Archiwa tagu: Antypartia

Polityczne antyfakty

Polityczne antyfakty

Wielu pisze, publikuje różne informacje dotyczące lokalnych układów w polityce. Są to fakty lokalne i docierają do niewielkiej grupy osób. Chwała tym, którzy to robią. Przeglądając różne media i portale spotkałem się z wieloma takimi publikacjami. Trzeba mieć odwagę by się narazić miejscowym władzom lub miejscowemu układowi politycznemu. Często nie mamy żadnej wiedzy o osobach z miejscowego świecznika. O ich życiu prywatnym, zawodowym, politycznym czy społecznym.

Czy są to osoby kryształowe? Przypomnijmy sobie zapewnienia członków partii PiS w sprawie Pana Banasia, który był rekomendowany na stanowisko Prezesa NIK. Prawda jest bardzo brutalna. Nie jest to człowiek kryształowo czysty. Im dalej od wybrania na stanowisko tym więcej informacji na temat Pana Banasia. Przeciętny Kowalski już by odpoczywał w odosobnieniu. Ale nie Pan Banaś.

W kilku rozmowach, w środowiskach Stowarzyszenia OBURZENI, doszliśmy do wniosku, że te jednostkowe działania nie przynoszą żadnego przełożenia na istniejącą rzeczywistość. Pozostają bez wpływu na nią. Pojedyncze wypadki jak np. Wałbrzych i rozwiązanie miejscowych struktur PiS po aferze nagraniowej są pozytywnym wyjątkiem. Natomiast nie dają żadnych podstaw do zaufania, że ich następcy będą prawymi ludźmi, i będą działali dla dobra ogólnego a nie swojego czy swojej partii.

Chcemy uruchomić pod wspólna nazwą kanał informacyjny przedstawiający tego typu sytuacje. Po długich rozmowach przyjęliśmy pod rozwagę poniższe propozycje nazw dla takiego kanału:

  1. Co robisz polityku?
  2. Życie polityka.
  3. Fakty antypartyjne.
  4. Życie polityczne.
  5. Antypolitycznie.
  6. Polityczne antyfakty.
  7. Antymanipulacja.

Proszę Państwa o głosowanie nad podanymi propozycjami nazw. Głos można oddać tylko na jedną z nazw. Można też zaproponować własną nazwę, którą umieszczę na liście do głosowania.

Głos można przekazać mailowo na adres oburzeni.warszawa@gmail.com lub sms-em na numer telefonu 600 820 483. Przewiduję termin zakończenia zbierania głosów na 28 lutego 2021 roku. W jakiej formie będziemy ten nośnik informacji tworzyli/współtworzyli poinformuję Państwa na naszej stronie jak również w każdy inny dostępny sposób.

Nie mamy zamiaru kolidować swoimi działaniami z już istniejącymi nośnikami tego typu informacji.

Zapraszamy każdego mającego ciekawy materiał o takiej tematyce do publikowania go na stronie www.oburzeni.pl lub www.antypartia.org

Po uruchomieniu  medium będziemy prosili o pomysły i włączenie się w publikacje materiałów, gdzie działaczy samorządowych, polityków lokalnych przedstawić od innej strony niż się prezentują. Znając relacje społeczne, znając małe lokalne środowiska wiem, że nie każdy mając wiedzę opublikuje pod swoim nazwiskiem ciekawy materiał. Stowarzyszenie Oburzeni oraz środowisko ANTYPARTII dołożymy starań by osoba taka nie była zidentyfikowana. Zapewnimy tej osobie anonimowość.

Elementem łącznym wyżej przedstawionego projektu będzie kolejny element nazwany przez nasze środowisko OBURZONYCH tzw. IPN 2.0.

Chodzi o doprowadzenie do rejestrowania i przechowywania kopii dokumentów potwierdzających patologię w polskim systemie niesprawiedliwości oraz bezprawia władzy każdego szczebla samorządowego i/lub centralnego.

Chętnie przedyskutuję każdy pomysł w tym zakresie lub włączę osoby do takiej dyskusji naszego środowiska OBURZONYCH oraz Antypartii.

Chcemy i robimy wszystko by nie być kolejnym klonem istniejących stowarzyszeń czy partii.

Mamy inne cele, mamy inne pomysły, mamy innych ludzi.

Kontakt:

oburzeni.warszawa@gmail.com

600 820 483

Z poważaniem

Jan Szymański

Przewodniczący Rady Koordynacyjnej Stowarzyszenia Oburzeni

Wice Przewodniczący Zarządu Antypartii

 

Dlaczego w Polsce nie ma prawicy?

Zwolennicy niektórych partii politycznych, pretendujących do miana prawicowych, mogą oczywiście oburzyć się po przeczytaniu tytułu. Mając jednak na uwadze klasyczne definicje prawicowości, musimy dojść do wniosku, iż po roku 1989 na polskiej scenie politycznej tak naprawdę nigdy nie działała faktycznie prawicowa partia. 

Prawica nie może działać, gdyż jest planowo niszczona

Być może wyjątkiem (potwierdzającym regułę) mogłaby być Unia Polityki Realnej w swym początkowym okresie. Partia ta jednak nigdy nie odgrywała znaczącej roli, jako że w chwili, gdy miała szansę (podobnie zresztą jak i inne partie Janusza Korwina-Mikke) na przekroczenie 5-procentowego progu, jej lider – zazwyczaj swymi kontrowersyjnymi (by użyć eufemizmu) wypowiedziami – skutecznie obniżał jej notowania.

Tu dochodzimy do sedna sprawy. W ciągu ostatnich 30 lat nie powstała, a jeśli nawet, to szybko ulegała anihilacji,  żadna formacja prawicowa. Twierdzenie to jest prawdziwe nawet wówczas, gdy rozszerzymy definicję prawicowości na ugrupowania częściowo prawicowe (np. tylko w sferze ekonomicznej – jak kolejne twory Korwina-Mikke, czy też wyłącznie politycznej/ ideologicznej – jak np. Ruch Odbudowy Polski).

Gdyby Korwin-Mikke zachowywał się racjonalnie (a przecież jest człowiekiem inteligentnym), to UPR mogłaby liczyć na poparcie więcej niż 15-20  procent wyborców. Korwin pożera swe dzieci polityczne albo ze względów „artystycznych” (bo lubi happeningi, a sam jest bardziej artystą niż politykiem), albo robi to celowo po to, by nie powstała silna partia prawicowa i to nawet teraz, gdy został nieco zneutralizowany przez swych partnerów w Konfederacji, która zamiast piąć się w górę, coraz bardziej traci poparcie, spadając w niektórych sondażach nawet poniżej 5 procent, patrz:

http://oburzeni.pl/dlaczego-spada-poparcie-dla-konfederacji/

Gdybyśmy spróbowali zrobić ranking polityków, którzy uchodzą za najbardziej prawicowych, na czele – obok Korina – znalazłby się na pewno Antoni Macierewicz, śp. Jan Olszewski czy Jarosław Kaczyński. Ci trzej ostatni bynajmniej nie ze względu na swe poglądy ekonomiczne (bliżej im bowiem do socjalizmu), lecz polityczne lub – jak kto woli – ideologiczne.

Choć Olszewski, Kaczyński czy Macierewicz zostaliby zapewne uznani przez Mieczysława Wilczka, ministra w komunistycznym rządzie Rakowskiego, autora „ustawy Wilczka” z 1988,  za lewicowców, przyjmijmy dla potrzeb tego artykułu, że mieszczą się w polskim rozumieniu prawicy. Od naprawdę wolnego rynku oddaleni są o lata świetlne, lecz funkcjonują jako polska prawica ze względu na swoje rozumienie patriotyzmu, stosunek do interesu narodowego etc.

Co ciekawe, również oni robili lub robią wszystko, aby także i taka (ideologiczna) prawica nie odgrywała w Polsce żadnej roli. Antoni Macierewicz tak nieprofesjonalnie realizował tzw. „uchwałę lustracyjną” Sejmu w 1992 roku, iż sama idea lustracji została skompromitowana na długie lata, a rząd Olszewskiego, który miał szansę zrobić dużo dobrego dla Polski, musiał wkrótce upaść. Zaangażowani przez Macierewicza młodzi amatorzy w tej branży (pierwowzory Misiewicza) popełnili wystarczająco dużo merytorycznych błędów, by przeciwnicy lustracji mogli wówczas triumfować.

Także przygotowany 15 lat później dokument,  zwany potocznie „Raportem Macierewicza”,  dotyczący wojskowych służb specjalnych PRL i III RP, zawierał szkolne błędy, których z łatwością można było uniknąć, a które stały się później orężem przeciwników likwidacji WSI i prawicowej części sceny politycznej w Polsce.

Mało kto pamięta, iż w wyborach do Sejmu w roku 1997 pełnomocnikiem wyborczym Ruchu Odbudowy Polski był Antoni Macierewicz, który w ostatniej chwili, bez wiedzy Olszewskiego zmienił zatwierdzony już wcześniej przez lidera ROP układ kandydatów na listach wyborczych. Mimo, iż Olszewskiemu udało się jeszcze przywrócić pierwotny kształt list, ROP poniósł dotkliwą klęskę, nieznacznie tylko przekraczając 5-procentowy próg i wprowadzając do Sejmu zaledwie 6 posłów. Trzeba przypomnieć, iż przed akcją dywersyjną Macierewicza, Ruch Odbudowy Polski cieszył się poparciem ok. 17% ankietowanych.

Wkrótce doszło do kolejnego konfliktu wewnątrz grupy 6 posłów ROP, co skutkowało rozłamem w tej partii. Obok Macierewicza negatywną rolę odegrał Wojciech Włodarczyk, bliski współpracownik Olszewskiego, patrz np.: Marek Ciesielczyk: Samo-nie-rząd po galicyjsku, Tarnów 2000, str.197 – 2010.

