http://oburzeni.pl/oburzeni-unia-europejska/

 

 

 

 

 

 

 

 

Europa znów na równi pochyłej

 Kiedy mowa o Europie, ostatnio często powracają takie słowa jak dryf, nawrót choroby, rozkład, kłopoty. Dwa lata temu smutek po Brexicie, w zeszłym roku radość, gdy Francuzi wybrali na prezydenta Emmanuela Macrona. A teraz znów chandra, bo we Włoszech do władzy dochodzą wrogowie Unii, a niemieckie przywództwo się chwieje, pisze Matthew Kaminski, redaktor naczelny POLITICO Europe. 

 

  • Nad Europą wisi śmiertelne zagrożenie, chociaż w przeciwieństwie do brexitowego roku 2016 mało się o nim mówi
  • Trumpa traktowano z góry, jako wcielenie amerykańskiego prostactwa i mistrza nieskutecznych przechwałek, ale okazał się być groźnym przeciwnikiem
  • Prognoza dla Unii na drugą połowę roku brzmi znajomo dla każdego, kto mieszka w Brukseli: bez względu na ewentualne nagłe przejaśnienia – zimno, pochmurno i z niewielką ilością słońca

W mediach cykl życia wiadomości jest krótki jak mgnienie oka. Podobnie polityczne epoki następują po sobie coraz szybciej. Obecna era – Europy w tarapatach – szokuje, ale jest przy tym jakby całkiem znajoma.

 

Zaledwie dwa lata temu Bruksela była na skraju załamania nerwowego, zaliczywszy dwa polityczne ciosy. Krótko po tym, jak Wielka Brytania jako pierwszy kraj Unii postanowiła w czerwcu ją opuścić, Ameryka wybrała sobie prezydenta dającego głośno wyraz swojej niechęci tak do Unii, jak i do NATO. Filary powojennego ładu zaczynały się chwiać.

W 2017 r. Europie udało się odmienić sytuację. Miłą niespodzianką w pierwszej części tamtego roku była wygrana partii życzliwych dla establishmentu w Holandii i Francji. Elektorat preferował stabilność i złoty środek, a uosobieniem tego trendu stał się Emmanuel Macron, który uczcił swoją prezydencką inaugurację ”Odą do radości” Beethovena, czyli hymnem Unii.

Dwudziestka siódemka pozostałych krajów stanęła murem przeciwko Wielkiej Brytanii podczas negocjacji w sprawie warunków Brexitu. W Brukseli, Rzymie i Bratysławie snuto plany, jak tchnąć na nowo ducha w Europę. Gospodarka się kręciła. Konwencjonalne myślenie życzeniowe szło mniej więcej tak: populiści są w odwrocie, szok Brexitu i wygranej Trumpa otrzeźwił europejskie elektoraty, zapanowała ulga i wiara w przyszłość Europy. Raduj się, Brukselo!

A tymczasem nadszedł rok 2018 i establishment unijny się potyka, krok po kroku przyjmując kolejne ciosy.

Z perspektywy czasu widać, że to Niemcy jako pierwsze zeszłej jesieni uderzyły na alarm. Kanclerz Angela Merkel, opoka europejskiego establishmentu, co prawda utrzymała posadę, ale wyszła z wyborów osłabiona. Zarówno ją, jak i jej kolegów z Unii mogło zmartwić, że populiści wcale nie są w odwrocie. Po raz pierwszy od II wojny w Bundestagu zasiadła skrajnie prawicowa partia – Alternatywa dla Niemiec (po tym, jak jej szeregi opuściło paru posłów, ma w sumie 92 mandaty). Koszt prowadzonej przez Merkel polityki otwartych drzwi dla migrantów okazał się wyższy, niż oczekiwano.

A potem w Austrii, Czechach i na Węgrzech partie wrogie Merkel i temu, co ona symbolizuje, odniosły jeszcze wyraźniejsze sukcesy. W Austrii skrajnie prawicowa Partia Wolności weszła do rządu.

Euroelity mogą sobie racjonalizować te trzy wstrząsy, tłumacząc, że zdarzyły się na marginesie Unii albo w raczej małych krajach, gdzie populistów da się jakoś okiełznać. Ale co zrobić z Włochami, gdzie nastąpiło (na razie) największe polityczne tąpnięcie tego roku?

W marcowych wyborach partie mainstreamowej lewicy i prawicy straciły na znaczeniu, zwycięstwo – i to ze znaczną przewagą – odniosły zaś antyestablishmentowy Ruch 5 Gwiazd i skrajnie prawicowa Liga. Powoli staje się jasne, że w obecnej epoce politycznych przesileń, siły dążące do przewrotu – lub ekstremistyczne, zależnie od punktu widzenia – nie tylko zakłócają działanie systemu, ale w wielu przypadkach wypierają zasiedziałych graczy.

Nawet we Francji główną alternatywą dla Macrona nie są socjaliści, czy partia republikańska. Stanowią ją Marine Le Pen na skrajnej prawicy oraz Jean-Luc Mélenchon na skrajnej lewicy.

Trudno przewidzieć dokładną skalę wstrząsów, jakie wywołają te polityczne ruchy tektoniczne, ale łatwo je sobie wyobrazić. Włochy – po wyjściu Brytyjczyków trzeci kraj Unii – wkrótce mogą być rządzone przez koalicję dwóch partii, które niewiele łączy poza jawnie okazywaną ochotą, by wywrócić do góry nogami wszystko, co zastały. Na przykład włoski dług, co grozi niewypłacalnością rzędu bilionów euro. Albo w ogóle upadkiem euro – obie partie mogą wszak wrócić do swojej dawnej obietnicy referendum w sprawie wspólnej waluty. W ostatecznym rozrachunku mogą rozwalić Unię taką, jaką znamy, jeśli to lub podobne referendum przebiegnie nie po myśli Brukseli (jak większość tych, które dotychczas urządzono).

Widmo krąży nad Europą

Znów nad Europą wisi śmiertelne zagrożenie, chociaż w przeciwieństwie do roku 2016 mało się o nim mówi. Być może działa tu mechanizm wyparcia albo zwykłe znużenie. Kryzys posuwa się powoli i daleko mu jeszcze do ostrego stadium. Europa dobrze zna ten stan. Ale pomimo tego, że Europejczycy odświeżyli swoje ciepłe uczucia do Unii po Brexicie, nie da się zaprzeczyć, że nigdy wcześniej w tylu krajach nie rządzili politycy o wrogim nastawieniu do „projektu”.

Narastającą w Brukseli grozę tylko pogłębiły problemy w relacjach transatlantyckich. Z początku na kontynencie traktowano Donalda Trumpa z góry, jako wcielenie amerykańskiego prostactwa i mistrza nieskutecznych przechwałek. Okazało się, że jest jednak poważniejszym przeciwnikiem niż spodziewał się tego europejski establishment.

Wyrzucił do kosza wypieszczony w Europie paryski układ klimatyczny oraz porozumienie nuklearne z Iranem – dumę unijnej dyplomacji. Do tego grozi jeszcze wojną handlową. Unia nie tylko nie może za bardzo nic na to poradzić, ale cały ten ambaras uświadomił boleśnie jej realną słabość: bezpieczeństwo i wymiana handlowa są uzależnione od USA. – Nie da się powiedzieć, że Trump jest nieskuteczny – przyznał niedawno pewien europejski prominent.

Winni tylko przywódcy?

Europejscy przywódcy mogą po części sami siebie winić za to, iż kontynent wydaje się dryfować. Słusznie rozpoznali w Brexicie okazję, by skupić energię europejskich umysłów i wymusić poprawki, ale następnie ją zmarnowali. Gdzie się podziały wizje przyszłości głoszone przy okazji zeszłorocznych obchodów 60-lecia założenia Unii, urządzonych z taką pompą, do jakiej zdolna jest tylko Europa?

Obiecywany francusko-niemiecki nowy silnik sterowany przez Emmanuela i Merkel okazuje się, owszem, silnikiem, ale od trabanta. Chłód pani kanclerz w stosunku do głoszonych przez Macrona idei urządzenia Europy (choć wydaje się, że lubi go jako człowieka) pozbawił nieco blasku francuskiego prezydenta i wyhamował energię jego planów.

Tymczasem na brukselskim podwórku: burza wywołana mianowaniem Martina Selmayra na najwyższe stanowisko urzędnicze podzieliła ludzi, uwypukliła niechęć wobec dominacji Niemców na szczytach unijnej hierarchii i podkopała pozycję jego szefa, przewodniczącego Komisji Europejskiej Jean-Claude’a  Junckera, który zaczął ostatni rok urzędowania. Krótko mówiąc – gol samobójczy.

Nawet bez tzw. Selmayrgate, Juncker chodzi z łatką nieskutecznego polityka u schyłku kadencji, podobnie jak kolejny „prezydent”, czyli szef Rady Europejskiej Donald Tusk. Podobnie schyłkowa aura otacza Parlament Europejski czekający na wybory w przyszłym roku i przetasowania na wszystkich kluczowych stanowiskach.

Wszelkie prognozy w tej kwestii nie są łaskawe dla Brukseli. Z wszelkim prawdopodobieństwem populiści mocno zaburzą pracę parlamentu a być może również innych instytucji, bez względu na to, jak bardzo Macron próbuje uzyskać poparcie na całym kontynencie dla swojego modelu polityki.

Jak żyć?

W polityce tak jak w sporcie przegrana jednego meczu nie oznacza straconego sezonu. Ale osłabia samoocenę i wydobywa na światło dzienne słabości. Powinna też zmusić do poważnych rozrachunków, a może wręcz do zmiany trenera i poszukania nowego kierownictwa.

Europa jest skazana na polityków, których sobie wybiera. Bruksela jest skazana na przywódców, których ci politycy mianują na najwyższe stanowiska. Przynajmniej do przyszłego roku. Ale jest parę rozgrywek, które da się jeszcze wygrać.

Przed czerwcowym szczytem unijnym Francuzi żywią nieśmiałe nadzieje, że nowy niemiecki minister finansów Olaf Scholz może poprze jakiś pakiet reform strefy euro. Tusk bardzo by pragnął zaliczyć do swoich osiągnięć jakiś kompromis między południem a północą w kwestii migracji.

Do wczesnej jesieni powinno nabrać kształtu porozumienie brexitowe. Obie strony potrzebują sukcesu.

Dla Brukseli pułapka tkwi w nieprzewidywalności brytyjskich polityków. Dla Londynu przeszkodą może być nieugięta postawa unijnej machiny negocjacyjnej kierowanej przez Michela Barniera. Ale klęska – czy to wskutek upadku premier Theresy May czy załamania się negocjacji – jest uznawana za mniej prawdopodobną niż na początku tego roku. Za każdym razem, kiedy wcześniej sprawy stawały na ostrzu noża, Londyn się cofał i uginał przed wolą Brukseli. Bruksela ma nadzieję, że tak będzie i tym razem.

Szczyty G7 i NATO planowane jeden po drugim na lato raczej nie poprawią nastrojów w stosunku do relacji transatlantyckich. Ale w kontekście gróźb Trumpa, że nałoży taryfy na import stali i samochodów, Europa może zaliczyć wygraną o dalekosiężnych skutkach: potencjalny sojusz z USA we wspólnej presji na Chiny w sprawach handlu. Bruksela nie tai, że dąży do niego, ale po drugiej stronie ma prezydenta Ameryki, który nie chce iść jej na rękę.

W polityce na każdym szczeblu liczą się nastroje i percepcje. Po wielomiesięcznych tarapatach elit i pogłębiającym się zniechęceniu prognoza dla Unii na drugą połowę roku brzmi znajomo dla każdego, kto mieszka w Brukseli: bez względu na ewentualne nagłe przejaśnienia – zimno, pochmurno i z niewielką ilością słońca.

Chcesz być na bieżąco z najważniejszymi informacjami dnia? Polub Onet Wiadomości na Facebooku!

Źródło: https://wiadomosci.onet.pl/swiat/europa-znow-na-rowni-pochylej/pv85ccw  

 z dnia 31.05.2018 r.

O kłopotach UE mówi się od wielu lat. Rok 2004 i włączenie do UE tak dużej grupy państw wymuszało znaczne zmiany w jej funkcjonowaniu. Odpowiedzialni za ich przygotowanie i  wdrażanie popełnili błędy. Standardowo co roku powinna być ocena istniejącego stanu rzeczy i korekta. Tak się nie dzieje. Okresy budżetowe 7-letnie są zbyt długą perspektywą czasową. Świat i relacje w nim zmieniają się w trakcie dni najpóźniej miesięcy. Tak nie decyzyjny sztuczny byt jak Unia zaczyna przegrywać na wielu polach w konkurencji światowej. Część eurokratów, niektóre państwa członkowskie (tak naprawdę władze tych państw) zdają sobie sprawę w konieczności zmian w Europie. Na dzień dzisiejszy Unia walczy o zachowanie starych zasad.

Z poważaniem

Jan Szymański

Polsce nie opłaca się być członkiem Unii Europejskiej

„Nasza struktura gospodarcza w chwili obecnej jest analogiczna do struktury krajów pokolonialnych i w zasadzie można powiedzieć, że Polska jest neokolonią. (…) W obliczu coraz mocniejszych tendencji  sfederalizowania Unii Europejskiej grozi nam pozbawienie wolności i niezależności typu politycznego”.
Prof. Witold Kieżun

Tak jak nie można od ćwierćwiecza zmienić obowiązującej obecnie w Polsce „najgłupszej na świecie ordynacji wyborczej” na większościową poprzez zbieranie podpisów pod petycjami w tej sprawie czy też demonstracje, lecz – zdaniem piszącego te słowa – jedynie poprzez wejście zwolenników jednomandatowych okręgów wyborczych do Sejmu i demontaż obecnego systemu politycznego, tak nie można będzie zmienić zniewalających nas coraz bardziej politycznie, kulturowo i nieopłacalnych dla Polski także finansowo zasad funkcjonowania Unii Europejskiej bez wejścia eurosceptyków do wnętrza tego rachitycznego tworu (w tym także do Parlamentu Europejskiego).

Z tego powodu jestem za podjęciem próby uniezależnienia się Polski od EU w obecnej jej formie także (podkreślam: także) poprzez udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego.   Albo uda się zredukować Unię Europejską wyłącznie do wolnego przepływu ludzi, towarów, kapitału i usług, albo – jeśli okaże się to niemożliwe – podjąć należy konkretne działania w celu wystąpienia z UE i ograniczenia naszych relacji z tym dziwacznym, zbiurokratyzowanym do granic wytrzymałości i coraz bardziej odczuwalnie zniewalającym nas tworem, wyłącznie do przynależności do Europejskiego Obszaru Gospodarczego i strefy Schengen.

Niebieskie tablice propagandowe

Za pięć miesięcy odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, który mimo większych niż na początku swego istnienia kompetencji, ciągle jest instytucją, która nie ma większego znaczenia w UE. Kluczowe decyzje zapadają gdzie indziej.

Polska jest członkiem Unii Europejskiej od 1 maja 2004 roku. Dzisiaj prawie przy każdym rowie na wsi, na każdej ścianie w mieście uprawiana jest propaganda prounijna w postaci niezbyt estetycznych i zazwyczaj pasujących do otoczenia niczym przysłowiowy kwiatek do kożucha niebieskich tablic, przygniatających czytelnika (o ile w ogóle je ktoś czyta?) liczbami, które mają świadczyć o wyjątkowej szczodrości UE wobec Polski.

Powoli Polacy zaczynają jednak zauważać, iż nasze członkostwo w Unii Europejskiej bynajmniej nie oznacza samych korzyści. Niektórzy pytają nawet, czy nam się jeszcze w ogóle opłaca być członkiem UE? Jaka jest prawda?

Polska traci na członkostwie w Unii Europejskiej!

Ciekawe zestawienie zysków i strat, wynikających z naszego członkostwa w UE znaleźć można na stronie www.tomaszcukiernik.pl  Według zaprezentowanych tam danych Polska zyskała w latach 2007 – 2013  ok. 91 miliardów euro dotacji unijnych.

Jednak w tym samym czasie nasz kraj wpłacił do kasy UE składki w wysokości 22,6 mld euro, koszt całej biurokracji obsługującej proces starania się o te dotacje (np. koszt utrzymania różnych agencji, części urzędów marszałkowskich, doradców etc.) wyniósł w ciągu tych lat ok. 6,5 mld euro, koszt przygotowania wniosków, które zostały przyjęte to 13,5 mld euro, zaś koszt przygotowania wniosków odrzuconych – 16 mld euro, prefinanowanie projektów kosztowało nas w sumie 12 mld euro, zaś współfinansowanie ze środków publicznych – 16,3 mld euro, a ze środków prywatnych – 19,9 mld euro.   Tak więc suma polskich wydatków, związanych z pozyskiwaniem unijnych dotacji w latach 2007 – 2013 to ok. 106,8 mld euro.

Straciliśmy więc na tym 15,8 mld euro! Oznacza to, że każdy Polak dopłacał do „pomocy” unijnej 238 zł rocznie. Pamiętać przy tym należy, iż nie wszystkie przyznane nam dotacje unijne zostały wykorzystane. Faktyczny bilans jest więc dla Polski jeszcze bardziej niekorzystny.   Dodać także trzeba, że otrzymując unijne dotacje gminy zadłużają się i ponoszą dodatkowe koszty z tytułu obowiązku spłaty odsetek od kredytów.

Na uwadze musimy również mieć i to, że samo przygotowanie Polski do integracji kosztowało nas ok. 25 mld złotych (np. dostosowanie polskiego prawa do unijnego etc.). Nasz bilans rzeczywisty pogarszają dodatkowo kary nakładane na Polskę przez Unię Europejską np. z powodu niestosowania się do unijnego prawa itd., a pamiętać przy tym należy, iż rynek unijny regulowany jest przez ponad 1600 dyrektyw i ponad 600 rozporządzeń.

Także podziemnatv.pl ocenia negatywnie nasz bilans. Jeśli w latach 2014 – 2020 otrzymamy z kasy unijnej ok. 300 mld zł, to same składki będą nas kosztować ok. 120 mld zł. Gdy do naszych wydatków dodamy to, o czym była mowa wyżej, bilans nie będzie dla nas tak korzystny,  jak się nam wmawia. Podziemnatv.pl oblicza, że cały okres członkostwa (od 2004 do 2012) mógł nam przynieść w sumie co prawda ok. 240 mld zł unijnych dotacji, ale np. obsługa polskiego długu w tym czasie kosztowała nas znacznie więcej, bo aż 310 mld zł! Oczywiście sumę dotacji należy – tak jak to zrobił Cukiernik – pomniejszyć o koszty ich uzyskania. Autor ten obliczył, iż w latach 2007 – 2013 Polska dokładała do unijnego „interesu” ok. 2 miliardy euro rocznie!

Polska jest rzeczywiście unijną neokolonią

Miało być tak pięknie: wolny przepływ ludzi, towarów, kapitału i usług, a skończyło się na neokolonializmie unijnym.

Tak naprawdę za dotacje Unia Europejska – jak słusznie twierdzi prof. Witold Kieżun – kupuje naszą suwerenność (dyktuje nam np., ile możemy produkować mleka, ile dwutlenku węgla itp.). Unia płaci tylko za to, co uzna za stosowne.   UE wymusza za pomocą dotacji naszą uległość, uzależnia nas od siebie prawie całkowicie (np. firma, która otrzymała unijną dotację, nie może zmienić typu produkcji, na który ją dostała). Jak słusznie zauważa dalej Cukiernik – inwestycje dotowane przez EU są bardzo często nietrafne (np. lotniska w Hiszpanii, czy termy w Polsce w miejscu, gdzie nie ma w miarę dostępnych ciepłych wód).

Najczęściej beneficjentami pomocy unijnej są samorządy lub instytucje państwowe, a – jak wiadomo od stuleci – sektor publiczny jest dwa razy droższy niż prywatny przy wykonywaniu tych samych zadań. Nie mniej ważnym argumentem jest to, iż dotacje opóźniają proces inwestycyjny, generują nieuczciwą konkurencję dla bardziej przecież wydajnego sektora prywatnego i są korupcjogenne.

Pozaparlamentarne ugrupowania (takie np. jak stowarzyszenie OBURZENI – patrz www.oburzeni.org.pl) powinny – moim zdaniem spróbować wziąć udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego, podobnie jak do Sejmu RP, bytakże od środka spróbować zmienić niewydolny gospodarczo, niesprawiedliwy finansowo, zniewalający politycznie czy w ogóle kulturowo system. Warto mieć w pamięci powyżej zaprezentowane dane liczbowe, gdy w maju będziemy wrzucać kartę do urny wyborczej.


Dlaczego OBURZENI próbowali wziąć udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego w maju 2014 roku?

Stowarzyszenie obywatelskie OBURZENI – mimo swego racjonalnego, uzasadnionego danymi statystycznymi, logiką i – przede wszystkim – interesem narodowym naszej Ojczyzny unio- (a nie euro-) sceptycyzmu – weźmie udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego, by doprowadzić do przywrócenia pierwotnego charakteru związku państw europejskich jako opartego wyłącznie na wolnym przepływie ludzi, towarów, kapitału i usług, a nie jak obecnie – na zniewalającej biurokracji i ograniczaniu suwerenności narodowej.

Eurodeputowani z naszych list wyborczych będą zobowiązani podejmować działania chroniące suwerenność naszej Ojczyzny oraz monitorować aktywność posłów innych ugrupowań pod kątem przestrzegania przez nich zasady obrony polskiej racji stanu. Parlament Europejski nie może pełnić roli niekontrolowanego społecznie, wyjątkowo hojnego dla kilkuset jego członków pracodawcy, zapewniającego im nie tylko wynagrodzenia 20 razy wyższe od naszej średniej krajowej, ale także dożywotnie astronomiczne emerytury.

By dowieść, iż nasi kandydaci do Parlamentu Europejskiego nie traktują udziału w wyborach jako drogi do eurokoryta (jak dotychczas zazwyczaj bywało), każdy z nich złoży wobec wyborców polskich przyrzeczenie publiczne (w myśl art. 919-921 Kc), zobowiązujące go do spełnienia wszystkich, precyzyjnie określonych obietnic przedwyborczych (w tym także do przekazania połowy wynagrodzenia na cele charytatywne) i którego niedotrzymanie grozić będzie poważnymi konsekwencjami natury finansowej.

Apelujemy do wszystkich, którym bliskie jest nasze zasadnicze dążenie do obalenia niedemokratycznego, niesprawiedliwego i nieracjonalnego systemu panującego obecnie w Polsce i w Unii Europejskiej, do zgłaszania uczciwych, inteligentnych i odważnych kandydatów do europarlamentu, a także do zgłaszania się osób, które zechcą nam pomóc w zbieraniu podpisów koniecznych do zarejestrowania list wyborczych i będą chciały pracować w komisjach wyborczych z ramienia naszego komitetu wyborczego.

Dlaczego warto poprzeć OBURZONYCH – wywiad dra Ciesielczyka dla Radio FAMA – luty 2014 – kliknij tutaj:

______________________________________________________________________________

OBURZENI w głównym wydaniu „WIADOMOŚCI” TVP 1

19 marca 2014 pierwszy program Telewizji Polskiej w głównym wydaniu WIADOMOŚCI o godz. 19:30 zaprezentował audycję na temat niepartyjnych komitetów wyborczych, które biorą udział w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Przedstawiony został także nasz Komitet Wyborczy Wyborców OBURZENI.

Fragmenty głównego wydania WIADOMOŚCI TVP 1, w których jest mowa o komitecie wyborczym OBURZENI:

tvp
Jeden z liderów OBURZONYCH – dr Marek Ciesielczyk w głównym wydaniu WIADOMOŚCI TVP 1 – 19 marca 2014, o godz. 19:30

_____________________________________________________________________________

Jak szybko zbierać podpisy – film instruktażowy z akcji zbierania podpisów pod Urzędem Pracy w Tarnowie – kliknij tutaj:

W ciągu 4 tygodni 8 osób jest w stanie zebrać 10 tysięcy podpisów.
Jak to zrobić – obejrzyj ten film.
Poniżej zdjęcia z akcji zbierania podpisów przez OBURZONYCH pod Urzędem Pracy w Tarnowie (Małopolska) 18 marca 2014 oraz w województwie kujawsko-pomorskim – zdjęcie nr 2.

podpisy

Tarnów

kujawsko-pomorskie

województwo kujawsko-pomorskie

_______________________________________________________________________________

Okręgi wyborcze:

mapa UE
25 maja mieliśmy wybrać w niedemokratycznych wyborach, z pogwałceniem Konstytucji RP i podstawowych praw człowieka i obywatela, członków wyjątkowo pasożytniczej instytucji, jaką jest Parlament Europejski. W czasie kampanii przekonaliśmy się, że doszło do fałszerstw na masową skalę – dowody prezentujemy w osobnej zakładce: „FAŁSZERSTWA WYBORCZE”. Jeden z naszych pełnomocników okręgowych złożył po wyborach formalny protest wyborczy. My, OBURZENI postanowiliśmy wycofać się z tej farsy.

