem-ze-to-jest-zart-primaaprilisowy-radny-ciesielczyk-komentuje-powolanie-bylego-starosty-dabrowskiego-tadeusza-kwiatkowskiego-na-wiceprezydenta-

Nowy wiceprezydent Tarnowa – jako starosta – molestował podwładne

W prasie drukowanej i w Internecie opisano, w jak skandaliczny sposób nowy wiceprezydent  traktował swe podwładne, gdy był starostą: „Nowo objęta funkcja zastępcy prezydenta Tarnowa to skandal. Powód? Molestowanie seksualne urzędniczek starostwa w czasie narady. Kwiatkowski mówił wówczas do sekretarki oraz innej urzędniczki: „Jeszcze worek (z herbatą) przynieś, bo chyba sobie swój włożę (do szklanki)… Aśka, kurwa jego mać… Jeszcze jedno pytanie Aśka, czy między kobietą a mężczyzną może dojść do stosunku w biegu… kobieta z podniesioną spódnicą szybciej ucieka niż chłop z opuszczonymi portkami…”.” – artykuł pt.: Tadeusz Kwiatkowski zostanie wiceprezydentem Tarnowa. Nie przeszkadza fakt, że molestował seksualnie w 2009 roku?”  – patrz:

https://telewizjarepublika.pl/tadeusz-kwiatkowski-zostanie-wiceprezydentem-tarnowa-nie-przeszkadza-fakt-ze-molestowal-seksualnie-w-2009-roku,78391.html

oraz artykuł pt.: „Mówił o „stosunku w biegu” i „opuszczonych portkach”, będzie… wiceprezydentem!”  – patrz:

https://niezalezna.pl/266226-mowil-o-stosunku-w-biegu-i-opuszczonych-portkach-bedzie-wiceprezydentem-nagranie

a także tutaj:

Aferę w starostwie w Dąbrowie Tarnowskiej opisał po raz pierwszy miesięcznik „Prawdę mówiąc” w artykule pt.: „Jak traktowane są podwładne przez starostę Kwiatkowskiego – Czy PSL będzie w dalszym ciągu tolerował poniżanie kobiet przez swego prominentnego działacza?”.

Okładka miesięcznika, w którym opublikowany został artykuł

– patrz:

http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/skandaliczne-wypowiedzi-starosty-kwiatkowskiego.html

oraz tutaj:

http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/stenogram-fragmentow-nagrania-narady-sluzbowej-w-starostwie-powiatowym-w-dabrowie-tarnowskiej.html

Nagranie z tymi poniżającymi podwładne wypowiedziami Kwiatkowskiego odsłuchać można tutaj: https://www.youtube.com/watch?time_continue=2&v=5pjk6_-Fhvs

Kwiatkowski przegrywa w sądzie

Po upublicznieniu tego nagrania Kwiatkowski wytoczył proces redakcji miesięcznika „Prawdę mówiąc”, który przegrał z kretesem – patrz artykuł pt.: „Kwiatkowski oddaj nam nasze pieniądze!”, (Prawdę mówiąc nr 10, kwiecień 2012).

Sąd w uzasadnieniu wyroku stwierdził m.in., iż w artykule „Prawdę mówiąc”, były „sformułowania sugerujące, iż (Kwiatkowski) w stosunku do podwładnych kobiet, wykorzystując zależność służbową, dopuścił się werbalnego seksualnego napastowania urzędniczek…  w żaden sposób nie można zgodzić się z oskarżycielem prywatnym (czyli z Kwiatkowskim), aby został zniesławiony treścią w/wym. artykułów…  treść ww. artykułu nie jest niczym więcej jak właśnie oceną określonego zachowania czy działania mieszczącą się w granicach krytyki dziennikarskiej… działalność każdego organu czy osoby publicznej może, a nawet powinna być oceniana przez dziennikarzy, a opinia publiczna ma prawo być informowana o ewentualnych nieprawidłowościach lub wręcz patologiach”,

– patrz: http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/kwiatkowski-oddaj-nam-nasze-pieniadze.html

 

GIP stwierdził przypadki molestowania w starostwie

Po ujawnieniu przez „Prawdę mówiąc” nagrania Główny Inspektor Pracy przeprowadził w Starostwie Powiatowym w Dąbrowie Tarnowskiej kontrolę „w zakresie… poniżania oraz molestowania seksualnego”, GIP stwierdza m.in. „W dwóch przypadkach ankietowani (pracownicy starostwa) stwierdzili, że według ich oceny w Starostwie Powiatowym w Dąbrowie Tarnowskiej występują przejawy dyskryminacji (m.in. „ze względu na poglądy polityczne”, przyp. red.)… występują werbalne, nieakceptowane zachowania o charakterze seksualnym, odnoszące się do płci pracownika i naruszające jego godność…., a wyżej wymienione działania, dotyczące molestowania seksualnego wykonywane były w obecności świadków i osobą je stosującą był pracodawca”. Przypomnieć wypada w tym miejscu, iż pracodawcą dla ankietowanych przez GIP pracowników był starosta Tadeusz Kwiatkowski.

Główny Inspektor Pracy pisze dalej: „Mając na uwadze powyższe wyniki badania ankietowego, inspektor pracy w wstąpieniu skierowanym do pracodawcy – Starosty Powiatowego w Dąbrowie Tarnowskiej zobowiązał go do podjęcia działań mających na celu przeciwdziałanie dyskryminacji, w tym molestowaniu seksualnemu…”, patrz artykuł pt.: „O dyskryminacji i molestowaniu seksualnym w starostwie – wyniki kontroli GIP w Starostwie Powiatowym w Dąbrowie Tarnowskiej”

http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/o-dyskryminacji-i-molestowaniu-seksualnym-w-starostwie.html

Wypada w tym miejscu zauważyć, iż gdyby wydarzyło się to np. w Europie Zachodniej lub USA, starosta postawiony zostałby natychmiast przed sądem i skazany na karę pozbawienia wolności. W Polsce – jak widać – jest inaczej, starosta Kwiatkowski nie tylko nie stanął przed sądem, ale został awansowany na wiceprezydenta 100-tysięcznego miasta!

Represje policyjne wobec opozycji

Jak się wydaje, odpowiedzią na krytykę osoby starosty Tadeusza Kwiatkowskiego w tamtym czasie, był rodzaj represji wobec podejrzanych o działania przeciw niemu. 11 kwietnia 2011 roku o godzinie 6:30 rano do mieszkania młodego człowieka w Dąbrowie Tarnowskiej wkroczyli funkcjonariusze policji dąbrowskiej, by przeprowadzić rewizję na podstawie postanowienia o przeszukaniu wydanego przez asesora Prokuratury Rejonowej w Dąbrowie Tarnowskiej.

Jak pisze „Prawdę mówiąc” w artykule pt.: „Czy żyjemy w państwie prawa?” –  „Funkcjonariusze policji dąbrowskiej obudzili obywatela A, szukając… ulotek z informacjami o zarobkach starosty dąbrowskiego Tadeusza Kwiatkowskiego i jego wizerunkiem (kopię ulotki publikujemy). Ulotki takie pojawiły się kilka dni wcześniej w różnych punktach na terenie całego powiatu dąbrowskiego. Policjanci niczego w mieszkaniu nie znaleźli, a obywatel A, gdy nieco ochłonął, wniósł do sądu dąbrowskiego zażalenie na postanowienie asesora o przeszukaniu…”

Poinformowana o tej szykanie wobec młodego mieszkańca Dąbrowy Tarnowskiej  Helsińska Fundacja Praw Człowieka tak skomentowała poranne najście policji: „ … należy zastanowić się, czy uprawnionym nie byłoby stwierdzenie, że podjęcie (czynności przeszukania) w lokalu zajmowanym przez A nie miało w istocie na celu napiętnowania go, zastraszenia czy szykany…  (tego typu działania, jak przeszukanie mieszkania) podejmowane być powinny wyłącznie w stosunku do najcięższych przestępstw i najgroźniejszych przestępców”. HFPC uznała, iż rozklejanie ulotek z wizerunkiem i wysokością zarobków starosty Kwiatkowskiego na pewno trudno zaliczyć do tej samej kategorii łamania prawa, co np. mord, rozbój, gwałt czy terroryzm…. – patrz artykuł:

http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/czy-zyjemy-w-panstwie-prawa.html

Okładka pisma „Prawdę mówiąc” oddająca charakter represji wobec opozycji w powiecie dąbrowskim w czasie rządów Kwiatkowskiego.