Warto przypomnieć, iż głównym doradcą premiera Jana Olszewskiego był Zdzisław Najder, zdemaskowany później jako tajny współpracownik komunistycznej Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Zapalniczka”. W latach 80-tych Najder był dyrektorem sekcji polskiej Radia Wolna Europa, które w tym czasie było krytykowane przez część opozycji antykomunistycznej, patrz: Marek Ciesielczyk: „Radio Free Europe’s Discordant Voices”, w:  LAISSEZ-FAIRE, nr 1, Londyn – Waszyngton, lato 1991, str. 48 – 53

patrz: http://www.marekciesielczyk.com/index.php?p=1_16

Zdzisław Najder – doradca premiera Jana Olszewskiego – TW SB „Zapalniczka”,

fot. Wikipedia

Jeśli przyjmiemy, iż na początku swego istnienia ruch Kukiza miał w pewnym stopniu cechy ugrupowania patriotycznie prawicowego (o ekonomii raczej nie było w nim mowy), moglibyśmy dostrzec pewne analogie w procesie jego niszczenia oraz wcześniejszej anihilacji UPR czy ROP. Kukiz w wyborach prezydenckich uzyskał ponad 20% głosów, by w następnych latach prawie całkowicie zniszczyć swe ugrupowanie. Prawą ręka muzycznego polityka był przez długi czas niejaki Dariusz Pitaś, dwukrotnie skazany za poważne przestępstwa, o czym Kukiz od początku był informowany. Mimo to Pitaś funkcjonował cały czas jako swego rodzaju „Wachowski Kukiza”, patrz:  http://oburzeni.pl/tag/dariusz-pitas/

Czy PiS to prawica i czy przetrwa?

Przejdźmy jednak do czasów współczesnych. Ktoś może powiedzieć, iż teza postawiona tutaj na początku jest nieprawdziwa, gdyż to, czego nie udało się osiągnąć Korwinowi, Olszewskiemu czy Kukizowi, zrobił Jarosław Kaczyński, tworząc silną, rządzącą od 5 lat partię, która co prawda nie jest prawicą ekonomiczną (wprost przeciwnie), ale na pewno przez wielu Polaków postrzegana jest jako prawica ideologiczna, dla której ważne są wartości narodowe. Czy tak jest rzeczywiście i czy przypadkiem także i ta formacja polityczna nie jest niszczona od wewnątrz (bardziej nawet niż przez zewnętrznych jej wrogów)?

Regułą było, iż gdy w telewizji pojawiał się zbyt często Antoni Macierewicz, notowania PiS-u spadały. Wylansowanie przez Macierewicza Misiewicza, zaszkodziło PiS-owi w sposób wyjątkowy, a samo nazwisko Misiewicza będzie służyło historykom za symbol niekompetencji, nepotyzmu politycznego etc. Jak więc widać, i tym razem, Macierewicz odegrał podobną do tych wcześniejszych rolę destruktora.

Gdyby PiS prezentował się jako ugrupowanie liberalne, lewicowe, wyborcy na pewno nie mieliby za złe Kaczyńskiemu, iż swego czasu tuż przed wyborami w Sosnowcu (wiadomo więc dlaczego) chwalił Edwarda Gierka jako „komunistycznego patriotę polskiego”. Abstrahując od tego, czy można równocześnie być komunistą i polskim patriotą (sic!), nie można zapominać o „ścieżkach zdrowia” dla robotników protestujących przeciwko temu „komunistycznemu patriocie”, czy mordach politycznych za czasów panowania towarzysza Edwarda (np. zabójstwo Stanisława Pyjasa).

Czy wśród posłów PiS nie było lepszego kandydata na Przewodniczącego Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka Sejmu RP niż Stanisław Piotrowicz – b. członek  egzekutywy PZPR w Prokuraturze Wojewódzkiej i Rejonowej w Krośnie,  autor aktu oskarżenia przeciwko działaczowi opozycji Antoniemu Pikulowi, „oskarżonemu o kolportaż wydawnictw drugiego obiegu.  W treści aktu czytamy m.in.: ‘W świetle materiałów dowodowych wyjaśnienia oskarżonego nie brzmią przekonywająco. Dokonane ustalenia pozwalają stwierdzić, że Antoni Pikul, podczas obowiązywania stanu wojennego, dopuścił się przestępstwa […]. Skierowanie aktu oskarżenia przeciwko Antoniemu Pikulowi należy uznać za zasadne’”. Później zaś, czy nie było lepszego kandydata na sędziego Trybunału Konstytucyjnego niż prokurator PRL-u Stanisław Piotrowicz?

Czy nie można było znaleźć w prawie 40-milionowym narodzie lepszego kandydata na głównego komentatora wydarzeń politycznych w państwowej telewizji TVP, niż Marek Król – b. sekretarz Komitetu Centralnego PZPR w okresie dogorywania PRL-u?

Marek Król – jeden z filarów TVP Kurskiego, b. sekretarz KC PZPR, fot. TVP/FB

Czy naprawdę nie ma bardziej utalentowanych dziennikarek, które mogłyby od rana do wieczora występować w TVP niż Magdalena Ogórek – kandydatka postkomunistycznego SLD na Prezydenta RP, (na którą zagłosowało zaledwie ok. 2% wyborców), wcześniej zatrudniona w klubie poselskim SLD, bliska współpracowniczka szefa SLD Grzegorza Napieralskiego, w 2011 kandydatka SLD do Sejmu?

„Gwiazda” TVP Magdalena Ogórek, najpierw z Kwaśniewskim, Napieralskim, Millerem, teraz z Kaczyńskim, fot. FB

Czy PiS nie miał lepszych kandydatów na ambasadora RP w Niemczech niż mąż prezes Trybunału Konstytucyjneg, Andrzej Przyłębski, „w latach 1979–1980 zarejestrowany jako tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa PRL o pseudonimie „Wolfgang” (nr rejestracyjny: KWMO Konin 3889/1979)”? cyt. za: Wikipedia.

Czy ławka rezerwowych Prawa i Sprawiedliwości jest naprawdę tak krótka, że Pełnomocnikiem Ministra Cyfryzacji ds. współpracy z administracją samorządową RP, został niejaki Krzysztof Głomb, z wykształcenia bodajże w pierwszej kolejności archeolog (?), który w latach 80-tych współpracował z jednym z lokalnych organów prasowych PZPR, obwieszczając na jego łamach kilka miesięcy po zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki: „ … wyprzedzając uchwałę IX Plenum KC PZPR… Referat skarg i wniosków Komitetu Wojewódzkiego PZPR wychodzi naprzeciw troskom i kłopotom wszystkich, którzy potrzebują pomocy. (…) Najważniejsze jest jednak poczucie społecznej służby i świadomość przywracania ludziom wiary w sprawiedliwość”. cyt za: Marek Ciesielczyk: Republika kartoflana – Polska wobec katastrofy polityczno-ekonomiczno-kulturowej, Chicago, K&K Publishing, 1997, str. 157 – 158.

Przedstawione tu kuriozalne decyzje personalne Prawa i Sprawiedliwości to tylko czubek przysłowiowej góry lodowej. W tzw. Polsce powiatowej, gdzie ludzie znają się doskonale, PiS zraża do siebie swych dotychczasowych lub potencjalnych zwolenników fatalną polityką  personalną, kojarzącą się nie tylko z działaniem swego rodzaju partyjnego urzędu pracy dla krewnych i znajomych królika, ale także z zaprzeczeniem idei, które głosi.

Tzw. „afera starachowicka” w 2003 roku była początkiem końca SLD. Dzisiaj można się zastanawiać, czy „wałbrzyska afera taśmowa”, z której dowiedzieliśmy się, że działacze PiS to  „tacy sami ludzie…jak ci w PO czy SLD …niczym się nie różnią i każdy jest pazerny, każdy by coś chciał…” – oznacza także początek końca formacji politycznej, która na swych sztandarach ma napis „Prawo i Sprawiedliwośc”? 

patrz:   https://www.antypartia.org/aktualnosci/tacy-sami-ludzie-jestesmy-jak-ci-w-po-czy-sld-niczym-sie-nie-roznimy-i-kazdy-jest-pazerny-kazdy-by-cos-chcial-kolejna-afera-tasmowa/

Trudno powiedzieć, w jakim stopniu formacje pretendujące w Polsce do miana prawicowych (czyli prawych) są niszczone od wewnątrz przez podstawionych tam ludzi, a na ile ich rozkład ma charakter niezamierzonego, nieuświadomionego samozniszczenia? Jakby nie było, w Polsce prawicy albo po prostu nie ma, albo – jeśli już jakimś cudem zakiełkuje, szybko ulega demoralizacji, a przez to rozkładowi lub jest w wyrafinowany sposób niszczona przez różnego rodzaju agentów wpływu.

Być może, gdy zakończy się era PiS, na polskiej scenie politycznej pojawi się formacja, która będzie nie tylko faktycznie prawicowa, ale także autentycznie prawa.

Marek Ciesielczyk

tel. 601 255 849

dr.ciesielczyk@gmail.com

Czy Polsce, Francji, USA …  grozi wojna domowa?

XXI. wiek zmienił w istotny sposób  treść wielu jednoznacznych wcześniej terminów. Dzisiaj wojna nie musi oznaczać tego, czym była kilkadziesiąt lat temu. Działania „zielonych ludzików”, operacje  cybernetyczne, terroryzm, przestępczość i inne tego typu akcje, zwane wojną hybrydową, mogą prowadzić dzisiaj do tego samego celu politycznego co tradycyjne działania wojenne.

Nieracjonalną wydaje się dzisiaj niszcząca totalnie wojna jądrowa, skoro można pokonać przeciwnika, niszcząc np. jego gospodarkę czy wręcz cywilizację poprzez sterowany,  potężnych rozmiarów napływ tzw. „uchodźców” czy też lockdown, wynikający z faktycznego lub rzekomego zagrożenia zdrowia i życia przez rozprzestrzeniający się (lub rozprzestrzeniany?) wirus.

Wojna domowa kojarzy się nam najczęściej z hiszpańską La guerra civil (1936-39) czy też – mniej znanym – konfliktem polsko-polskim w latach 1704–1706.

Mając na uwadze wstępne uwagi, możemy chyba powiedzieć, że dzisiaj wojna domowa nie musi wcale oznaczać barykad na ulicach i strzelających do siebie obywateli tego samego państwa.

Zdaniem piszącego tego słowa, wieloletni już ostry konflikt polityczno-społeczny w Polsce ma charakter hybrydowej wojny domowej, prowadzonej przez dwa plemiona, określające się jako „koalicja rządząca” lub „obóz zjednoczonej prawicy” oraz opozycja (zwana złośliwie przed adwersarzy „opozycją totalną”).  Oczywiście rodzaj i liczba ofiar tej wojny polsko-polskiej nie jest porównywalna z rezultatami konfliktu np. pomiędzy np. plemionami Hutu i Tutsi, niemniej jednak jej skutki i prawdopodobna eskalacja konfliktu mogą budzić niepokój.

