Marsz wsobności

Marsz wsobności

Tomasz Walczak dla Super Expressu

 

Od trzech tygodni głównym tematem politycznym w Polsce jest sejmowy protest osób niepełnosprawnych i ich rodzin. PiS nie potrafi znaleźć satysfakcjonujących dla nich rozwiązań, jego politycy nieustannie kompromitują się idiotycznymi wypowiedziami obrażającymi protestujących, a wicepremier ds. społecznych Beata Szydło, która powinna być na miejscu i negocjować, udaje, że jej nie ma, wybierając partyjne spędy w terenie. Jednym słowem partia Jarosława Kaczyńskiego dzielnie demontuje swój wizerunek jako partii prospołecznej.

Co w tym czasie robi liberalna opozycja? Organizuje Marsz Wolności, na którym podnosi przede wszystkim hasła obrony konstytucji i trójpodziału władzy. Oczywiście, każdy ma prawo protestować w takiej sprawie, jaką uzna za słuszną. Dziwi jednak, że aspirujące do władzy środowisko aż tak mija się z emocją społeczną. Ta, która skupia się właśnie na problemach niepełnosprawnych i wydawałoby się, że każdy rozsądny polityk wprowadzi tę sprawę na sztandary. Nie koalicja PO-Nowoczesna. Ta organizuje demonstrację, która przypomina pisowskie marsze w obronie Radia Maryja czy w proteście przeciwko rzekomo sfałszowanym wyborom samorządowym z 2014 r. – imprezy dla przekonanych, utwardzające co prawda własny elektorat, ale z powodu swojej wsobności niemające najmniejszych szans na to, by poszerzyć bazę wyborczą.

Poza twardymi wyznawcami, wierzącymi w słuszność swojego protestu, wśród społeczeństwa brakuje raczej zrozumienia dla jego postulatów. W ostatnim czasie nie wydarzyło się bowiem nic, co przypomniałoby szerokim masom społecznym o antydemokratycznych ciągotach PiS. Sprawia to wrażenie zupełnego oderwania opozycji od spraw, którymi żyją ludzie. Zresztą nawet w gorączce pisowskiego zamachu na sądownictwo czy Trybunał Konstytucyjny większość Polaków niespecjalnie się tym emocjonowała. Potem było zdziwienie, że PiS w sondażach nie tylko nie spada, ale nawet rośnie.

Rozumiem, że sprawy socjalne nie są żywiołem liberałów z PO i Nowoczesnej, ale każdy trener personalny użyłby modnego sloganu i zachęcił obie partie, by „opuściły strefę komfortu”. Jasne, kwestie społeczne zwykło się uważać od 2015 r. za domenę PiS, ale kiedy rządzący w popłochu dezerterują z tego terytorium, instynkt podpowiada, żeby wkraczać na nie w ślad za wycofującymi się oddziałami przeciwnika. Trudno bowiem przekonać, że warto bić się o wolność, kiedy zasadniczą wartością staje się równość i braterstwo. Ten brak słuchu społecznego i zmysłu politycznego tłumaczy, czemu opozycja jest w takim, a nie innym miejscu, a PiS mimo widowiskowych samobójów nadal trzyma się mocno.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *