Czy Polonia będzie miała swoich posłów w Sejmie – przedstawiciel tarnowskiego samorządu pyta ministra Sasina na XX. Światowej Konferencji Gospodarczej Polonii w Toruniu

W dniach 25 – 28 maja w Toruniu odbyła się XX. Światowa Konferencja Gospodarcza Polonii, w której wzięło udział ok. 300 osób z ponad 30 państw świata, w tym oczywiście także z Polski – patrz relacja filmowa: https://www.youtube.com/watch?v=h4TVtldmRUw 

Skoro mniejszość niemiecka może, to także Polonia powinna…

Tarnowski samorząd reprezentował radny Marek Ciesielczyk, inicjator podobnej imprezy – Forum Gospodarczego Polonii Świata. Po raz trzeci odbędzie się ono w Tarnowie w dniach 3-4 września tego roku – patrz: https://www.youtube.com/watch?v=uGTVl_p5Oqo

Okazało się, iż największe zainteresowanie uczestników Konferencji w Toruniu wywołała wypowiedź dr. Marka Ciesielczyka, byłego Dyrektora Centrum Polonii w Brniu, a obecnie radnego Rady Miejskiej w Tarnowie, który zaproponował reprezentującemu w Toruniu premiera RP Mateusza Morawieckiego, ministrowi Jackowi Sasinowi (Przewodniczącemu Komitetu Stałego Rady Ministrów), by Polonia mogła wybierać swoich posłów do Sejmu (np. po 1-3 z każdego kontynentu), skoro w polskim parlamencie ma swoją reprezentację  mniejszość niemiecka, która nie musi spełniać warunku przekroczenia 5%.

Są kraje, które mają od lat w swych parlamentach reprezentacje obywateli mieszkających za granicą.

Trzeba pamiętać, że Polonia to ok. 20 milionów naszych rodaków. Minister Sasin przychylnie odniósł się do propozycji Ciesielczyka, zapewniając, iż sprawę tę przedstawi kolegom z rządu oraz Prezydentowi Andrzejowi Dudzie. Dodać należy, iż realizacja pomysłu wymaga zmiany Konstytucji RP.

Dr Marek Ciesielczyk, radny Rady Miejskiej w Tarnowie zaproponował ministrowi Jackowi Sasinowi, by Polonia miała 3-7 swych posłów w Sejmie.

Premier Morawiecki popiera…

Marek Ciesielczyk zaproponował także ministrowi Sasinowi, by zintensyfikować działania Polonijnej Rady Konsultacyjnej przy Marszałku Senatu RP. Warto tutaj zauważyć, iż niedawno z członkostwa w tej Radzie zrezygnował polonijny milioner z Nowego Jorku Adam Bąk. Nieco wcześniej dokumenty z IPN dotyczącego jego osoby opublikował właśnie Marek Ciesielczyk – patrz: https://www.salon24.pl/u/m-ciesielczyk/869050,adam-bak-rezygnuje-z-czlonkowstwa-w-polonijnej-radzie

Na początku Konferencji w Toruniu minister Sasin odczytał list od premiera Morawieckiego do uczestników, w którym wyraził on zadowolenie, iż Polacy z całego świata zebrali się w Toruniu, by wypracować  program współdziałania Polonii z Polską, zwłaszcza współpracy gospodarczej.

Witający gości ze wszystkich kontynentów prezydent Torunia Michał Zaleski, miał powody do dumy, nie tylko prezentując walory turystyczne miasta, które odwiedza rocznie ponad 2 miliony turystów, ale przede wszystkim z powodu prezentowanych w drugim dniu konferencji na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika wynalazków toruńskich uczonych, których wdrożeniem do produkcji zainteresowali się polonijni przedsiębiorcy.

Zainteresowanie wywołało także wystąpienie Prezesa Związku Banków Polskich, Krzysztofa Pietraszkiewicza, który mówił o ewolucji polskiego systemu bankowego, zachęcając do inwestowania w naszym kraju.

Stereotypy to filozofia ubogich duchem…

Rewelacyjny był wykład profesora Wiesława L. Nowińskiego z University of Washington w Seattle pt. „Polska własnością intelektualną stoi”, który przypominając słowa Alberta Einsteina: „Jeśli robisz co robiłeś, to dostaniesz co dostawałeś”, zwrócił uwagę, iż nie można popadać w rutynę w swym działaniu i kierować się wyłącznie przyzwyczajeniem do określonych form aktywności, gdyż to zabija innowacje.

Warto, by te słowa wzięli sobie do serca ludzie odpowiedzialni za Polskę i za polskie gminy (np. takie, jak Tarnów, zwłaszcza niektórzy radni, blokujący od lat rozwój  miasta właśnie poprzez skostnienie swego myślenia i działania).

Piotr Psyllos (dwudziestolatek z greckimi korzeniami) zaprezentował niesamowity wynalazek – urządzenie, które umożliwia niewidomym widzenie świata wokół nich, a niesłyszącym – rozumienie mowy. Po opatentowaniu student jest już na dobrej drodze do sprzedania swego pomysłu potencjalnym producentom.

Podczas wspomnianych wyżej prezentacji wynalazków naukowców z Torunia w drugim dniu okazało się, że obecna na Konferencji przedstawicielka Polonii z Emiratów Arabskich jest zainteresowana ich promocją w bogatych państwach arabskich, która może prowadzić do znalezienia producentów np. zewnętrznego szkieletu, który umożliwia poruszanie się sparaliżowanym osobom.

To oczywiście jeden z wielu przykładów współpracy polsko-polonijnej, z którymi mieliśmy do czynienia podczas imprezy.

Toruńską konferencję uzupełniały zorganizowane przez prezydenta miasta wizyty w miejscowych, wyróżniających się innowacjami przedsiębiorstwach, rejs statkiem po Wiśle, ukazujący walory turystyczne Torunia oraz uroczysty bankiet, na którym wystąpiła uzdolniona piosenkarka z Ukrainy.

Czy Tarnów będzie światową stolicą Polonii?