Także konflikty społeczno-polityczne i ich szczytowanie w postaci potężnych demonstracji „żółtych kamizelek” w dzisiejszej Francji można uznać za rodzaj wojny domowej, która prawdopodobnie także przybierze jeszcze bardziej gwałtowne formy w najbliższej przyszłości wskutek gospodarczego kryzysu pokowidowego.

Niedawne zajęcie siedziby amerykańskiego kongresu przez zwolenników prezydenta Trumpa,  skutkujące m.in. ofiarami śmiertelnymi, również ma charakter kiełkującej wojny domowej w USA. Eskalacja konfliktu za oceanem jest wysoce prawdopodobna choćby ze względu na widoczną wyraźnie determinację obydwu stron tej wojny amerykańsko-amerykańskiej.

Przedstawione tu trzy rodzaje hybrydowych wojen domowych w Polsce, Francji czy USA wskazują, iż protestujący nie mają szans osiągnąć założonych celów, organizując swe demonstracje w ten sam sposób jak dotychczas. Albo będą przysłowiowo bezskutecznie bili głową w mur jak dotąd i w końcu przestaną (na co liczy druga strona konfliktu), albo zmienią metody protestu.

Zmiana ta może oznaczać znaczną radykalizację. Trzeba pamiętać, iż wojna polko-polska przyniosła już ofiary śmiertelne. W Łodzi w 2010 roku zamordowany został pracownik biura poselskiego PiS, Marek Rosiak, a morderca nie krył, iż chciał zabić przywódcę jednej ze stron konfliktu – prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego. Na początku 2019 zamordowany został z kolei prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Jego zabójca oświadczył m.in.: ”… Platforma Obywatelska mnie torturowała. Dlatego właśnie zginął Adamowicz.”   

W roku 2017 aktu demonstracyjnego samopodpalenia dokonał Piotr Szczęsny, gruntownie wykształcony chemik i szkoleniowiec – „w proteście przeciwko polityce Prawa i Sprawiedliwości oraz inspirowanej politycznie dyskryminacji…”

W 2012 roku pracownik naukowy Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, Brunon Kwiecień przygotowywał wysadzenie w powietrze budynku Sejmu RP. Gdy ujawniono to, po Polsce zaczęły krążyć różnego rodzaju dowcipy, które można było interpretować jako przejaw radykalizacji nastrojów społecznych. Znane są przypadki ostrych rodzinnych konfliktów z powodu różnych sympatii politycznych.    

Nie można wykluczyć, że wojna domowa toczona od lat przez obydwa polskie plemiona polityczne przeobrazi się wkrótce w gwałtowne starcia uliczne, a osoby mało odporne psychicznie czy też cierpiące na zaburzenia psychiczne będą decydować się na akty przemocy, skutkujące ofiarami. Radykalizację przyśpieszą zapewne nie tylko wyjątkowo negatywne skutki gospodarcze lokdawnu (niedawno, prawdopodobnie z powodu bankructwa  samobójstwo popełnił 56-letni restaurator z Wrześni, Jarosław Gasik), ale zmiany w psychice ludzi odizolowanych od całego świata z powodu tego, co określane jest mianem „pandemii”.

Scenariusz numer dwa to zmiana form protestu na metody propagowane np. przez Mahatmę Gandhiego – non violencebierny opór. Gandhi zalecał stosowanie ponad 200 metod non violence. Skoro jednak marsze uliczne okazały się bezskuteczne, nie można wykluczyć, iż zdesperowana część jednego z walczących plemion zdecyduje się np. na obywatelskie nieposłuszeństwo (civil disobedience) , odmowę respektowania praw uznanych za niesprawiedliwe, co także mieści się na liście Gandhiego. Protest może np. przybrać formę całkowitej blokady przez demonstrantów budynku parlamentu, rządu czy ministerstw czy lotnisk?

Skoro w Polsce referendum jest fikcją, nie można uznać zainstalowanego u nas systemu za w pełni demokratyczny, zatem obywatele – nie mając możliwości wyrażenia swej opinii np. w drodze wiążącego referendum – będą uciekać się prawdopodobnie do civil disobedience.

Przedrewolucyjna atmosfera w wielu państwach demokratycznych, zwłaszcza w USA czy Francji, może oczywiście wpłynąć na sytuację w Polsce i przyśpieszyć aktywność społeczną, która jeszcze bardziej sprzyjać będzie zaostrzaniu form prowadzonej wojny domowej.

Nic nie wskazuje na to, by uczestnicy wojny polsko-polskiej zdolni byli do jej zakończenia czy nawet do zawieszenia broni. Wypada więc tylko mieć nadzieję, iż jeszcze raz przysłowie okaże się mądrością ludu i tam, gdzie dwóch się bije, trzeci skorzysta. Zdegustowani tym konfliktem Polacy odwrócą się od jednej i od drugiej jego strony i wybiorą trzecią drogę, całkiem nową propozycję polityczną?

Marek Ciesielczyk

Antypartia ogłasza konkurs dla młodych Polaków – Nagrody to np. wycieczka na Karaiby, Florydę, do Nowego Jorku, Paryża, Londynu lub Rzymu (przekaż tę informację dalej)

Zazwyczaj to partie polityczne oferują „kiełbasę wyborczą” w postaci obietnic realizacji najprzeróżniejszych punktów programu. Nowe na polskiej scenie politycznej ugrupowanie ANTYPARTIA postanowiło postąpić odwrotnie. Proponuje, by to obywatele tworzyli program wyborczy.

 

ANTYPARTIA ogłasza konkurs na projekt programu wyborczego dotyczącego młodzieży. Powinien zawierać propozycje korzystnych dla młodych Polaków reform – zwłaszcza w podstawowym, średnim i wyższym szkolnictwie, które przyczynią się do istotnego podniesienia poziomu kształcenia i wychowania,  czy też takich zmian na rynku pracy oraz w programach rozwoju budownictwa mieszkań dla młodych małżeństw, które zachęcać będą młodzież polską do pozostania w kraju. Najlepsze propozycje zostaną przyjęte do programu wyborczego ANTYPARTII, zaś autorzy nagrodzonych prac, którzy wyrażą taką chęć, będą tworzyć młodzieżówkę ANTYPARTII i brać udział w prawyborach, w wyniku których – oddolnie – tworzone będą listy wyborcze ugrupowania za 3 lata.

Autorami projektów mogą być obywatele polscy, którzy w dniu ogłoszenia konkursu skończą  16 lat i nie przekroczą 25 roku życia. Sugerowana długość prac – między 5 i 10 standardowych stron A4.

Autorzy najlepszych projektów zdaniem jury, złożonego z 41 koordynatorów okręgowych ANTYPARTII, otrzymają atrakcyjne nagrody – wycieczkę na Karaiby, Florydę, do Nowego Jorku, Londynu, Paryża lub Rzymu (w lecie 2021), laptop lub smartfon.

Zwracamy się do potencjalnych uczestników konkursu już teraz o przekazanie nam Waszych sugestii, który kierunek podróży powinniśmy wybrać jako nagrodę – Karaiby, USA czy Europę? Prosimy przysyłać w tej sprawie maile na adres:

antypartia@oburzeni.info  lub sms-y na numer: 601 255 849.

Szczegóły konkursu ogłosimy w okresie marzec – maj 2021.

ANTYPARTIA

www.antypartia.org

 

Test na inteligencję dla kandydatów na posłów – Od polityków gorsi są tylko pedofile

Swego czasu CIA udało się zdobyć podręcznik KGB. W czasach zimnej wojny, gdy Sowieci destabilizowali sytuację na Zachodzie, KGB zalecał umieszczanie na czele istotnych instytucji państw demokratycznych, które chciał zniszczyć, nie swych agentów wpływu (gdyż ich można było zdekonspirować), lecz ludzi o bardzo niskim ilorazie inteligencji. Idiota jest bowiem w stanie zniszczyć każdą instytucję i nie musi być przy tym bezpośrednim agentem wpływu. Przykład Polski po 1989 roku dowodzi słuszności tego podręcznikowego zalecenia.

patrz:  https://youtu.be/-MBL9yOOf0Y

Gdybyśmy przeprowadzili sondaż, pytając ludzi, jakie cechy powinien posiadać poseł, senator, minister, radny,  wójt, burmistrz, z całą pewnością większość ankietowanych odpowiedziałaby, iż  polityk powinien być uczciwy, inteligentny, odważny.

Jeśli spytalibyśmy równocześnie, z czym kojarzy ci się słowo „polityk”, znaczna cześć ankietowanych odpowiedziałaby zapewne – „złodziej”. Coraz bardziej popularne w Polsce staje się powiedzenie: „Od polityków gorsi są tylko pedofile”.

patrz: https://youtu.be/9yTHnGPN9h8

Jako że standard życia w danym państwie zależy bezpośrednio od ilorazu inteligencji, uczciwości i odwagi tych, którzy podejmują kluczowe decyzje, na jakich zasadach pobierane  są od obywateli daniny w postaci podatków, a jeszcze bardziej od tego, na co są przeznaczane, Polska znajduje się na końcu wszystkich list rankingowych, obrazujących ten standard.

patrz np.:  https://www.antypartia.org/aktualnosci/dlaczego-polska-jest-ciagle-pariasem-europy-o-koniecznosci-gruntownej-zmiany-na-polskiej-scenie-politycznej/  

Jak zastąpić klasę polityczną, która rządzi niesprawnie Polską od 30 lat ludźmi inteligentnymi, uczciwymi i odważnymi, skoro z jednej strony uniemożliwia to system selekcji polityków („najgłupsza nie świecie ordynacja wyborcza”), a z drugiej – wyborcy w tak dużym stopniu ulegają ogłupiającemu ich systemowi edukacji oraz medialnej manipulacji, iż wybierają do Sejmu np. 23-letniego magazyniera spod Wieliczki, „ukrytego” w środku listy wyborczej i nie prowadzącego żadnej kampanii, tylko dlatego, że nazywa się Ziobro (nawiasem mówiąc – niespokrewnionego ze Zbigniewem)?