Wybory do PE są w Polsce niedemokratyczne, gdyż:

1. odbywają się w potężnych okręgach wyborczych (czasem jest to obszar dwóch województw!), na terenie których skuteczną kampanię wyborczą mogą prowadzić tylko bardzo bogaci – to jest największe partie polityczne, które – wbrew naszej woli – utrzymujemy z naszych podatków,

2. by wystartować w tych wyborach trzeba zebrać ponad 10 tysięcy podpisów w jednym okręgu, co jest barierą nie do pokonania dla niepartyjnych, obywatelskich komitetów i co oznacza ograniczenie naszych praw wyborczych, podobnie jak ogranicza je obowiązujący próg procentowy, który należy przekroczyć, by w ogóle mieć szansę na wejście do PE – zauważyć w tym miejscu trzeba, iż w Niemczech został on uznany przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodny z ustawą zasadniczą i podstawowymi zasadami demokracji – patrz tutaj:

http://www.dw.de/niemcy-trybuna%C5%82-konstytucyjny-przeciwny-klauzuli-zaporowej-w-wyborach-do-pe/a-17457779 ,

3. udział w wyborach zakłada także całkowite zignorowanie zasad ochrony danych osobowych, gdyż każdy komitet wyborczy musi zebrać w sumie przynajmniej 70 tysięcy podpisów (w co najmniej 7 okręgach wyborczych), by wystartować w wyborach, wraz z takimi danymi obywateli, jak adres zamieszkania i PESEL (jest kilkanaście takich komitetów, co oznacza ujawnienie istotnych danych osobowych ponad 1 miliona Polaków!).

Parlament Europejski jest zaś tworem mającym charakter pasożytniczy, gdyż europosłowie, którzy otrzymują od nas, podatników wynagrodzenie miesięczne w wysokości ok. 60 tysięcy złotych (plus drugie tyle na utrzymanie biur i personelu!) nie mają kompetencji tradycyjnego parlamentu – faktyczną władzę w Unii Europejskiej sprawują inne ciała, a dokładniej osoby – takie np. jak kanclerz RFN.

Parlament Europejski – podobnie jak i inne instytucje unijne – akceptuje proces postępującego ubezwłasnowolnienia państw-członków UE, prowadzący nie tylko do utraty suwerenności politycznej, ale także do coraz bardziej niekorzystnych ekonomicznie dla tychże członków rozwiązań (już w tej chwili członkostwo w UE staje się nieopłacalne finansowo dla Polski patrz artykuł na ten temat w innym miejscu.

Dlatego racjonalne są jedynie dwie postawy wobec majowych wyborów do Parlamentu Europejskiego: albo ich zbojkotowanie, albo podjęcie próby wprowadzenia do tej instytucji ludzi, którzy nie tylko ją samą, ale całą Unię Europejską zmienią tak gruntownie, by stała się wyłącznie wspólnotą suwerennych państw, które łączy jedynie wolny przepływ ludzi, kapitału, usług i towarów.

Gdyby taka zmiana okazała się niemożliwa, Polska powinna wystąpić z UE jeszcze przed jej rozpadem, który wydaje się nieuchronny, jeśli Unia Europejska nie zostanie radykalnie zreformowana.

OBURZENI – wobec stwierdzenia masowych fałszerstw wyborczych podjęli decyzję o wycofaniu się z wyborów do Parlamentu Europejskiego, choć byli w stanie w ustawowym terminie przekazać komisjom wyborczym wymagane ilości podpisów poparcia swych list wyborczych.

******

Drodzy Przyjaciele, OBURZENI

Choć nasze stowarzyszenie funkcjonuje praktycznie dopiero od trzech miesięcy i ma uniosceptyczny charakter, zdecydowaliśmy się – mimo wielu głosów przeciwnych – na wzięcie udziału w wyborach do Parlamentu Europejskiego – głównie z trzech powodów – o czym mówiliśmy od początku bardzo jasno:

1. pragnęliśmy wypromować dopiero co powstałe ugrupowanie oraz jego główne punkty programowe, dotyczące m.in. polskiego wymiaru niesprawiedliwości, absurdalnego charakteru obecnej ordynacji wyborczej, fikcyjności referendum, a także nasze krytyczne wobec Unii Europejskiej poglądy,

2. chcieliśmy sprawdzić zdolności organizacyjne stowarzyszenia – np. zweryfikować możliwości poszczególnych struktur terenowych,

3. naszym zamiarem było również przetestowanie praktycznego funkcjonowania procedur narzuconych przez ordynację wyborczą.

Te trzy cele osiągnęliśmy. Byliśmy w stanie – ku naszemu zaskoczeniu – dodać należy – mimo zaledwie 3-miesięcznego funkcjonowania – złożyć wymagane przez prawo wyborcze listy z podpisami w co najmniej 7 okręgach wyborczych i tym samym wystawić listy wyborcze w całej Polsce.