Należy mieć nadzieję, iż także wrześniowe Forum Gospodarcze Polonii Świata w Tarnowie zaowocuje podobną współpracą oraz inwestycjami polonijnymi w Tarnowie i pomocą Polonii dla polskich przedsiębiorców, którzy chcieliby inwestować za granicą.

Po drugim Forum w Tarnowie w ubiegłym roku jedna z firm tarnowskich podpisała umowę na sprzedaż swych produktów w USA dzięki przedstawicielom Polonii amerykańskiej, obecnym na Forum. Polonia na Florydzie ufundowała zaś trzy nagrody dla najlepszych tarnowskich uczniów – 2-tygodniowe pobyty na Florydzie, a uczestnicy Forum z Chin zorganizowali w tym roku przyjazd do Polski, warsztaty i występy 20-osobowej grupy młodych muzyków. W trakcie przygotowań jest współpraca między Festiwalem Filmów Polskich w Los Angeles i Tarnowską Nagrodą Filmową. W Tarnowie wystąpiła też polonijna śpiewaczka operowa z Londynu.

Być może wkrótce Tarnów będzie rzeczywiście światową stolicą Polonii, jeśli tarnowskie Forum Gospodarcze Polonii Świata stanie się cykliczną imprezą i jeśli – jak proponuje radny Ciesielczyk – powstanie właśnie w Tarnowie – stała instytucja – Centrum Polonii Świata, skoro nie można było niedawno usytuować  w tym mieście Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej (przede wszystkim z powodu bierności tarnowskich posłów w tej sprawie).

XX Światowa Konferencja Gospodarcza Polonii – Czy Polonia będzie miała swoich posłów w Sejmie

25-28 maja w Toruniu odbyła się 20. Światowa Konferencja Gospodarcza Polonii

patrz relacja filmowa:  https://www.youtube.com/watch?v=h4TVtldmRUw

Najważniejszym tematem okazało się pytanie dr Marka Ciesielczyka do ministra Sasina, czy Polonia będzie miała swych posłów w Sejmie RP. Konferencja toruńska nie tyle była konkurencją co uzupełnieniem Forum Gospodarczego Polonii Świata w Tarnowie (3-4 września 2018 Forum odbędzie się po raz trzeci).- patrz: https://www.youtube.com/watch?v=uGTVl…

 

Zagraniczne zadłużenie Polski

Zagraniczne zadłużenie Polski

Polska wśród najbardziej zagrożonych krajów. Alarmujące statystyki długu zagranicznego.

Należymy do tych krajów rozwijających się, które w dużym stopniu zapożyczyły się za granicą. Zadłużenie w relacji do PKB przekracza 50 proc. Gorzej jest tylko na Węgrzech i w Turcji. Zagraniczne media ostrzegają, krajowi eksperci uspokajają, a Ministerstwo Finansów zapowiada poprawę.

Wśród wszystkich krajów „na dorobku” – jak można nazwać kraje rozwijające się, Polska pozytywnie wyróżnia się pod względem wzrostu PKB. Należymy do prymusów Europy. Niestety nasza gospodarka rozwija się na kredyt. Oficjalne zadłużenie Skarbu Państwa wynosi blisko bilion złotych. Co gorsza, prawie jedna trzecia to dług zagraniczny.

Zadłużenie wobec zagranicy, szczególnie to wyrażone w obcych walutach, jest znacznie poważniejszym problemem niż dług krajowy. Szczególnie w obliczu rosnących kosztów obsługi tego zadłużenia przez rosnące stopy procentowe w USA – wskazuje agencja Bloomberg.

Bloomberg zwraca uwagę na bardzo niepokojący trend coraz większego zadłużania się w dolarach wszystkich krajów rozwijających się. W ciągu ostatniej dekady globalnie to zadłużenie zwiększyło się ponad dwukrotnie.

„Po raz kolejny ignoruje się historię kryzysów zadłużenia krajów latynoamerykańskich z lat 80. ubiegłego wieku, azjatyckiego kryzysu finansowego lat 90. i bankructwa Argentyny sprzed kilkunastu lat” – wskazuje Bloomberg, pokazując, jak może się skończyć takie „życie na kredyt”, i to w obcej walucie. To analogiczna sytuacja do tej, w której znaleźli się frankowicze – przez szalejący kurs franka niejednemu kwota do spłaty wzrosła, zamiast regularnie maleć.

Polska została zaliczona do grona najbardziej zagrożonych krajów rozwijających się. Relacja długu zagranicznego (zarówno długu Skarbu Państwa, jak i firm) do PKB jest u nas jedną z największych – przekracza 55 proc.

Gorzej wygląda to tylko na Węgrzech (64 proc.) i w Turcji (68 proc.). Statystycznie wypadamy pod tym względem gorzej m.in. od Argentyny, choć to kraj przeżywający poważne problemy.

Ekonomiści dalecy od straszenia

Eksperci pytani przez money.pl uspokajają, że na razie nie ma większych powodów do obaw. Ale nie można też bagatelizować ryzyka, jakie wiąże się z uzależnieniem od zagranicy, szczególnie gdyby doszło do zawirowań na rynkach finansowych.

– Gdyby nasze zadłużenie zagraniczne rosło, to przy gorszej koniunkturze mógłby się pojawić problem. Dobrym przykładem tego jest obecna sytuacja Turcji – komentuje Mateusz Sutowicz, analityk rynków finansowych Banku Millennium. Podkreśla jednak, że Polska jest w zupełnie innej sytuacji i taki scenariusz, póki co, nam nie grozi.

– Mamy stabilną sytuację gospodarczą, w przeciwieństwie do Turcji, z której kapitał ostatnimi czasy odpływa dużym strumieniem – dodaje Bartosz Sawicki, ekspert TMS Brokers. – Zadłużenie zagraniczne jest istotne, ale są ważniejsze wskaźniki i niemal wszystkie stawiają Polskę w dobrym świetle.

Ekonomiści zwracają uwagę na to, że polski rząd ma świadomość ewentualnych zagrożeń. Świadczą o tym ostatnie wypowiedzi przedstawicieli Ministerstwa Finansów, którzy deklarują działania zmniejszające zadłużenie zagraniczne.