Nie ma testu na uczciwość, któremu można by przed wyborami poddać kandydatów do parlamentu czy rady gminy. Jeśli nawet kandydat był już wcześniej posłem i okazał się człowiekiem nieuczciwym, wyborcy albo o tym w ogóle nie słyszeli, albo zapomnieli, jako że w polskim systemie wyborczym okręg jest rozległy (100 km x 100 km albo więcej), kandydatów jest kilkuset, a kampania wyborcza zbyt krótka, by dotrzeć do wszystkich wyborców. Nie pamiętają oni zazwyczaj nazwisk tych, na których głosowali, a w czasie kadencji nie docierają do nich żadne informacje na temat zachowania posłów w Sejmie. Czołówkę listy wyborczej ustala kierownictwo partii, a jej sympatycy z automatu głosują na tych, którzy są na czele listy, nie mając zazwyczaj pojęcia, kto to jest.

Mogą też głosować na znane nazwisko, jak pokazuje w/w przykład magazyniera. Jeden z kandydatów do Senatu w tarnowskim okręgu wyborczym, by być pierwszym na liście (w przypadku wyborów do wyższej izby parlamentu obowiązuje bowiem porządek alfabetyczny), zmienił sobie nazwisko na Ablewicz (tak nazywał się znany biskup tarnowski) i mało brakowało, a dostałby się do Senatu. W wyborach samorządowych znane są przypadki poszukiwania kandydatów z książki telefonicznej o nazwiskach Mickiewicz, Piłsudski, Popiełuszko etc.

Są małe szanse, by jeszcze przed postawieniem znaku X przy nazwisku stwierdzić, czy dany kandydat jest uczciwy. Podobnie w przypadku odwagi. Dzięki Bogu w naszej części świata wojen już nie ma, więc ludzie nie sprawdzają się w boju. Jak się ma przekonać wyborca, czy kandydat przypadkiem nie jest tchórzem i nie będzie stał na baczność całą kadencję przed wodzem partyjnym nawet wówczas, gdy projekt jakiejś ustawy będzie szkodliwy dla Polaków? Pewną namiastką testu na odwagę kandydata na posła czy radnego może być część jego życiorysu sprzed roku 1989. Jeśli kandydat ze względu na swój PESEL był człowiekiem dorosłym w czasach PRL-u, możemy (także dzięki archiwom IPN) sprawdzić, jak się zachowywał wobec komuny. Ten „test” może mieć pewną wartość poznawczą, ale jedynie w przypadku starszych wiekiem kandydatów.

Skoro nie jesteśmy w stanie przeprowadzić skutecznie ani testu na uczciwość, ani na odwagę, to może warto by zaproponować takie zmiany w Kodeksie wyborczym RP, które nakładałyby na  wszystkich kandydatów do parlamentu polskiego oraz do rad gmin i na stanowiska wójtów, burmistrzów i prezydentów miast obowiązek poddania się testowi na inteligencję. To przecież jest wykonalne. Kandydować mogliby tylko ci, którzy w tym teście osiągną pewien określony poziom. Można oczywiście dyskutować, czy musieliby wykazać się ilorazem inteligencji wyższym niż na przykład Władysław Gomułka, Kazimierz Marcinkiewicz,  Renata Beger czy Marian Curyło, z którego ust usłyszeliśmy z mównicy sejmowej słowa:  Salem alejkum! Ślonek zjen ente eni sała, sała. Samoobrona gul, gul. Mister Belka, jala biet”, czy też powinni być od nich nieco bardziej inteligentni.

   Salvador Dali , Kaligula

Jeśli nauczyciel ze szkoły podstawowej w Gorzowie Wielkopolskim, Kazimierz Marcinkiewicz, który odsłonił swój prawdziwy potencjał intelektualny (sic!) w wyniku słynnego romansu z Isabel, mógł być nie tylko posłem, ale wiceministrem edukacji narodowej, a nawet premierem RP, to znaczy, że cesarz Kaligula miałby w dzisiejszej Polsce szanse ponownie mianować swego konia senatorem, posłem, ministrem lub nawet premierem.

Promowanie głupoty w Polsce nie zna barw politycznych. Przypomnijmy, że po rozstaniu się z PiS-em Marcinkiewicz przez pewien czas cieszył się względami także tzw. opozycji.

Gdyby na pierwszym miejscu listy wyborczej dużej partii politycznej umieścić np. owcę, prawdopodobnie zostałaby posłem. Po wprowadzeniu ustawowego obowiązku poddania się testowi na inteligencję, nie miałaby szans, chyba, że minimum ustalono by na takim poziomie, by kandydować mogli wszyscy pretorianie wodza rządzącej w danym momencie w Polsce partii politycznej.

Oczywiście bezobjawowi demokraci oburzą się w tym miejscu i natychmiast zakwestionują moją propozycję jako niezgodną z Konstytucją RP, gdyż wprowadzałaby ona rzekomo ograniczenia praw wyborczych (kandydowania) dla mniej inteligentnej części obywateli RP. Jednak nikt przecież nie kwestionuje zasadności punktacji (a w niektórych przypadkach egzaminów) przy naborze na studia. Nikt z nas nie chciałby, aby – powiedzmy – na medycynę czy informatykę przyjmowani byli słabi intelektualnie kandydaci na studentów. Skoro nie chcemy, by lekarzem czy informatykiem był idiota, tym bardziej powinniśmy zabiegać o to, by o wydatkowaniu naszych podatków decydowali ludzie inteligentni.

Marek Ciesielczyk 

O autorze:  doktor politologii Uniwersytetu w Monachium, profesor University of  Illinois w Chicago, pracownik naukowy Forschungsinstitut fur sojetisze Gegewart w Bonn, Fellow w European University Institute we Florencji

 

Dlaczego Polska jest ciągle pariasem Europy? – O konieczności gruntownej zmiany na polskiej scenie politycznej

Jakie są przyczyny tego, iż po 30 latach przemian polityczno-ekonomicznych wynagrodzenia Polaków są w dalszym ciągu kilka razy niższe od tych w Europie Zachodniej? Dlaczego w znacznie krótszym czasie (5-10 lat) innym państwom udało się wyjść z podobnego ubóstwa i osiągnąć najwyższy na świecie standard życia swych obywateli (np. Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapurowi)?

„Rząd próbował chyba wszystkiego, co nie działało.”

Ruth Richardson

-współautorka cudu gospodarczego w Nowej Zelandii

 

Wystarczy pozbyć się z polskiej polityki 300 ludzi …

W ciągu ostatnich 30 lat kolejno rządzące lub współrządzące w Polsce ugrupowania (przede wszystkim SLD, PSL, AWS, UW, PO, PiS) wmawiają Polakom, iż nasz kraj osiągnął wielki ekonomiczny sukces. Prawda jednak jest taka, iż Polska nie wykorzystała właściwie tych 30 lat (by nie rzec zmarnowała je) i okupuje teraz najniższe miejsca na wszystkich możliwych listach rankingowych, obrazujących wynagrodzenia, ogólny standard życia czy wielkość PKB na głowę.

Jeśli weźmiemy pod uwagę np. wskaźnik rozwoju społecznego HDI, czyli miernik opisujący stopień rozwoju społeczno-ekonomicznego, uwzględniający nie tylko dochód narodowy per capita wg. parytetu siły nabywczej, ale także organizację systemu edukacji czy oczekiwaną długość życia obywateli w danym państwie, to np. w roku 2016 Polska znalazła się dopiero na 35. miejscu na świecie. Najlepiej rozwiniętym państwem okazała się wówczas Norwegia, Australia i Szwajcaria, biedny kiedyś, otrząsający się z kolonialnego zniewolenia w drugiej połowie lat 60-tych Singapur zajął 6. miejsce, zaś bardzo słabo rozwinięta gospodarczo jeszcze w latach 60-70-tych Irlandia – 8., a stojąca na skraju bankructwa na początku lat 80-tych Nowa Zelandia – 12.

Polskę wyprzedziły np. Słowenia, która jeszcze latem 1991 walczyła zbrojnie o swą niepodległość, Czechy, które musiały rozstać się ze Słowacją w 1993, a nawet była republika sowiecka – Estonia. Polsce udało się nieznacznie (tylko o jedno miejsce) wyprzedzić inną b. część ZSRS – Litwę.

W roku 2010 plasująca się na odległym miejscu na liście rankingowej, przedstawiającej PKB nominalne per capita (w cenach bieżących) Polska miała wynik aż ponad 12 razy gorszy niż lider tabeli, zaś w 2018 roku (czyli 8 lat później) sytuacja nie uległa znaczącej poprawie – Polska zajmując dopiero 62. miejsce, miała PKB per capita 11 razy gorszy niż lider tego rankingu. Nasz kraj wyprzedziły m.in. Słowenia, Czechy, Estonia, Słowacja, Litwa, Łotwa, Węgry. Polski PKB per capita był nieco większy tylko od chorwackiego, rumuńskiego i bułgarskiego.

W 2017 roku z kolei w rankingu biorącym pod uwagę wskaźnik wolności gospodarczej Polska znalazła się dopiero na 45. miejscu na świecie. Na najnowszej liście rankingowej Trading Economics, przedstawiającej wartość PKB per capita Polska uplasowała się dopiero na 46. miejscu. Najlepszy okazał się tu Luksemburg, Irlandia – 3, Singapur – 7, Nowa Zelandia – 24.  Wyprzedziły nas w tym rankingu: Słowenia, Czechy, Słowacja, Estonia, Litwa i Węgry. Za nami były tylko Łotwa, Chorwacja, Rumunia i Bułgaria.

Mimo, iż PRL była w roku 1950 prawdopodobnie nieco bogatsza od wyniszczonej wojną domową i działaniami antyfrankistowskiej partyzantki Hiszpanii, to teraz Polska ma ok. 2 razy mniejszą od niej produkcję na osobę. Choć PRL miała nieco większe tempo wzrostu gospodarczego niż Irlandia w latach 50-tych, a nawet 70-tych (!), teraz Zielona Wyspa może być dla nas niedoścignionym wzorem.

Polska wypada fatalnie na tle zarówno Europy Zachodniej jak i byłych państw komunistycznych także w rankingu Legatum Prosperity Index opartym na takich czynnikach, jak zamożność, wzrost gospodarczy, poziom edukacji, ochrona zdrowia, samopoczucie i jakość życia obywateli danego państwa. W roku 2020 nasz kraj na tej liście rankingowej znalazł się dopiero na 36. miejscu. Pierwsze miejsce zajęła tu Dania, drugie – Norwegia, trzecie – Szwajcaria, siódme – Nowa Zelandia, dwunaste – Irlandia, piętnaste – Singapur.