Pod rządami Kwiatkowskiego powiat dąbrowski należał do najbiedniejszych w Polsce

Według jednej z publikacji Związku Powiatów Polskich powiat dąbrowski pod rządami starosty Tadeusza Kwiatkowskiego znajdował się w dziesiątce najuboższych powiatów polskich. – patrz: 

http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/powiat-dabrowski-wsrod-10-najbiedniejszych-w-polsce.html

Wówczas w zarządzanym przez Kwiatkowskiego powiecie było najwyższe w Małopolsce bezrobocie – 19%, gdy średnia stopa bezrobocia w całej Małopolsce wynosiła tylko 11%. Według danych GUS nieco później, pod koniec stycznia 2013 roku na Powiślu dąbrowskim było już 21% bezrobotnych (dla porównania w biednym powiecie proszowickim bezrobocie wynosiło wówczas 13%, a w całej Małopolsce 12,3%)  patrz:

http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/swiat-kraj-region-787.html

Według Krajowego Raportu o Rozwoju Społecznym z 2013 roku, który uwzględniał warunki życia w 379 powiatach i miastach na prawach powiatu, powiat dąbrowski, starostą którego był wówczas Tadeusz Kwiatkowski, zajął dopiero 347 miejsce w Polsce. Zauważyć należy, iż jeszcze 6 lat wcześniej powiat dąbrowski zajmował 307 miejsce w Polsce.

Ranking prestiżowego pisma samorządowego WSPÓLNOTA z 2014 roku jeszcze bardziej obnażył słabość merytoryczną władz Powiśla dąbrowskiego. Dotyczył on najszybciej rozwijających się gmin oraz miast na prawach powiatu w latach 2010 – 2014. Badania objęły aż 2.479 gmin i miast tego typu. Były one porównywane ze sobą w wymiarze gospodarczym, społecznym, infrastrukturalnym i finansowym. Gdy np. mały Gromnik z powiatu tarnowskiego znalazł się na 12 miejscu na tej liście rankingowej, Dąbrowa Tarnowska uplasowała się na kompromitującym stolicę powiatu dąbrowskiego 1.593 miejscu. Ranking pokazał, iż Powiśle dąbrowskie nie realizowało wówczas polityki rozwojowej z myślą o swych mieszkańcach.

Jedna z przeprowadzonych wówczas na Powiślu ankiet pokazała, iż brak perspektyw rozwoju kierował tamtejszą młodzież ku alkoholizmowi. Uczniowie szkół powiatu dąbrowskiego często odpowiadali na pytania ankieterów: „Pijemy, bo nie widzimy perspektyw…”

Kryzys oświaty w powiecie dąbrowskim

W czasie współrządzenia, a później rządzenia Kwiatkowskiego w powiecie dąbrowskim okazało się, że na listach rankingowych szkół ponadgimnazjalnych I LO w Dąbrowie przegrywało znacząco z liceum w małym Zakliczynie w powiecie tarnowskim, zaś technikum ekonomiczne w stolicy Powiśla – z liceum w Radłowie. Technikum w dąbrowskim Szczucinie okazało się gorsze od technikum zawodowego w Zakliczynie, liceum w mniejszym Wojniczu, Ciężkowicach czy w Gromniku w powiecie tarnowskim.

Jeszcze gorzej wypadł powiat dąbrowski w opublikowanym w 2011 roku rankingu, przedstawiającym wyniku uczniów gimnazjów – zajął ostatnie miejsce w Małopolsce w części humanistycznej. W części matematyczno-przyrodniczej powiat dąbrowski zajął zaś przedostatnie miejsce w województwie.