Kwotowo ciągle jeszcze nie można mówić o oddłużaniu i oczyszczaniu się z długu w walutach obcych. Widać jednak, że jest to coraz mniejsza część całości długu Skarbu Państwa. W latach 2014-2015 było to około 35-36 proc. Teraz poniżej 31 proc.

Prawdziwy dług krajowy w praktyce jeszcze większy

Statystyka ma to do siebie, że w zależności od potrzeb może pokazywać różne rzeczy. Tak też jest w przypadku długu, który oficjalnie wynosi bilion złotych, z czego jedna trzecia przypada na zagranicę. Tak naprawdę krajowe zadłużenie jest wielokrotnie większe.

Rząd nie podawał dotąd, na jaką kwotę ma wszystkie zobowiązania. Te wobec emerytów w ogóle pomijano. Teraz karty zostały odkryte. Unia Europejska zgłosiła się po pełne dane. GUS musiał więc zrobić odpowiednie obliczenia.

Podano szacunki wartości uprawnień emerytalno-rentowych nabytych w ramach ubezpieczeń społecznych. Inaczej pisząc – GUS obliczył, ile państwo będzie musiało wypłacić wszystkim, którzy weszli do systemu emerytalnego, po korekcie o składki, jakie jeszcze wniosą.

Okazało się, że na koniec 2015 roku wartość tych uprawnień wyniosła 4,96 bln zł. To trzykrotność rocznego PKB. Innymi słowy, cała gospodarka musiałaby wpłacać do budżetu wszystko, co zarobi przez trzy lata, żeby zebrać pieniądze na kapitał dla emerytów.

Z tej perspektywy udział długu zagranicznego jest znacznie mniejszy, choć to marne pocieszenie.

Źródło i całość materiału: https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/zadluzenie-zagraniczne-polska-bloomberg-dlug,159,0,2407071.html

Sponsorowanie lichwiarzy

Sponsorowanie  lichwiarzy

Szanowni Państwo!

Wydaje się jakby „dobra zmiana” utknęła w miejscu. Są dziedziny, w których trudno ją zauważyć. Seniorom proponuje się darmowe leki zamiast kompetentnych lekarzy, niemowlętom szczepionki o niezbadanym działaniu. Dla równowagi emocjonalnej wciska nam się mnóstwo seriali opowiadających, jakich to mamy genialnych lekarzy. Pacjent odnosi zatem wrażenie, że może tylko on jakoś źle trafił.

Z nauką historii jest akurat odwrotnie. Skoro już ją w szkołach przywrócono, to dla równowagi serial telewizyjny powinien utrzymywać widza w przekonaniu, że Polacy zawsze byli jacyś tacy nudni i przygłupi. A najlepiej, żeby zakłamanej historii Polak uczył się z Muzeum Polin, które jest utrzymywane za pieniądze, i to nie małe, polskiego podatnika. Może nie stać nas na edukację lekarzy z prawdziwego zdarzenia, ale na renowacje żydowskich cmentarzy, o które sami żydzi nie dbają, wydajemy lekką ręką 1 milion zł.

Ale co tam jakiś głupi milion! Niebawem oddamy miliardy i to nie złotówek, a dolarów – praktycznie wszystko co mamy i jeszcze zadłużymy się spłacając żydowskie roszczenia, zapewne „konieczne, uzasadnione i sprawiedliwe”. Zostały one bowiem na razie wyliczone akurat na tyle, ile wynoszą nasze rządowe rezerwy trzymane w amerykańskich bankach. Ot, taki nieoczekiwany zbieg okoliczności! Historia lubi się powtarzać, raz już zapłaciliśmy złotem z rezerw państwowych Anglikom za przywilej bronienia ich przed Hitlerem.

Wyszliśmy na tym tak, jak może wyjść człowiek honoru w starciu z lichwiarzem. Obecne głębokie ukłony naszych przywódców w jedną stronę, powodują wystawianie się na kopniaki z drugiej. Uniżoność zawsze odnosi ten sam skutek. Trudno nie skorzystać z okazji do wymierzenia salonowego, albo dyplomatycznego kopniaka, gdy podstawia się do tego sam wypięty tyłek.

A może jest to ostatni moment, żeby przypomnieć sobie o honorze i polskiej racji stanu, póki nie jest za późno?

Pozdrawiam

Małgorzata Todd

Nowy włoski rząd

Nowy włoski rząd

Nowy włoski rząd (jeśli powstanie) będzie koszmarem dla Unii Europejskiej

Eurosceptyczni populiści i skrajni prawicowcy są o krok od przejęcia władzy w kraju, który był jednym z członków założycieli Unii. Realizacja pomysłów ruchu 5 Gwiazd i partii Liga oznacza ostre zderzenie Włoch z Brukselą, zwłaszcza jeśli chodzi o gospodarkę, politykę migracyjną i zagraniczną oraz przyszłość strefy euro i handel, piszą Jacopo Barigazzi i Giulia Paravicini z POLITICO.

  • Po raz pierwszy od czasu powstania Unii, jednym z członków założycieli wspólnoty może wkrótce rządzić lider, który otwarcie wyraża sceptycyzm wobec projektu europejskiego
  • Koalicjanci mają pomysł na natychmiastowe wydatki rzędu 100 miliardów euro, przy czym Włochy już teraz są jednym z najbardziej zadłużonych krajów świata
  • Nie później niż za miesiąc nowy włoski rząd może doprowadzić do zniesienia sankcji wobec Rosji

Unijni politycy i urzędnicy powinni zainwestować w paracetamol. Jednak ból głowy to najmniejszy z problemów, jakie może przysporzyć urzędnikom Unii populistyczny sojusz przygotowujący się do przejęcia kontroli nad Włochami. I, że to, co słyszą, to dopiero początek.