Polskę znowu wyprzedziły Estonia, Słowenia, Czechy, Łotwa, Litwa, Słowacja, zaś za nami uplasowały się Chorwacja, Węgry, Rumunia i Bułgaria. Co ciekawe i przygnębiające zarazem, Polska spadła na to samo miejsce, które zajmowała już 10 lat wcześniej w tym rankingu, co oznacza, że nasz stan zamożności i wygody życia nie uległ poprawie w porównaniu z innymi państwami w ciągu tej dekady.

Na liście obrazującej średnie miesięczne wynagrodzenie netto w 31 europejskich państwach (patrz tabela), Polska zajmuje 6. miejsce od końca ! Mniej zarabiają tylko obywatele Łotwy, Słowacji, Węgier, Rumunii i Bułgarii (Litwa wyprzedziła nas niedawno). Zauważyć trzeba, że zarówno Łotwa jak i Słowacja niewiele tracą do Polski. Jeśli nasz kraj będzie w dalszym ciągu rozwijał się gospodarczo w tak wolnym tempie, nie można wykluczyć, iż już niedługo także Rumuni i Bułgarzy będą zarabiać więcej niż obywatele naszego kraju.

Polacy zarabiają prawie 6 razy mniej niż mieszkańcy Liechtensteinu, ponad 3 razy mniej niż Irlandczycy, prawie 2 razy mniej niż Hiszpanie, ok. półtora raza mniej niż Estończycy czy Słoweńcy!

  Louis Dewis – Stary żebrak

___________________________________________________________________________

Przeciętne wynagrodzenie miesięczne netto w EURO  (2019/2020)

na podstawie Wikipedia – List of European countries by average wage

_____________________________________________________________________________

1.    Liechtenstein 4,887
2.      Szwajcaria 4,588
3.    Luksemburg 3,573
4.     Dania 3,562
5.     Islandia 3,221
6.     Norwegia 3,078
7.    Austria 2,885
8.    Irlandia 2,748
9.    Szwecja 2,741
10.   Finlandia 2,509
11.   Niemcy 2,456
12.   Francja 2,411
13.   Belgia 2,262
14.   Wielka Brytania 2,229
15.   Holandia 2,152
16.   Hiszpania 1,784
17.   Włochy 1,729
18.   Cypr 1,658
19.   Estonia 1,214
20.   Słowenia 1,175
21.   Grecja 1,116
22.   Czechy 1,084
23.   Portugalia 1,004
24.   Litwa 928
25.   Chorwacja 902
26.   Polska 860
27.   Łotwa 844
28.   Słowacja 836
29.   Węgry 755
30.   Rumunia 682
31.   Bułgaria 554

________________________________________

Polska nie ma szans na powtórzenie tego, co zrobiły np. Irlandia, Nowa Zelandia czy Singapur, gdyż patologiczny system selekcji sprawujących władzę w państwie (m.in. „najgłupsza na świecie ordynacja wyborcza” czy nieuczciwe konkursy) sprawia, iż decyzyjne stanowiska (od kierownika wiejskiego domu kultury po posłów i ministrów) obejmują zazwyczaj ludzie mało inteligentni, nieuczciwi i tchórzliwi. Od 1989 roku Polską rządzi grupa ok.300 osób, którzy od czasu do czasu zmieniają sztandary polityczne, pod którymi kandydują (Tusk, Pawlak, Kaczyński, Miller są obecni na scenie politycznej cały ten czas).

Skoro przez 30 lat ludzie ci nie byli w stanie stworzyć warunków podwyższenia standardu życia Polaków do poziomu państw Europy Zachodniej, nie będą w stanie tego zrobić także w przyszłości. Dlatego Polakom opłaca się dokonanie gruntownych zmian na polskiej scenie politycznej.

Nie będzie to oczywiście proste, gdyż tragicznie niski poziom nauczania (co potwierdzają np. odległe miejsca nawet najlepszych polskich uniwersytetów na listach rankingowych uczelni) oraz ogłupianie społeczeństwa przez kolejne ekipy rządzące (m.in. przy pomocy prymitywnych mass mediów oraz plebejskiej rozrywki w stylu disco polo) doprowadziły do tego, iż Polacy po roku 1989 dokonują co 4 lata tak fatalnych wyborów, iż niemożliwym jest szybki rozwój gospodarczy kraju. W 100-tysięcznym mieście wyborcy głosowali na jednego z kandydatów na prezydenta tegoż grodu tylko dlatego, iż „ładnie śpiewał godzinki”, w tarnowskim okręgu wyborczym do Sejmu wybrany został 23-letni magazynier spod Wieliczki, (mimo, że był „ukryty” w środku listy wyborczej i nie powiesił ani jednego swego plakatu), tylko dlatego, że nazywał się Ziobro (nawiasem mówiąc, nie był spokrewniony ze Zbigniewem Ziobro).

Jeśli Polacy chcą za 5-10 lat zarabiać tyle, co obywatele Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapuru, władzę w naszym kraju muszą przejąć zupełni inni ludzie, którzy będą w stanie przeprowadzić podobne reformy jak Irlandczycy, Nowozelandczycy czy Singapurczycy, o czym będzie mowa w dalszej części tego tekstu.

Na polskiej scenie potrzebna jest autentycznie nowa siła polityczna (nie w rodzaju Petru bis), spoza obecnego układu, która zmieni gruntowanie patologiczny system, sprawiający, że posłami, ministrami, prezesami spółek państwowych i samorządowych, ambasadorami, dyrektorami istotnych instytucji mianowani są wyłącznie ludzie związani z rządzącym w danej chwili ugrupowaniem (nowa nomenklatura), którzy otrzymane od kacyków partyjnych stanowiska traktują jako swego rodzaju zdobycz wojenną, a nie szansę na przeprowadzenie koniecznych reform.

Prowadzące od lat wojnę polsko-polską, wrogo nastawione do siebie plemiona polityczne nie mają żadnego pomysłu, by w ciągu kilku lub kilkunastu lat – podobnie jak to miało miejsce w przypadku Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapuru – zapewnić Polakom standard życia, jakim się cieszą obywatele wymienionych tu państw.

Nie musimy wymyślać prochu. Wystarczy dostosować do polskich warunków reformy niżej opisane, by powtórzyć sukces Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapuru.

 

Inteligentna niepodległość Irlandii źródłem jej sukcesu ekonomicznego

To, czego Polsce nie udało się osiągnąć w ciągu ostatnich 30 lat, zrobiła Irlandia w znacznie krótszym czasie, bo w ciągu ok. 10 lat. 

Spektakularny sukces gospodarczy Irlandii nie był wyłącznie wynikiem – jak próbują sugerować niektórzy – pomocy finansowej ze strony EWG (poprzedniczki UE), po roku 1973, lecz późniejszej, przemyślanej, irlandzkiej strategii przyśpieszonego rozwoju ekonomicznego.

Liczne podobieństwa historyczne Polski i Irlandii sprawiają, iż porównanie  skutków działań polityków tych państw ma szczególny sens. Polskę zniszczyły m.in. zabory, wojny, komunizm i emigracja wartościowej części społeczeństwa, Irlandię – wielki głód lat 1845 – 49 (gdy zmarło 20% Irlandczyków) skutkujący emigracją  2 milionów osób,  brytyjska okupacja do początku lat 20-tych ub. wieku,  zniewalająca zależność gospodarcza od Londynu (w praktyce do końca lat 70-tych). Jak słaba była pozycja Irlandii, pokazują dane z lat 1950-59, kiedy to średnie tempo wzrostu gospodarczego wynosiło w tym kraju tylko 1,8%, a w PRL-u – 2,6%, zaś latach 1970-79 – 3,2%, a w PRL-u – 3,4%. Czyli można powiedzieć, iż pozycja startowa Irlandii i Polski pod komuną była porównywalna. W ciągu ostatnich 40 lat Irlandia pozostawiła nas jednak daleko w tyle.

Gdy Irlandia wstępowała do EWG, była jednym z najbiedniejszych państw Wspólnoty. W pierwszej połowie lat 70-tych jej PKB na głowę mieszkańca wynosił zaledwie 60% średniego poziomu EWG. Dla porównania, po 25 latach przemian gospodarczych w Polsce i 11 latach członkostwa w Unii Europejskiej, w 2015 roku PKB per capita w parytecie siły nabywczej Polski wynosił zaledwie ok. 68% średniej UE, czyli mniej więcej tyle, co biednej Irlandii w chwili jej wstępowania do EWG.

Przez pierwsze 20 lat członkostwa w EWG Irlandia rozwijała się podobnie jak inne państwa Wspólnoty (np. w latach 1990-94 średnie tempo wzrostu wynosiło „tylko” 3,4%.).  Przyśpieszony wzrost gospodarczy Zielonej Wyspy nastąpił dopiero w połowie lat 90-tych i był wynikiem rozumnych rządów irlandzkich, a nie pomocy unijnej. W roku 1995 tempo wzrostu wynosiło już 10%, a w 2000 roku – 11,5%. W tym właśnie roku irlandzki PKB na głowę wynosił już 114% średniego poziomu unijnego, zaś w 2007 – aż 148% ! Dla porównania w przypadku Wielkiej Brytanii czy Niemiec było to tylko 116%. W roku 2015 wzrost PKB wyniósł w Irlandii prawie 26%, co było absolutnym rekordem wśród krajów Zachodu w 21. Wieku. Irlandzki PKB na głowę wzrósł aż do 178% średniej unijnej. W ostatnich latach średnia wzrostu gospodarczego Irlandii przekraczała dwu- trzykrotnie wskaźniki wzrostu gospodarczego krajów Unii Europejskiej.

Dlaczego Irlandia była w stanie odnieść tak wielki sukces gospodarczy w ciągu 5  (1995 – 2000) lub – jak niektórzy chcą – w ciągu 20 lat (1995 – 2015) ? Dlaczego nie dokonała tego Polska w ciągu 30 lat (1990 – 2020) czy Grecja, która otrzymała od Unii Europejskiej znaczną pomoc?