W Ogólnopolskim Rankingu Liceów Ogólnokształcących „Perspektyw” i „Rzeczypospolitej” w 2012 roku na bardzo wysokim, bo 20 miejscu w Polsce znalazło się liceum z małej Nysy, zaś 31. miejsce zajęło liceum z 30-tysięcznych Żar. Bardzo dobrze wypadły także licea z innych małych miejscowości, np. z Jasła, Giżycka, Kolbuszowej, Hajnówki etc.  Wśród 500 najlepszych polskich liceów na próżno szukalibyśmy jakiejś szkoły z zarządzanego wówczas przez Kwiatkowskiego powiatu dąbrowskiego. Nawet najlepsze dąbrowskie I LO znalazło się dopiero na 85. pozycji na lokalnej, małopolskiej liście i zostało wyprzedzone np. przez licea z małego Libiąża, Andrychowa, Biecza, a nawet Bobowej, Grybowa czy Ciężkowic.

Także w grupie 250 najlepszych w Polsce techników nie ma żadnej szkoły z powiatu dąbrowskiego. Przykładowo 7. miejsce na tej liście zajęło technikum z małego przecież Krosna, 24. miejsce – z Jasła. W tej grupie były też technika z Mrągowa, Sanoka.. Na lokalnej, małopolskiej liście technikum ze Szczucina znalazło się na odległej 86. pozycji i wyprzedzone zostało m.in. przez technika z małych miejscowości Limanowej, Andrychowa, Grybowa, Wojnicza, Zakliczyna, Łącka, leżących w innych powiatach.

Gdy w 2014 roku opublikowano wyniki egzaminów uczniów, którzy kończyli szkoły podstawowe, okazało się, że najgorszymi w Małopolsce są ponownie szkoły w powiecie dąbrowskim.

Zamiast starać się podnieść poziom nauczania na Powiślu, starosta Kwiatkowski procesował się z nauczycielami i przegrywał te procesy, np. z dyrektorem szczucińskiej szkoły Janem Gierą czy też dyrektorką ZSP Nr 1 w Dąbrowie Tarnowskiej – dr. Martą Chrabąszcz. Mimo, że dr Chrabąszcz odnosiła liczne sukcesy, straciła stanowisko dyrektora szkoły, a później nawet przestała być nauczycielem. Starostwo przegrało sprawę w sądzie i trzeba było przywrócić dr Chrabąszcz do pracy i wypłacić zaległe wynagrodzenia. Była to kolejna porażka starosty Kwiatkowskiego. Jego fatalne decyzje przyczyniły się na pewno do kryzysu w dąbrowskiej oświacie, patrz artykuł: „Dr Marta Chrabąszcz powróci do pracy w dąbrowskim liceum!” (Prawdę mówiąc,  nr 5 (35), maj 2914).

Kwiatkowski doprowadził do kryzysu w dąbrowskiej służbie zdrowia

Na początku 2014 roku Międzyzakładowa Organizacja Związkowa Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, NSZZ Solidarność, Międzyzakładowy Związek Zawodowy Pracowników Służby Zdrowia i Związek Zawodowy Pracowników Ratownictwa Medycznego skierowały do starosty dąbrowskiego Tadeusza Kwiatkowskiego list otwarty, w którym czytamy m.in., iż w szpitalu powiatowym szereg nieprawidłowości wykazała kontrola Państwowej Inspekcji Pracy. Związkowcy apelują, by zostały podjęte działania „zmierzające do uzdrowienia sytuacji Szpitala”, patrz artykuł „Dąbrowski szpital zagrożony!”   http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/dabrowski-szpital-zagrozony-1345.html