 

Lider Ligi Matteo Salvini zapowiedział, że Włochy nie będą już przyjmować rozkazów z Unii i cieszył się, że światowe rynki finansowe okazały zaniepokojenie pomysłami gospodarczymi tworzącej się koalicji. – To jest dobry znak, ponieważ oznacza, że urzędnicy w Berlinie, Waszyngtonie, Paryżu i Brukseli zdają sobie sprawę, że zmiana właśnie staje się rzeczywistością – powiedział w opublikowanym na Facebooku nagraniu.

A więc kiedy antysystemowy ruch 5 Gwiazd i skrajnie prawicowa Liga przygotowują się do przejęcia władzy w trzeciej co do wielkości gospodarce strefy euro, przedstawiamy sześć obszarów – od handlu, przez migrację, po rosyjskie sankcje – które z dużym prawdopodobieństwem zostaną wkrótce poddane silnym wstrząsom.

1. Gospodarka

Podczas kampanii wyborczej Salvini, wielokrotnie powtarzał, że jest gotów zignorować 3-procentowy pułap deficytu budżetowego, jaki narzucony jest przez przepisy unijne. I jeśli program rządowy uzgodniony przez obie partie miałby być wskazówką, to właśnie to zrobi. Według gazety Corriere della Sera obietnice wyborcze zawarte w programie mogą kosztować nawet 100 miliardów euro. Odpowiada to około 6 procentom PKB w kraju o trzecim co do wielkości publicznym długu na świecie. Proponowane posunięcia budżetowe „mogłyby zaostrzyć napięcia z europejskimi partnerami Włoch i oczekiwalibyśmy, że Komisja Europejska podejdzie do tego w sposób konserwatywny”, napisał brytyjski bank Barclays w notatce dla inwestorów.

2. Migracja

Liga obiecała wyrzucić nielegalnych imigrantów i stawiać odtąd Włochów na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o zatrudnienie i mieszkania publiczne. „Potrzebujemy masowego sprzątania również we Włoszech”, pisał w lutym Salvini. 5 Gwiazd przyjęło bardziej umiarkowany ton, ale to nie powstrzymało ich lidera Luigi Di Maio od opisywania organizacji pozarządowych ratujących migrantów na Morzu Śródziemnym jako „morskie taksówki”.

Z takim nastawieniem nowy rząd włoski usiądzie do unijnej dyskusji na temat reformy systemu azylowego, która ma się odbyć na szczycie Rady Europejskiej w przyszłym miesiącu.

Salvini sprzeciwił się także nowemu siedmioletniemu budżetowi proponowanemu przez Komisję Europejską, oskarżając go o zabieranie pieniędzy rolnikom i lokalnym społecznościom w celu przekazania ich migrantom. – Chcę poprowadzić rząd, który zaczyna mówić „nie” europejskim szaleństwom – powiedział niedawno.

3. Rosja

Jedną z pierwszych ofiar rządu 5 Gwiazd i Ligi może być polityka unijnych sankcji wobec Rosji. W kwietniu Salvini zatweetował, że jeśli chodzi o Moskwę, zamierza zlikwidować „absurdalne sankcje, które powodują nieobliczalne szkody dla włoskiej gospodarki”. Związki Ligi z Rosją są szczególnie ścisłe – w zeszłym roku partia podpisała „umowę o współpracy” z rządzącą partią Władimira Putina.

Również posłowie 5 Gwiazd opowiadali się za odrzuceniem sankcji, powołując się na obawy włoskich przedsiębiorców. Miejscem pierwszego starcia będzie czerwcowa Rada Europejska, podczas której kraje członkowskie będą głosować nad odnowieniem sankcji wobec Rosji. Ponieważ wymagana jest jednomyślność, sprzeciw ze strony Rzymu wystarczy do ich zakończenia.

4. Nieliberalizm

Jest jeden taki przywódca Unii, który radośnie powita nowy włoski porządek polityczny: Viktor Orbán. Węgierski premier często spierał się z wcześniejszymi włoskimi rządami w sprawie ich polityki migracyjnej. Zaś Salvini niedawno pogratulował Orbánowi reelekcji tweetując: „Węgrzy głosowali zgodnie z ich sercem i rozumem, ignorując groźby Brukseli i miliardy Sorosa”. Jego Liga poparła również list jaki Grupa Wyszehradzka wysłała do byłego premiera Włoch Paolo Gentiloniego, pouczając Włochy w sprawie migracji.

Ciekawe czy do radości Orbána dołączy Mateusz Morawiecki.

5. Handel

Promotorzy unijnego programu wolnego handlu również mogą być rozczarowani populistyczną koalicją. Ruch 5 Gwiazd krytykował umowy o wolnym handlu, takie jak umowa CETA z Kanadą, którą mocno popierał obecny włoski rząd. Natomiast hasło Ligi brzmi „Najpierw Włosi”, echo trumpowskiego „Najpierw Ameryka”.

Salvini wziął udział w kampanii na rzecz obrony włoskich produktów rolnych na Sycylii, gdzie oskarżył Unię o zaniechanie ochrony europejskich rolników. – Europa preferuje marokańskie pomarańcze oraz tunezyjskie pomidory i oliwę z oliwek – mówił spacerując w pomarańczowym gaju.

6. Wybory europejskie

Gdy wyborcy udadzą się do urn, aby zagłosować na nowy Parlament Europejski w przyszłym roku, populistyczny rząd we Włoszech prawdopodobnie udostępni partiom eurosceptyków bezprecedensową platformę. Liga Salviniego wciąż rozważa przeprowadzenie kampanii wraz z Marine Le Pen z Francji i innymi skrajnie prawicowymi siłami.

Na potwierdzenie, sukces Ligi i 5 Gwiazd we włoskich wyborach, spotkał się z dużym poparciem czołowego architekta Brexitu Nigela Farage’a, który powiedział niedawno, że przyszłoroczne głosowanie to wspaniała okazja, by „położyć kres tej sztucznej kreaturze, jaką jest Bruksela”.

Demokracja po niemiecku

Demokracja po niemiecku

Szanowni Państwo!