Jak już zauważyliśmy wcześniej, to nie wstąpienie Irlandii do EWG było przyczyną wyjścia tego kraju z ubóstwa, w jakim do dzisiaj tkwi Polska czy Grecja, lecz napływ inwestycji zagranicznych, których wartość była ponad 10 razy większa niż dotacje z Unii Europejskiej (!), stabilizacja finansów publicznych (w 2018 roku deficyt sektora rządowego i samorządowego wyniósł 0% PKB, a dług publiczny zmniejszył się z 104% w roku 2014 do ok. 60% w roku 2018), rozsądna polityka fiskalna, redukcja wydatków i stopy fiskalizmu,  (CIT 12,5% był przez wiele lat najniższym w Europie Zachodniej), deregulacja, prywatyzacja, zmiany regulacyjne w gospodarce (ulgi inwestycyjne) skutkujące wyjątkową wolnością (w 2012 gospodarka Irlandii miała najlepszy wskaźnik wolności w Unii Europejskiej i była w pierwszej dziesiątce na świecie, dla porównania – Polska w 2017 uplasowała się dopiero na 45. miejscu) oraz gwałtownym wzrostem eksportu, innowacyjność gospodarcza (z poziomem wydatków na badania i rozwój ponad 1,2% PKB), uczynienie z przemysłu elektronicznego i informatycznego najważniejszych gałęzi gospodarki, znaczna poprawa systemu edukacji.  Mówi się, że Irlandczycy wykorzystali w sposób niezwykle inteligentny niepodległość polityczną i ekonomiczną, jaką uzyskali na początku lat 20 i w latach 70-tych 20. wieku.

Jeśli weźmiemy pod uwagę HDI, czyli wskaźnik rozwoju społecznego, to np. w roku 2016 Irlandia znalazła się na 8. miejscu na świecie. Wyprzedził ją nieznacznie m.in. Singapur, a tuż za nią znalazła się Nowa Zelandia. Polska, o czym była już mowa wcześniej, zajęła dopiero 35. miejsce. Nasz kraj wyprzedziły m.in. Słowenia, Czechy, Estonia.

Jeszcze w 1980 roku Irlandia zajmowała 33. miejsce na świecie pod względem wielkości PKB per capita, który był ponad 8 razy mniejszy niż ówczesnego lidera na tej liście rankingowej, tj. Monako. 10 lat później dystans się zmniejszył i irlandzki PKB per capita był już tylko 6 razy mniejszy niż Monako. W roku 2000 Irlandia była już na 17. miejscu, a jej PKB per capita był już tylko 3 razy mniejszy od prowadzącego w dalszym ciągu Monako (dla porównania polski PKB per capita był wówczas 18 razy mniejszy niż Monako). W roku 2018 Irlandia znowu awansowała, tym razem na 6. miejsce, wyprzedzając m.in. USA. Polska na tej liście rankingowej (PKB nominalne per capita w cenach bieżących) znalazła się dopiero na 62. miejscu.

W rankingu Legatum Prosperity Index (z 2020 roku), uwzględniającym zamożność, wzrost  gospodarczy, edukację, ochronę zdrowia, samopoczucie i jakość życia w różnych państwach, Irlandia zajęła 12. miejsce na świecie (Norwegia – 1, Szwajcaria – 2, Nowa Zelandia – 7, Singapur 15). Polska znalazła się dopiero na 36. miejscu.

Świetnie wypadła Irlandia także w rankingu Trading Economics (grudzień 2019). Pod względem wielkości PKB per capita zajęła 3. miejsce na świecie. Wyprzedziły ją tylko Luksemburg i Norwegia. Irlandia okazała się lepsza m.in. od Szwajcarii (4. miejsce), Singapuru (7.) czy Nowej Zelandii (24.). Polska zajęłą dopiero 46 miejsce, a jej PKB per capita był wówczas mniejszy ponad 6 razy mniejszy od lidera listy rankingowej.

W ciągu 30 lat Polsce nie udało się nawet trochę zbliżyć do sukcesu, jaki osiągnęła w ciągu 5-20 lat Irlandia (czy Singapur lub Nowa Zelandia).

 

Jak Nowa Zelandia powróciła do klubu najzamożniejszych na świecie?

Mało kto pamięta, iż w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku standard życia w Nowej Zelandii  był wyższy zarówno od tego w Australii jak i Europie Zachodniej. W roku 1960 PKB per capita Nowej Zelandii plasowało ten kraj na drugim miejscu na świecie (za USA).  Później było coraz gorzej. W 1970 roku Nowa Zelandia znalazła się dopiero na 23 miejscu, a w 1980 – na 32. Rządząca tym krajem od 1949 do 1984 roku – teoretycznie konserwatywna – Partia Narodowa doprowadziła Nową Zelandię swą socjalistyczną polityką ekonomiczną do katastrofy. Wzrost gospodarczy nieznacznie tylko przekraczał 0 lub był ujemny zaś dwucyfrowa inflacja (w 1982 roku – ponad 16%), astronomiczny dług publiczny, wysokie bezrobocie oraz ucieczka ludzi z kraju oznaczały na początku lat 80-tych, iż bez gruntownych reform systemu Nowej Zelandii grozi bankructwo.

Paradoksalnie reformy te  – typowe dla ugrupowań konserwatywnych –  rozpoczęła w 1984 roku lewicowa Partia Pracy. Co ciekawe, reformy znalazły poparcie politycznych adwersarzy –  Partii Narodowej. To tak, jakby nagle z PO zaczęło współpracować PiS. To, co niemożliwe w Polsce, okazało się nie tylko realne, ale zbawienne dla gospodarki Nowej Zelandii po 1984 roku.

Strategię ekonomiczną, która nie tylko uratowała Nową Zelandię, ale wprowadziła ją ponownie do czołówki wszelkich ekonomicznych list rankingowych, opisał znakomicie  Bill Frezza w swej książce „Jak uchronić demokrację przed… demokratycznie wybranymi politykami – czyli nowozelandzkie reformy antyetatystyczne”.

Po roku 1984 w Nowej Zelandii wprowadzono różne elementy systemu zarządzania zorientowanego na rezultat, zrezygnowano z dożywotniego zatrudniania urzędników służby cywilnej na rzecz indywidualnych umów o pracę i awansów zależnych od osiągnięć zawodowych, a nie od stażu pracy, podatek dochodowy wypierany był przez zrównoważoną kombinację podatków konsumpcyjnych, zaczęto prowadzić uczciwą politykę informacyjną – zwłaszcza dotyczącą sytuacji ekonomicznej. Scenę polityczną charakteryzować zaczęła uczciwość, transparentność, odpowiedzialność, skuteczność, gospodarność, rozwaga, elastyczność, wolność, dobre przywództwo i odwaga. Nowa Zelandia zaczęła odbijać się od dna.

W latach 1986 – 1989 parlament nowozelandzki przyjął kilka istotnych ustaw, dzięki którym Nowa Zelandia wydostała się z socjalistycznego chaosu gospodarczego i rozpoczęła marsz ku ponownemu dobrobytowi. Były to ustawa o spółkach skarbu państwa, o finansach publicznych i o Banku Rezerw.

Skomercjalizowano spółki skarbu państwa (np. państwowe linie lotnicze, spółkę kolejową, kanał telewizyjny, pocztę, przedsiębiorstwa energetyczne, banki, firmy ubezpieczeniowe, firmy przewozowe). Wprowadzono konkurencyjność, gdyż dotychczas wiele sfer było zmonopolizowane przez państwowe giganty, część spółek całkowicie sprywatyzowano. Wspomniany wyżej Bill Frezza tak opisuje reformy w Nowej Zelandii: „Nadrzędnym celem była opłacalność. Każde przedsiębiorstwo zamiast służyć za bazę nieporadnych synekur, które drenowały budżet kraju, świadcząc usługi na miernym poziomie, miało stanąć  na własnych nogach, bez potrzeby ciągłych dopłat i subsydiów”.

Co ciekawe, także Partia Narodowa po wygranych wyborach w 1990 roku kontynuowała reformy Partii Pracy, redukując wydatki rządowe, uwalniając gospodarkę od wpływu rządu, likwidując obowiązkowe członkostwo pracowników w związkach zawodowych. Frezza zauważa: „Państwo miało być rządzone jak dobrze prosperujący biznes, a nie jak publiczna drukarka pieniędzy”.

Uchwalona w 1994 roku Ustawa o odpowiedzialności fiskalnej zakładała m.in., że całkowite wydatki operacyjne w każdym roku finansowym nie mogły przekraczać całkowitych dochodów operacyjnych w tym samym roku finansowym, zaś poziom i stabilność stawek podatkowych w kolejnych latach powinny być utrzymane „zgodnie z rozsądną zasadą przewidywalności”.

Na rezultaty tych reform nie trzeba było długo czekać. Już w 1994 roku Nowa Zelandia miała największy współczynnik wzrostu zatrudnienia wśród wszystkich państw OECD.

Reformy w Nowej Zelandii, początkowo bolesne, pokazują, iż opłaca się przekonać społeczeństwo do „ponoszenia krótkoterminowych ofiar w drodze do dalekosiężnych celów”. W rankingu Wskaźnika Dobrobytu Legatum (gdzie uwzględnia się wskaźniki gospodarcze, sytuację polityczną, edukację, ochronę zdrowia, bezpieczeństwo, wolność osobistą i kapitał społeczny) w 2014 roku Nowa Zelandia zajęła  3. miejsce, wyprzedzając USA. Świetnie wypadła też we Wskaźniku Rządów Prawa, Globalnym Raporcie Konkurencyjności Światowego Forum Ekonomicznego. W rankingu wskaźnika wolności gospodarczej z 2014 roku Nowa Zelandia zajęła 5. miejsce na świecie – za Honkongiem, Singapurem, Australią i Szwajcarią.

Przykład Nowej Zelandii pokazuje, iż w ciągu zaledwie 10 lat (1984 – 1994) rządzący roztropnie tym krajem – podobnie jak kierujący sprawami Irlandii – wprowadzili wcześniej zrujnowane państwo do czołówki ekonomicznej świata.

To niestety nie udaje się grupie zmieniających się u steru Polski 300 osób, które nieprzerwanie sprawują władzę w naszym kraju po 1989 roku, utrzymując go od 30 lat w pozycji pariasa Europy.

Singapur – także wolnorynkowa autokracja przynosi efekty gospodarcze

Singapur, fot. Wikipedia

Miasto – państwo Singapur uzyskało niepodległość dopiero w roku 1965. Do tego czasu Singapur był eksploatowany jako typowa kolonia brytyjska. Początek niepodległości nie zapowiadał więc późniejszego spektakularnego sukcesu gospodarczego tego państwa. Nikt raczej nie przypuszczał w latach 60-tych, że wkrótce mieszkańcy Singapuru cieszyć się będą najwyższym poziomem życia w Azji (obok mieszkańców Japonii i Brunei).