Doskonale udało się zweryfikować zdolności organizacyjne wszystkich naszych członków (wiemy teraz na kogo możemy naprawdę liczyć, gdzie musimy wzmocnić nasze struktury, pozyskaliśmy także wielu nowych znakomitych organizacyjnie członków).

Przekonaliśmy się także na własnej skórze, iż obowiązujący w Polsce „Kodeks wyborczy” jest czystą fikcją, zaś same wybory – także w ich początkowej fazie – to jest w okresie zbierania astronomicznych ilości podpisów pod listami poparcia – mają nie tylko całkowicie antydemokratyczny, lecz także kryminogenny charakter. Co więcej, mogliśmy stwierdzić, iż podjęto wobec nas – jak się wydaje – wcześniej zaplanowane działania, których celem – w naszej ocenie – była próba późniejszego zdyskredytowania nas.

W przeddzień rejestracji list zorientowaliśmy się, iż podrzucono nam także listy, które mogły być zakwestionowane przez komisje wyborcze. Nie mając pewności, czy wśród pozostałych nie ma podobnych list, nasi okręgowi pełnomocnicy nie chcieli ryzykować ewentualnego postawienia nam zarzutu, iż złamaliśmy prawo (a mogliśmy przypuszczać, iż nasze ugrupowanie, będąc antysystemowym, zostanie sprawdzone w szczególnie dokładny sposób).

Dochodziło do nas wiele informacji, które – naszym zdaniem – powinny skłonić komisje wyborcze do szczegółowego sprawdzenia każdego podpisu na wszystkich listach złożonych przez wszystkie komitety wyborcze. Zobaczymy, czy tak się stanie i czy nie będzie powodów do unieważnienia całej procedury „zbierania” astronomicznych ilości „podpisów”?

Naszym zdaniem zmuszanie komitetów do zbierania ponad 70 tysięcy podpisów (po 10 tysięcy w 7 okręgach) ma nie tylko kryminogenny charakter, ale przede wszystkim ma służyć uniemożliwieniu startu w wyborach niepartyjnym komitetom obywatelskim, które nie mają ani finansowych, ani organizacyjnych możliwości zebrania tak wielkiej ilości podpisów w tak krótkim czasie. W państwach demokratycznych nie ma takich antydemokratycznych zapór. Wystarczyłoby, gdyby komitet wyborczy zebrał np. 1 tysiąc podpisów i wpłacił kaucję np. w wysokości 1.000 zł, by uniknąć udziału w wyborach „oszołomów”.

W związku z powyższym wszyscy nasi okręgowi pełnomocnicy podjęli decyzję o nieskładaniu wniosków o rejestrację naszych list wyborczych. Oburzeni nie chcą mieć nic wspólnego z farsą, jaką już na tym etapie okazują się wybory do PE. Jak sądzimy, najbliższa przyszłość pokaże, iż była to decyzja ze wszech miar słuszna. Bardzo jesteśmy teraz ciekawi wyników pracy okręgowych komisji wyborczych.

Na marginesie warto zauważyć, iż konkurowanie z potężnymi aparatami partyjnymi, na których konto wpływają miliony złotych z naszych, to jest podatników kieszeni, zbieranie po 10 tysięcy podpisów w każdym okręgu wyborczym (i związane z tym masowe i niezgodne z prawem ujawnianie danych osobowych – adresu, PESELA), potężne rozmiary okręgów wyborczych oraz obowiązujące progi procentowe to warunki wyborcze niezgodne z Konstytucją RP, regułami ochrony danych osobowych, podstawowymi zasadami demokracji oraz zwykłą uczciwością.

Dlatego też podejmiemy w najbliższej przyszłości działania, które obnażą prawdziwy – to jest antydemokratyczny i nieetyczny charakter wyborów do Parlamentu Europejskiego w Polsce i przyczynią się do wprowadzenia zdrowych moralnie reguł oraz faktycznego przestrzegania prawa.

Dziękujemy wszystkim tym, którzy nam zaufali i wzięli udział w naszej kampanii wyborczej, zwłaszcza osobom, dzięki którym udało nam się zebrać na terenie całej Polski ponad 100 tysięcy podpisów popierających listy z naszymi kandydatami do Parlamentu Europejskiego.

Komitet Wyborczy Wyborców  OBURZENI