Zarówno Merkel, jak i wcześniej Hitler doszli do władzy legalnie, zdobywając odpowiednią ilość głosów w Bundestagu. Później już parlament nie był im do niczego potrzebny. Hitler nikogo nie musiał prosić o zgodę na wywołanie wojny. Merkel też nie pytała o zgodę parlamentu, czy zapraszać hordę islamistów. Najwyraźniej Niemcy tak już mają, że nie kwestionują posunięć wodzów, nie zależnie od tego jaką głupotę by im oni wciskali.

Wystarczy poczytać, co niemieckie kobiety myślą o zaproszonych „gościach”, żeby poznać dokąd zmierzamy. Oto wypowiedzi paru światłych Niemek:

Claudia Roth: Wydarzenia na dworcu Kolonii można interpretować jako wołanie o pomoc emigrantów, którzy czują się odrzuceni przez niemieckie kobiety.

Aydan Özoğuz: To, że azylanci popełniają przestępstwa, w pewnych przypadkach rabują, jest winą tylko i wyłącznie Niemców, ponieważ ich chęć pomocy (datków) pozostawia wiele do życzenia!

Petra Klamm-Rothberger: W kraju sprawcy, zgwałcone kobiety są skazywane na śmierć. Dlatego sprawca musiał ją zabić po zgwałceniu. Musimy mieć wyrozumiałość dla tych różnic kulturowych.

Ot, takie drobiażdżki, a uczą wiele. Pani kanclerz nie musi się bać o godne następczynie. Nasze czołowe feministki, takie jak Róża Tuman von Hochsztapler czy Wielka Szajbus z okrzykiem: Precz z dyktaturą kobiet, muszą jeszcze dużo się nauczyć od prawdziwie Nowoczesnych Niemek!

Oto na czym polega normalność „europejskich standardów” i wzorcowa, niemiecka demokracja!

Pozdrawiam

Małgorzata Todd

Macron nowy przywódca Zachodu?

Macron nowy przywódca Zachodu?

POLITICO

Rok po wyborze Macron jest już nowym przywódcą zachodniego świata

Emmanuel Macron, rok po inauguracji jako prezydent Francji, skorzystał z okazji, że Donald Trump, Angela Merkel i Theresa May zajęli się swoimi wewnętrznymi problemami i w brawurowym stylu przechwycił przywództwo zachodniego świata. Przerażeni światową epidemią populizmu demokraci patrzą na niego z nadzieją, pisze dla POLITICO analityk Will Marshall.

  • Jako młody outsider, który wypłynął na fali sprzeciwu wobec rządzącego establishmentu, Macron potrafił zagarnąć głosy populistycznej rebelii, nie kłaniając się jednocześnie jej reakcyjnym żądaniom
  • Wydaje się, przynajmniej na razie, że Macron nie tylko wygrał wybory, ale i przemeblował całą francuską scenę polityczną
  • Agenda Macrona polega na tym, by ”chronić i liberalizować” – chronić ludzi przed ekscesami rynków, a jednocześnie podejmować długo odwlekaną liberalizację francuskiej gospodarki
  • Macron ma solidne wsparcie parlamentu i francuskiej opinii publicznej,  której 61 procent chce, by rząd kontynuował reformy

Najdynamiczniejszy spośród europejskich przywódców politycznych, Emmanuel Macron, złożył w ubiegłym miesiącu trzydniową wizytę w Waszyngtonie i nawiązał zaskakująco serdeczne stosunki z Donaldem Trumpem. Zwłaszcza, jeżeli weźmie się pod uwagę, że wyrósł na najbardziej znaczącego na Zachodzie przeciwnika narodowego populizmu, którego uosobieniem jest prezydent USA.

 

Przemawiając niedawno w Parlamencie Europejskim, Macron przestrzegał przed ”europejską wojną domową” i wzywał Unię Europejską, by broniła liberalnej demokracji przed wznoszącą się falą antyliberalnego nacjonalizmu. – W obliczu autorytaryzmu, który otacza nas ze wszystkich stron, odpowiedzią nie jest autorytarna demokracja, ale autorytet demokracji – zadeklarował.

Ta chwytliwa retoryka przypomina, w stylu prezydenta Kenndy’ego, pokazuje że amerykańscy prezydenci potrafili kiedyś wygłaszać równie porywające przemówienia. Ale to już przeszłość, ponieważ dziś Trump identyfikuje się bardziej z drugą stroną – prawicowymi natywistami i neonacjonalistami, którzy chcą trzymać imigrantów z dala od swoich granic, piętrzyć przeszkody przed globalnym handlem, osłabić lub opuścić Unię w imię ochrony ”narodowej suwerenności” oraz, szczególnie w krajach Europy Środkowej takich jak Węgry i Polska, osłabić wewnętrzną kontrolę nad rządami silnej ręki.

W rezultacie Macron śmiało wkroczył w próżnię, która powstała, gdy Trump zrezygnował z historycznej roli Ameryki, jako strażnika świętego ognia liberalnej demokracji. Choć niektórzy zdążyli już namaścić kanclerz Niemiec, Angelę Merkel na nową ”przywódczynię wolnego świata”, ona sama jest zbyt zajęta zszywaniem słabej koalicji rządowej i powstrzymywaniem odpływu swojej konserwatywnej bazy wyborczej do skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec.

Dodatkowo, oprócz bycia ideologicznym przeciwnikiem Trumpa, Macron może być postrzegany jako symbol nadziei progresistów na to, że w całym demokratycznym świecie są w stanie powrócić na salony władzy. Jako otwarty, młody outsider, który wypłynął na fali sprzeciwu wobec rządzącego establishmentu, Macron potrafił zagarnąć głosy populistycznej rebelii, nie kłaniając się jednocześnie jej reakcyjnym żądaniom. To, krótko mówiąc, jest zadanie stojące przed partiami, które na nowo próbują trafić w społeczne oczekiwania.

Macron i klęska tradycyjnych partii

W wielu zachodnich demokracjach populistyczno-nacjonalistyczna fala zmyła tradycyjną oś lewica-prawica i wykreowała nowy polityczny podział, oparty na poziomie wykształcenia, pochodzeniu etnicznym i geografii. Ten podział opiera się na starzejącej się białej klasie robotniczej – której wielu przedstawicieli w przeszłości popierało partie postępowe – oraz kulturowych tradycjonalistach z prowincji, którzy niechętni są nowym, kosmopolitycznym elitom i młodym, którzy w wielokulturowym świecie bez granic czują się jak w domu.