Mimo, że Singapur trudno nazwać demokracją (od początku jego istnienia rządzi nim ta sama partia) postawiono na hiper wolny rynek. Pewne znaczenie dla ekonomicznego rozwoju Singapuru ma fakt, iż pierwszy (długoletni premier) był absolwentem Harvardu.

Dzięki niskim podatkom dla firm w Singapurze działa ponad 3000 zagranicznych przedsiębiorstw, co jest jedną z przyczyn sukcesu gospodarczego Singapuru, podobnie jak wspieranie przez państwo rozwoju przemysłu wysokich technologii.

Już w latach 70-tych i 80-tych  kraj rozwijał się na poziomie 8-9%, w 1993 roku Singapur osiągnął wzrost gospodarczy 10%, zaś w 2010 – 17,9%. Na początku lat 60. PKB na osobę wynosił ok. 600 dolarów, zaś w 2013 – już ponad 61 tys. dolarów.  Inflacja wynosi przeważnie ok. 1%, zaś bezrobocie ok. 3%.

W roku 1970 pod względem wielkości PKB per capita Singapur zajmował dopiero 40. miejsce na świecie, a jego PKB per capita był ponad 13 razy mniejszy niż ówczesnego lidera – Monako, zaś w roku 2018  Singapur był już 9-ty, a jego PKB per capita – tylko ok. 2 razy mniejszy niż lidera tabeli.

Na liście rankingowej HDI (wskaźnik rozwoju społecznego)  w 2016 roku Singapur znalazł się na 6. miejscu na świecie (m.in. przed Irlandią i Nową Zelandią). W rankingu Legatum Prosperity Index (z 2020 roku) Singapur zajął 15. miejsce na świecie (tutaj wyprzedziły go m.in. Nowa Zelandia i Irlandia).

Dzisiaj Singapur jest czwartym finansowym centrum świata po Londynie, Nowym Jorku i Tokio.  Działa tutaj 170 banków.  Port w Singapurze jest drugim co do wielkości portem na świecie (większy znajduje się w holenderskim Rotterdamie). Tu wytwarza się rocznie połowę światowej produkcji dysków twardych.. W 2018 Singapur był piątym najczęściej odwiedzanym miastem świata.

Już w ciągu pierwszych 20 – 30 lat po odzyskaniu niepodległości, uboga b. kolonia brytyjska stała się jednym z „azjatyckich tygrysów gospodarczych” dzięki swej wolnorynkowej strategii ekonomicznej.

Polacy mogą jedynie pomarzyć o takim tempie rozwoju gospodarczego po 30 latach funkcjonowania quasi wolnego rynku i quasi demokracji w naszym kraju.

Marek Ciesielczyk

O autorze:

doktor politologii Uniwersytetu w Monachium, profesor University of  Illinois w Chicago, pracownik naukowy Forschungsinstitut fur sojetisze Gegewart w Bonn, Fellow w European University Institute we Florencji

tel. 601 255 849

dr.ciesielczyk@gmail.com

 

 

Polska

Polska – ocena sytuacji

Subiektywna ocena bieżącej sytuacji politycznej i społecznej po ostatnich decyzjach Rządu i PiS.

Wieszczenie upadku PiS i Rządu w ciągu najbliższych miesięcy stało się narodowym sportem Polaków. Dlaczego takie opinie i podawanie podstaw do tak postawionych tez? Czy rzeczywiście są do tego podstawy?

Większość moich znajomych z działalności politycznej i społecznej jest zdania, że najpóźniej jesienią 2021 roku będą przyspieszone wybory parlamentarne w Polsce. Gotowi są przyjmować zakłady, że tak się stanie.  Że Polsce grozi katastrofa w sferze gospodarczej, społecznej i politycznej.

Czy tak jest na pewno?

Bazując na bardzo ograniczonym dostępie do informacji oraz wyciągając wnioski na ich podstawie stwierdzę, że tak nie jest i nie będzie.

Moja szczątkowa wiedza z zakresu zarządzania oraz relacji społecznych, socjologicznego podejścia do społeczeństw mówią mi co innego.

Mając w pamięci stwierdzenie Premiera, że działania przeciw pandemii przygotowały, badały cztery różne zespoły, że PiS jako formacja pierwsza korzysta na taką skalę z dostępu do badań, wykorzystuje badania do planowanych działań twierdzę, że jest w końcowej fazie opracowania strategii wygrania wyborów w 2023 roku.

Widząc ostatnie decyzje, obserwując efekty pracy rządzących widzę jasno postawiony sobie cel. Ścieranie się różnych poglądów, różnych środowisk, różnych odłamów „Zjednoczonej Prawicy” oceniam, że bardzo szybko się uczą i podejmują coraz bardziej trafne działania mające przynieść korzyść tej formacji.

Czy możliwy jest inny scenariusz?

Jeżeli obecna opozycja pozostanie tak „skuteczna” w swoich działaniach jak przez ostatnie pięć lat to nie ma innego scenariusza.

Jedynym alternatywnym scenariuszem jest taki, że pojawi się nowy lider, nowa formacja polityczna i posługując się każdą dostępną formą działalności politycznej, społecznej zmieni polską scenę polityczną.

Czy działania „zjednoczonej prawicy” przyniosą korzyść Polakom, czy też Polsce?

Przykład 1.

Strajki. Czy temat rozwiązany przez „Prezesa wszystkich Prezesów” p. Jarosława Kaczyńskiego?

W mojej ocenie tak. Zapanowali nad sytuacją. Są w stanie podać, że „Szef” nie boi się strajkujących i przebywa w mieszkaniu w Warszawie a nawet zapala świeczkę w oknie. A gdzie „diabłu ogarek”.

Tak opracowali strategię wytłumiania działań strajkowych. Zaproponowana i realizowana strategia siłowa przynosi efekty. Jej kulminacyjnym momentem jest lockdawn w okresie 27 grudnia do 17 stycznia 2021 roku.

Proszę zauważyć jak został potraktowany Kościół?

Wszyscy obywatele nic nie znaczą w tej chwili. Kościół jako propagator obecnej władzy otrzymuje konfitury w postaci wiernych na mszach w okresie świątecznym. Jest to nadmiernie uprzywilejowana grupa społeczna ale niezbędna tej ekipie do utrzymania władzy po 2023 roku.

Obywatele będą mieli znaczenie w chwili wyborów i otrzymają zachętę do głosowania na PiS.

Teraz na trzy lata przed wyborami można wszystko.

Omijać prawo, tworzyć prawo nie zachowując standardów i procedur itp.

Nikt nas nie rozliczy, nikt nie podejmie nawet jakiejkolwiek próby egzekwowania prawa wobec obecnie stanowiących prawo i wykonujących władzę wykonawczą w Polsce.

Dla mnie przykładem tego jest zachowanie całości opozycji w Sejmie i Senacie.

Wzajemne świadczenie przysług. Minister (nie) Sprawiedliwości i śmieszna próba postawienia go przed Trybunałem Stanu za czasów Platformy Obywatelskiej, kiedy jedną z nieobecnych na decydującym głosowaniu była ówczesna Premier.

Czy jest możliwe pociągnięcie do odpowiedzialności za świadome łamanie prawa przez rządzących?

Tylko wtedy, gdy nastąpi całkowita wymiana elit rządzących Polską. Gdy dojdą do władzy osoby nie powiązane z obecną polityką. Kilka grup pracuje nad tym by takie osoby miały wpływ na bieżącą sytuację w Polsce.

Z poważaniem

Jan Szymański

Wice Przewodniczący Zarządu Antypartii

Przewodniczący Rady Koordynacyjnej Stowarzyszenia Oburzeni

www.antypartia.org

Na polskiej scenie politycznej jest miejsce na nowe antysystemowe ugrupowanie

Szaleństwem jest robić wciąż to samo

i oczekiwać innych rezultatów.

Albert Einstein

Od ćwierć wieku pozaparlamentarne grupy, które nazwiemy tu umownie „antysystemowymi”, podejmują te same w gruncie rzeczy działania i dziwią się, iż nie prowadzą one skutecznie do celu – to jest – istotnych, pozytywnych zmian zainfekowanego wirusem głupoty, nieuczciwości i tchórzostwa systemu politycznego, który sprawia, iż tak naprawdę Polacy pozbawieni są wielu praw, z których korzystają obywatele innych, w pełni demokratycznych państw.

Od ćwierć wieku to samo: zjednoczenie tak, ale pod naszym sztandarem…

Już 4 lata po wprowadzeniu w Polsce quasi-demokracji, jesienią 1994 roku prawicowe środowiska pozaparlamentarne podjęły nieudaną próbę zjednoczenia, która przeszła do historii jako Konwent św. Katarzyny. Jednym z jej inicjatorów był ksiądz Józef Maj. Dodać w tym miejscu należy, iż dokładnie 20 lat później z inicjatywy stowarzyszenia OBURZENI – także u księdza Maja – doszło do kilku spotkań, które miały podobny cel jak Konwent św. Katarzyny. Oczywiście i tym razem cała operacja zakończyła się niepowodzeniem.

Rok 2014, Warszawa, kolejna próba zjednoczenia ugrupowań pozaparlamentarnych, od lewej Marek Ciesielczyk, Jak Sposób, śp. Antoni Gut, ksiądz Józef Maj, fot. arch. własne

W 2015 roku PodziemnaTV Konrada Daniela, stowarzyszenie Oburzeni i ugrupowanie Jedność Narodu zorganizowały debatę antysystemowych kandydatów na prezydenta Polski, która miała być kolejną próbą zjednoczenia pozaparlamentarnych środowisk, patrz: https://www.youtube.com/watch?v=m1AmAXnP_5A

Jej wynik był oczywiście do przewidzenia, podobnie jak wielu innych, wcześniejszych prób tego typu. Każdy dostrzegał – jak zwykle – potrzebę zjednoczenia, ale gdy przyszło do konkretów, każdy proponował zjednoczenie pod swoim sztandarem, uważając się za wodza numer jeden. Oczywiście pozostali to odrzucali i pozostawało po staremu – wszystkie te ugrupowania tradycyjnie przegrywały z kretesem.

W ciągu ostatnich 25 lat pointa, sformułowana ponad 500 lat temu przez Jana Kochanowskiego, zawsze jest ta sama: „Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”.

Czego uczą przypadki AWS, Zjednoczonej Prawicy i Konfederacji?