„Gdy władzę w powiecie dąbrowskim przejął Tadeusz Kwiatkowski (PSL)… rozpoczęła się czystka w różnych instytucjach powiatowych, w szpitalu, Centrum Polonii, szkołach. Jedną z jej ofiar był Jerzy Orzeł, dyrektor szpitala powiatowego. … Sytuacja finansowa szpitala pogarszała się coraz bardziej… narastał konflikt z pracownikami…” – patrz artykuł pt.: „Kryzys w dąbrowskiej służbie zdrowia”. (Prawdę mówiąc, nr 7 (37) , lipiec 2014)  oraz

http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/dabrowski-szpital-po-odejsciu-dyrektor-kopczynskiej.html

http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/strajk-w-dabrowskim-szpitalu.html

http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/kopczynska-musi-odejsc-teraz-jej-miesieczne-dochody-wynosza-ok-15-tysiecy-zlotych.html

Jesienią 2014 roku „załoga dąbrowskiego szpitala powiatowego zadecydowała w drodze referendum, iż w placówce tej przeprowadzony zostanie strajk”. (patrz: Prawdę mówiąc,  nr 10 (40), październik 2014). W tym czasie „dyrektor szpitala ukrył się. Niedostępny był także starosta oraz wicestarosta”.  (patrz artykuł pt.: „Kolejna kompromitacja starosty Kwiatkowskiego i dąbrowskiego PSL! Gdzie się ukrył dyrektor szpitala – strajk pielęgniarek”, Prawdę mówiąc, nr 11 (41) , listopad 2014).

Chowanie głowy w piasek władz powiatu dąbrowskiego pogłębiło jeszcze bardziej kryzys w służbie zdrowia na Powiślu dąbrowskim. Egzaminu nie zdał na pewno starosta Kwiatkowski.

Z wizytówki Powiśla – Centrum Polonii – Kwiatkowski zrobił podrzędny, wiejski dom kultury

1 września 2009 roku powstało na terenie powiatu dąbrowskiego Centrum Polonii, które wkrótce stało się swego rodzaju wizytówką Powiśla dąbrowskiego. Gdy władzę w powiecie przejął Tadeusz Kwiatkowski i dokonał „czystki” personalnej także i w tej instytucji, prężnie dotychczas działające Centrum Polonii upadło, nie spełniając swej podstawowej roli jako instytucja mająca utrzymywać więź z Polonią na całym świecie i zaczęło odgrywać rolę podrzędnego wiejskiego domu kultury, patrz artykuł pt.: „Kto chce zaorać Centrum Polonii?”, patrz:  http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/polonia.html

oraz    http://powisle.prawdemowiac.com/inne-wydarzenia.html

Rysunek z „Prawdę mówiąc”

Bardzo konkretnym argumentem, kompromitującym nieodpowiedzialne działania starosty Kwiatkowskiego, które doprowadziły praktycznie do upadku chyba najlepiej funkcjonującej instytucji powiatu dąbrowskiego, jest zestawienie działań Centrum Polonii w okresie przed przejęciem władzy w powiecie przez Kwiatkowskiego i po objęciu przez niego funkcji starosty dąbrowskiego – patrz tutaj:

http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/dlaczego-krawiec-pozostal-na-stolku-dyrektora-centrum-polonii.html

oraz:

http://powisle.prawdemowiac.com/newsreader/items/w-polsce-powiatowej-nie-oplaca-sie-studiowac.html

Dostojewski wiecznie żywy

Fiodor Dostojewski w „Idiocie” napisał: „Jak Pan Bóg chce kogo ukarać, to mu najpierw rozum odbiera.” Dlaczego wiceprezydentem Tarnowa został Tadeusz Kwiatkowski? Czy wśród 500 pracowników Urzędu Miasta Tarnowa nie znalazł się nikt, kto wybiłby z głowy prezydentowi miasta tę nominację? Czy prezydent tę decyzję z kimkolwiek konsultował?

Może Pan Bóg obraził się na Tarnów i chciał to miasto po raz kolejny pokarać za jakieś grzechy, podrzucając mu takiego wiceprezydenta? Niedawno za korupcję skazany został na 3 lata więzienia poprzedni prezydent Tarnowa, teraz miasto spotkało kolejne nieszczęście….