Centroprawicowe partie w całej Europie przetrwały tę rewoltę przyjmując część nacjonalistycznych postulatów. Brytyjscy konserwatyści zaryzykowali referendum w sprawie Brexitu, by powstrzymać rosnącą popularność anty-imigranckiej i anty-europejskiej Brytyjskiej Partii Niepodległości (UKIP); sama partia już niemal nie istnieje, ale Wielka Brytania wyszła z Unii. Na Węgrzech, w Polsce i w Czechach do władzy doszli nacjonaliści, obiecując bronić tego, co premier Węgier Viktor Orbán nazywa „kulturową homogenicznością” i przeciwstawia ją „masowej imigracji” i uchodźcom, mimo że stosunkowo niewielu z nich chciałoby trafić do Europy Środkowej.

Czeski premier, miliarder Andrej Babis, dumnie przestawia się jako „czeski Donald Trump”. Nawet umiarkowanie konserwatywna kanclerz Niemiec, Angela Merkel, chce ograniczać liczbę uchodźców, bo przestraszyła się szokująco wysokiego wyniku skrajnej prawicy w zeszłorocznych wyborach.

Zarówno w USA jak i w Europie dotkliwie brakuje prawdziwie postępowej alternatywy dla populizmu. Obciążone przestarzałymi ideami i niezdolne zaoferować wyborcom pozytywnej, przyszłościowej przeciwwagi dla pełnego żółci i mściwości populizmu, partie centrolewicowe tracą na znaczeniu.

Macron wydaje się być wielkim wyjątkiem od tego fatalnego trendu. Pojął, że żadna z dominujących francuskich partii – ani jego rodzimi socjaliści, ani centroprawicowi republikanie – nie są na tyle silni, by w pojedynkę powstrzymać populistyczną wichurę. W środku ogólnokrajowej kampanii wyborczej stworzył więc całkowicie nową partię, La République en Marche, która wchłonęła co bardziej pragmatyczne elementy zarówno socjalistów jak i centroprawicowych republikanów.

Rzucenie wyzwania status quo przez, jak to nazywa Macron ”radykalne centrum”, było imponującym politycznym gambitem. Miał szczęście, kiedy korupcyjny skandal pogrążył jego głównego centroprawicowego rywala. Tak czy inaczej jednak, Macron pokonał zarówno Marine le Pen, przywódczynię skrajnie prawicowego, populistycznego Frontu Narodowego, jak i ultralewicowego demagoga, Jeana-Luca Melenchona. A co jeszcze bardziej zaskakujące, En Marche zdobyła później 308 na 577 miejsc w niższej izbie parlamentu.

Francuscy socjaliści ponieśli klęskę, uzyskując w prezydenckim wyścigu zaledwie sześć procent i tracąc 90 procent miejsc w parlamencie. Republikanie poradzili sobie nieco lepiej, ale i tak stracili 40 procent stanu posiadania. Odrzucony ponownie przez francuskich wyborców Front Narodowy chce przemianować się na ”Narodowe Zgromadzenie”, by pozbyć się swojego antysemickiego bagażu. Wycofał się także z obietnicy wyprowadzenia Francji ze strefy euro.

Co się Macronowi udało?

Wydaje się, przynajmniej na razie, że Macron nie tylko wygrał wybory, ale i przemeblował całą francuską scenę polityczną.

Jak tego dokonał? Jego czołowi doradcy i członkowie En Marche podkreślają radykalną zmianę, jaką Macron wniósł do zaściankowego i spetryfikowanego francuskiego establishmentu politycznego. Macroniści uważają go nie za centrystę w sensie lokowania się pomiędzy mainstreamowymi partiami, ale outsidera, który przybył by ożywić charakterystyczną francuską tradycję polityczną i kulturową.

Jego filozofia rządzenia jest celowo trudna do zdefiniowana i zapożycza pomysły zarówno od lewicy jak i prawicy. Jak tłumaczył to jeden z najważniejszych doradców, agenda Macrona polega na tym, by ”chronić i liberalizować” – chronić ludzi przed ekscesami rynków, a jednocześnie podejmować długo odwlekane kroki mające na celu liberalizację francuskiej gospodarki.

Macron wie, że jego pierwszym i najważniejszym zadaniem jest rozbicie wyjałowionej klasy rządzącej i ekonomii politycznej, która przynosiła ten sam efekt – stagnację gospodarczą – bez względu na to, czy rządziła centroprawica czy centrolewica.

Powszechnie uważany jest za ostatni bastion Francji przeciw populistyczno-nacjonalistycznej rewolcie. Po Macronie (jeżeli polegnie) już tylko potop.

Przez ostatnie trzy dekady Francja wlokła się w ogonie unijnego wzrostu. Bezrobocie uparcie oscyluje wokół 10 procent – a wśród młodych i imigrantów, którym trudno jest wejść na sztywny francuski rynek pracy, sięga 25 procent. W imię ‘égalité’ Francuzi osiągnęli coś wręcz przeciwnego: rosnącą nędzę i dwupoziomowy rynek pracy, składający się z pracowników „chronionych” grubym pancerzem praw oraz łatwych do zwolnienia prekariuszy na kontraktach czasowych.

Macron natychmiast zaczął forsować reformy rynku pracy, które mają ułatwić zwalnianie pracowników, ograniczyć przewlekłe procedury i przywileje, oraz umożliwić prowadzenie negocjacji pracowniczych na poziomie pojedynczego zakładu, a nie całej branży.

Opowiada się za zmianami w systemie ubezpieczeń od bezrobocia i chce połączyć 37 osobnych systemów emerytalnych obowiązujących we Francji w jeden uniwersalny.

Doradcy Macrona wierzą, że jego energia i zdecydowanie wzmacniają wrażenie, że nie jest on typowym politykiem, ale młodym człowiekiem, któremu się spieszy (dopiero co przekroczył czterdziestkę) i który dotrzymuje danych obietnic.

Magia Macrona musi teraz zdać najtrudniejszy test. Związki francuskich kolejarzy ogłosiły rotacyjny strajk, by zaprotestować przeciwko popieranej przez prezydenta ustawie, która zrywa z państwowym monopolem na przewozy pasażerskie, a także z dożywotnią gwarancją zatrudnienia i prawem do wcześniejszej emerytury dla nowo zatrudnianych.

– To przełomowy moment dla Macrona – mówi weteran francuskiego dziennikarstwa, Pierre Haski, zauważając, że strajki na kolei storpedowały ostatnią poważną próbę reformy rynku pracy, podjętą przez ówczesny centroprawicowy rząd w 1995 roku. Tym razem jednak Macron ma solidne wsparcie parlamentu i francuskiej opinii publicznej,  której 61 procent chce, by rząd kontynuował reformy.

Jednocześnie ambitne plany Macrona, by wzmocnić strefę euro, spotykają się z oporem w Europie. Podczas kampanii wyborczej Macron ostentacyjnie odmawiał płynięcia na fali eurosceptycyzmu, która zalewała wtedy kontynent. Wręcz przeciwnie, naciskał na jeszcze głębszą integrację gospodarek strefy euro, łącznie ze stworzeniem dla niej nowego stanowiska ministra finansów, wspólnego budżetu na inwestycje, harmonizację krajowych stawek podatkowych dla biznesu, a nawet utworzenie osobnego parlamentu dla unii walutowej. Chodzi o to, by strefa euro mogła na równych prawach konkurować z takimi gigantami jak USA i Chiny. – Wśród młodych ludzi we Francji Macron sprawił, że Europa znowu jest cool – mówi Lena Morozo z paryskiego think-tanku EuropaNova.

Niemcy podchodzą jednak z dużym dystansem do pakietu reform Macrona, podobnie jak grupa mniejszych państw północnoeuropejskich. Macron odpowiada w sposób dla siebie charakterystyczny: omija oficjalne kanały i chce zaprezentować swoje argumenty bezpośrednio europejskim wyborcom podczas przyszłorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Będzie prawdopodobnie chciał skorzystać z tej samej magii mediów społecznościowych, która zdaniem jego doradców pomogła mu wypromować kandydatów En Marche w zeszłorocznych wyborach parlamentarnych.

Docelowo Macron chce, by Francja zajęła miejsce obok Niemiec jako drugi rdzeń procesora napędzającego zjednoczoną Europę. – Francja ma coś do powiedzenia i rolę do odegrania – mówi Macron. – Ale ta rola nie może zostać odegrana, ani wasz głos nie zostanie wysłuchany, jeżeli sami nie odrobicie pracy domowej.

Macron i świat

W hierarchii tematów poruszanych przez Macrona w rozmowie z Trumpem wysoko stały zmiany klimatyczne. Kiedy amerykański prezydent wycofał Stany Zjednoczone z paryskiego porozumienia klimatycznego, Macron filuternie sparafrazował slogan Trumpa i wezwał do ”uczynienia naszej planety znowu wielką”. Doradcy twierdzą, że jest zdeterminowany, by ponownie wciągnąć Waszyngton do globalnych wysiłków na rzecz ograniczenia emisji gazów cieplarnianych.

Ta sama determinacja była widoczna w podejściu Macrona do Syrii. Francja wspólnie ze Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią zbombardowała zakłady produkujące broń chemiczną w Syrii.

– Dotarliśmy do punktu, w którym te uderzenia były niezbędne, by przywrócić wspólnocie międzynarodowej jakąś wiarygodność – mówił Macron, odpowiadając na krytykę Le Pen i Melenchona. – Jeżeli wyznaczasz czerwoną linię i nie wiesz jak zagwarantować jej przestrzeganie, to wybierasz słabość.

W ostatnich dniach Macron deklarował, że chce przekonać Trumpa by ten zmienił swoją decyzję o wycofaniu amerykańskich oddziałów z Syrii. Biały Dom systematycznie zaprzeczał, jakoby miało to być przedmiotem rozmów. Tym niemniej jest jasne, że pomimo ewidentnie dobrej chemii z Trumpem, Macron nie waha się występować przeciwko agresywnemu unilateralizmowi amerykańskiego prezydenta na wszystkich frontach.

Analitycy stosunków francusko-amerykańskich dostrzegą głęboką ironię sytuacji, w której francuski prezydent jest mocniej niż amerykański zaangażowany w zachowanie jedności Zachodu.

I wreszcie, Macron rozumie siłę wielkich narracji przy wykuwaniu konsensusu w zróżnicowanych, liberalnych społeczeństwach. „Postmodernizm był najgorszą rzeczą, która mogła się przydarzyć naszej demokracji”, powiedział w październikowym wywiadzie dla Der Spiegel, „ponieważ zniszczył ideę przekonywającego narodowego mitu, a wraz z tym możliwość odczuwania narodowej jedności i celu”.

Inspirująca narracja Macrona podkreśla znaczenie ożywienia republikańskich pryncypiów jego kraju, zakorzenionych w liberalnym etosie europejskiego Oświecenia, dla stworzenia silnej Francji, godnej przewodzenia silnej Europie.

Narodowi populiści oferują swój własny, alternatywny mit: zgodnie z nim zwykli ludzie pracy zostali zdradzeni przez elity, padli ofiarą globalizacji, są zagrożeni przez imigrantów oraz wielokulturowość i w efekcie tracą swoją narodową i kulturową tożsamość.

Tracący władzę niemal wszędzie progresiści pilnie potrzebują spójnej i optymistycznej wizji przyszłości którą chcą budować.

Zamiast flirtować z lewicowym populizmem lepiej by zrobili wspierając apel Macrona o nowy radykalizm liberalno-demokratycznego centrum. „Dlaczego nie może być czegoś takiego, jak demokratyczny heroizm?”, pytał Macron retorycznie we wspomnianym wywiadzie dla Der Spiegel. „Być może na tym właśnie polega nasze zadanie; odkryć coś takiego wspólnie w XXI wieku”.

Jeżeli progresiści chcą odzyskać inicjatywę utraconą w niedawnych, mrocznych latach, powinni zasłużyć sobie na to miano i znów stać się partiami nadziei i postępu. To najlepsza odpowiedź na populistyczne nagonki i magiczne recepty i najlepszy sposób na przyciągnięcie do siebie nowych wyborców.

Źródło:

https://wiadomosci.onet.pl/swiat/rok-po-wyborze-macron-jest-juz-nowym-przywodca-zachodniego-swiata/z1q42gp

Autor jest prezesem Progressive Policy Institute w Waszyngtonie.

Głębokie przekonanie

Głębokie przekonanie

Szanowni Państwo!

Już przed wojną mawiano nieco złośliwie, że nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. Po wojnie było już tylko gorzej, bo wystarczył dwutygodniowy kurs, żeby zostać prokuratorem, albo sędzią skazującym żołnierzy niezłomnych na śmierć.

Z czasem trzeba było jednak naukę przywrócić do łask. Nadzwyczajna kasta towarzyszy potrzebowała przecież lekarzy, inżynierów, a nawet artyści byli potrzebni, jeśli niezbyt mocno dokazywali. Dla potomków towarzyszy radzieckich uczelnie stały otworem, a różne dyplomy czekały tylko na wręczenie. Pozostali zwykli kandydaci na przyszłych magistrów, musieli się jednak wykazywać nabytą wiedzą, albo talentem.

Teraz artystą jest każdy, komu się tak zadaje, a gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, to zawsze można przedstawić dyplom i nawet nie trzeba go kupować na przysłowiowym Bazarze Różyckiego. Uczelnie prześcigają się najpierw w pozyskiwaniu studentów, a potem w zaspakajaniu ich potrzeb.

Ale właściwie dlaczego tylko artyści mają być uprzywilejowani? A jak ktoś czuje się lekarzem, sędzią, politykiem? W niektórych wypadkach wymagane są jeszcze dyplomy, chodzi więc o to, żeby były one dostępne,dla „elyt” i są, oczywiście. Nikt przecież nie bada rankingowo poziomu uczelni dyplom wystawiającej.

Najlepiej jednak być politykiem. Od niego nie wymaga się niczego, nawet zdecydowanych poglądów, które „wytrawny” polityk zmienia zależnie od koniunktury. Według gender, płeć to też sprawa poglądów, nie biologii,a więc można ją zmieniać w zależności od kaprysu chwili i wewnętrznego głębokiego przekonania.

Czy zatem warto jeszcze cokolwiek studiować? Tak, ale jedynie na politechnice. Inżynierem się jest, albo nie jest i basta. Mostów, domów, maszyn nie zaprojektują ludzie, którym się jedynie zdaje, że są inżynierami. Może dlatego właśnie o nich mówi się najmniej, bo o co może go dziennikarz zapytać? Jak czuł się projektując maszynę? To już lepiej zapytać piłkarza, co czuł kopiąc piłkę…

Pozdrawiam

Małgorzata Todd

Bezpartyjni Samorządowcy a wybory

Bezpartyjni Samorządowcy a wybory

19 maja 2018 r., w Warszawie odbyła się Konwencja Ruchu Bezpartyjni w której brało udział kilkaset osób z całej Polski. Uczestnicy Konwencji zadeklarowali wspólny start w nadchodzących wyborach samorządowych pod jednym szyldem ogólnopolskich Bezpartyjnych. W Konwencji uczestniczyli prezydenci miast, burmistrzowie, radni różnych szczebli, wójtowie oraz przedstawiciele samorządu gospodarczego.

Z aktualnych sondaży (maj 2018 r.) wynika, że bezpartyjni na poziomie województw mogą liczyć na wynik około 10 procent, z tendencją rosnącą. Zatem istnieje realne zapotrzebowanie społeczne na Ruch Bezpartyjnych będący alternatywą dla partyjniactwa i degrengolady partii politycznych.

http://samorzad.pap.pl/depesze/temat_dnia/183234/Pierwszy-taki-ruch-po-1989-r-

Moda na bezpartyjność.

 
Wszyscy mamy dość opluwających się nawzajem partii politycznych. Chcemy żyć, i pracować w
 
normalnym kraju z dala od zgiełku i bełkotu polityków  oraz partyjniactwa.
 
Nie wierzymy w to, że ta czy inna partia polityczna nas uszczęśliwi, że nam coś da nie zabierając
 
więcej w zamian.
 
Żądamy zwiększonej kontroli społecznej nad politykami i to nie tylko w zakresie samego aktu
 
wyborczego, czy , przestrzegania przez polityków i partie prawa ( konstytucyjnego, wynikającego
 
z ratyfikowanych umów międzynarodowych, czy ustaw zwykłych).
 
Żądamy, aby partie polityczne przestały zawłaszczać Kraj, zwłaszcza na poziomie lokalnym ( w
 
gminie , powiecie, czy województwie) gdzie my – zwyczajni obywatele jesteśmy u siebie, jesteśmy
 
gospodarzami, we własnym domu.
 
Wara politykom od naszych szkół, przedszkoli, dróg, czy mostów!
 
Jako wyborcy dostrzegamy korzyści płynące dla naszych lokalnych społeczności ze strony
 
jednoczącego się Ruchu Bezpartyjnych samorządowców.
 
Najnowszy sondaż IBRIS dla Rzeczpospolitej  z 18 maja 2018 r. pokazuje , że zjednoczeni
 
Bezpartyjni są trzecią siłą w Polsce ( poparcie na poziomie od 7,6% – Wielkopolskie do 17,9 % –
 
Dolnośląskie)
 
Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej  daje równe prawa w zakresie kształtowania ustroju
 
państwa partiom politycznym i obywatelom.
 
Partie, a zwłaszcza partia rządząca usiłuje ograniczać prawa wyborcze obywateli.
 
Ludzie to czują i rozumieją. Dlatego wraca moda na bezpartyjność.
 
Wykresy ze słupkami poparcia poniżej.
 

Wojciech Papis