Leszek Kołakowski przypomniał swego czasu, iż rzeczy, które wydają się oczywiste, nie są takimi wcale dla większości i że prawdę oraz znaczenie tych oczywistości trzeba ciągle przypominać. Wszyscy niby wiedzą, że Wielka Brytania to wyspa, ale tylko nieliczni zdają sobie sprawę z tego historycznych konsekwencji. Spora liczba ludzi wie, że Karol Marks był filozofem niemieckim, ale tylko mała garstka jest świadoma znaczenia tego faktu dla filozofii idola komunistów.  

Wszyscy powinni wiedzieć, że 2+2=4 i że 2<4, ale gdy przychodzi czas podejmowania decyzji,  prawie zawsze okazuje się, iż oceniający krytycznie to, co stało się w Polsce po roku 1989, uważają jednak, iż 2=4 i nie mają zamiaru łączyć sił, by dokonać zmian zainstalowanego w wyniku tzw. „Okrągłego Stołu” i przyjęcia Konstytucji  w 1997 roku systemu politycznego, zwanego teraz czasem „demokracją bezobjawową”.

Podobno wyjątki potwierdzają regułę. Takimi są przypadki AWS, Zjednoczonej Prawicy czy Konfederacji. Gdy w 1996 nielewicowe bardziej lub mniej kanapowe ugrupowania zjednoczyły się, w następnym roku – jako Akcja Wyborcza Solidarność (AWS) wygrały wybory z lewicą. Samodzielnie PiS nie wygrałoby wyborów, gdyby nie zjednoczenie z ugrupowaniami Ziobry i Gowina w formie Zjednoczonej Prawicy. Ruch Narodowy czy ugrupowania Korwina-Mikke lub Brauna nigdy nie weszłyby do Sejmu, gdyby nie zjednoczenie w Konfederacji.

Irracjonalne zachowanie pozaparlamentarnych środowisk

DEMOKRACJA BEZPOŚREDNIA

Jednym z ugrupowań, które przez kilka ostatnich lat dążyło do zmiany systemu politycznego w Polsce,  jest partia o nazwie Demokracja Bezpośrednia, która powstała w 2012 roku. Jej założycielem był Adam Kotucha. Demokracja Bezpośrednia nie chciała nigdy być tradycyjną partią polityczną, deklarowała, że jest „organizacją spoza układu”.

Startując w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku zdołała się zarejestrować tylko w 6 z 13 okręgów wyborczych i otrzymała w sumie zaledwie ok. 16 tysięcy głosów, tj. 0,23%. W tym samym roku w wyborach samorządowych zarejestrowała listy w 51 z 85 okręgów wyborczych do  sejmików wojewódzkich i  otrzymała zaledwie 0,81% głosów w skali kraju. Rok później w wyborach prezydenckich kandydat Demokracji Bezpośredniej (ówczesny rzecznik tej partii Paweł Tanajno)  zajął ostatnie, 11. miejsce, uzyskując zaledwie 0,2% głosów. W roku 2018 ten sam Tanajno startując na prezydenta Warszawy zdobył  tylko 0,4% głosów.

 Zbigniew Kawalec – lider Demokracji Bezpośredniej, fot. FB

Na początku 2020 roku przewodniczącym Demokracji Bezpośredniej został Zbigniew Paweł Kawalec, przedsiębiorca warszawski. Uczestniczył w kolejnej próbie zjednoczeniowej ugrupowań antysystemowych w Gdańsku-Jelitkowie w lipcu 2020 roku, (patrz: https://www.kuprawdzie.pl/antypartia-deklaracja-ideowa-nowej-partii/ ) poszedł jednak swoją drogą. Na swym profilu na Facebook pisze: „Zbieram ludzi. Tworzymy think-tank, fundację, wydawnictwo, portal i partię polityczną. Zapraszam do współpracy”. Kawalec uważa, iż nie można skutecznie budować nowego ugrupowania od podstaw, bez zaangażowania znanej twarzy i w związku z tym szuka takiego rozpoznawalnego lidera swej formacji.

Czy obecny szef Demokracji Bezpośredniej ma rację? I tak, i nie. Przykłady szybko formujących się i osiągających względne sukcesy wyborcze ugrupowań Kukiza, Palikota, Petru pokazują, iż wokół znanej osoby szybko gromadzą się jej wyznawcy i są w stanie osiągnąć wynik ok.10%. Kawalec nie bierze jednak pod uwagę krótkiego terminu ważności tego typu tworów. Tak jak z powodu rozpoznawalności lidera nowy ruch tworzy się stosunkowo szybko, tak samo szybko z powodu błędów tegoż lidera rozpada się. W wyborach prezydenckich Kukiz cieszył się poparciem ponad 20% wyborców, teraz jest bankrutem politycznym, podobnie jak w/w Palikot czy Petru. Zapewne taki sam los czeka Hołownię.

Dlatego wiara lidera Demokracji Bezpośredniej w skuteczność przyjętej przez niego metody tworzenia nowej formacji politycznej może prowadzić do wielkiego rozczarowania.

BEZPARTYJNI SAMORZĄDOWCY

W roku 2014 powstał lokalny komitet Bezpartyjni Samorządowcy, który wprowadził do Sejmiku Dolnośląskiego 4 osoby (m.in. Pawła Kukiza i Roberta Raczyńskiego, obecnego prezydenta Lubina). Bezpartyjni rozstali się z ruchem Pawła Kukiza w 2015 roku i wystartowali samodzielnie w wyborach parlamentarnych, rejestrując swe listy początkowo tylko w 10 okręgach wyborczych i zdobywając ostatecznie tylko 0,1% głosów.

Mimo, że wybory samorządowe w 2018 przyniosły Bezpartyjnym Samorządowcom względny sukces (w wyborach do sejmików przekroczyli w skali kraju 5%), już w następnym roku nie byli w stanie się porozumieć i tylko ich część zaangażowała się w popieranie Polski Fair Play Roberta Gwiazdowskiego w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Raczyński odciął się od tej inicjatywy. Gwiazdowskiemu udało się zarejestrować listy tylko w  6 z 13 okręgów wyborczych, a Polska Fair Play uzyskała zaledwie ok. 74 tysiące głosów, tj. 0,5%.

W tym samym roku grupa Raczyńskiego (jako Bezpartyjni i Samorządowcy) wzięła udział w wyborach parlamentarnych, rejestrując listy w 19 z 41 okręgów wyborczych i uzyskując tylko 0,78% głosów. Tak słaby wynik był rezultatem m.in. niezdecydowania w sprawie ewentualnych koalicjantów. Jednego dnia media informowały, iż Bezpartyjni pójdą do wyborów z Kukizem, drugiego, że z PSL, a trzeciego zaś , iż samodzielnie. Wywoływało to dezorientację i zniechęcenie lokalnych działaczy Bezpartyjnych. Przyczyną klęski był także brak porozumienia z Bezpartyjnymi w Polsce północno-zachodniej (z Raczyńskim nie poszli Bezpartyjni z Wielkopolski, Zachodniopomorskiego i Lubuskiego). Ponownie brak porozumienia był przyczyną porażki.

 Robert Raczyński – szef jednej z frakcji Bezpartyjnych, fot.Twitter

We wrześniu 2020 w Tarnowie Podgórnym k. Poznania powstała Ogólnopolska Federacja Bezpartyjnych i Samorządowców. Jednak już kilka dni później media doniosły, iż Bezpartyjni z  Wielkopolski (pod wodzą wójta Tarnowa Podgórnego Tadeusza Czajki), z Zachodniopomorskiego i Lubuskiego jednak nie zdecydowali się przystąpić do tej Federacji ze względu na konflikt z prezydentem Lubina, Robertem Raczyńskim, patrz: https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,26330651,nie-chcemy-na-czele-koalicjanta-pis-u-rozlam-w-ruchu-bezpartyjni.html

Tadeusz Czajka – wójt gminy Tarnowo Podgórne – lider wielkopolskich  Bezpartyjnych, fot.FB

Trzeba dodać, iż być może dojdzie do rejestracji partii, która ma się nazywać … Bezpartyjni, w co zaangażowani są warszawscy działacze antysystemowi – Piotr Bakun (który był czynny w  partii Wolni i Solidarni śp. Kornela Morawieckiego) i Wojciech Papis (b. działacz stowarzyszenia Oburzeni)?

SKUTECZNI

Ugrupowanie Skuteczni Piotra Liroya-Marca funkcjonuje od 2017 (gdy Liroy pożegnał się z klubem poselskim Kukiza) – najpierw jako stowarzyszenie, a od 2019 jako partia.

Piotr Liroy-Marzec – lider Skutecznych, fot.Wikipedia

W tym też roku Liroy opuścił szeregi Konfederacji (wraz z Markiem Jakubiakiem), a jego partia Skuteczni wystartowała samodzielnie w wyborach parlamentarnych, rejestrując swe listy tylko w 5 z 41 okręgów wyborczych. Partia Liroya uzyskała w tych wyborach zaledwie ok. 19 tysięcy głosów, tj. 0,1% w skali kraju. 

KONGRES NOWEJ PRAWICY & CO.

Na początku 2017 funkcję prezesa Kongresu Nowej Prawicy objął Stanisław Żółtek b. wiceprezydent Krakowa i eurodeputowany, zaś dwa lata później założył nową partię PolEXIT, przerejestrowaną kilka miesięcy później na Zgodę, (w której miał uczestniczyć lider Agrounii Michał Kołodziejczak). Żółtek zasiadał również w 2019 w zarządzie partii Odpowiedzialność (stworzonej przez ludzi związanych wcześniej z Korwinem-Mikke).

Stanisław Żółtek – lider m.in. KNP

W 2019 partia Żółtka PolEXIT otrzymała w wyborach do Parlamentu Europejskiego zaledwie niecałe 8 tysięcy głosów, tj. 0,06% w skali kraju. Po nieudanych pertraktacjach z Michałem Kołodziejczakiem, Żółtek wraz Prawicą Rzeczypospolitej Marka Jurka zdołał zarejestrować w wyborach do Sejmu w 2019 listy tylko w 4 okręgach wyborczych. Projekt polityczny Żółtka poparło zaledwie niecałe 2 tysiące wyborców, tj.0,01% w skali kraju. W wyborach prezydenckich w 2020 Stanisław Żółtek otrzymał ok. 45 tysięcy głosów, tj. 0,23% w skali kraju.

Wspomnieć w tym miejscu wypada o trzech innych ugrupowaniach, które mają swe korzenie w partiach tworzonych przez Janusza Korwina Mikke – Wolni Obywatele – Stefana Oleszczuka – b. burmistrza Kamienia Pomorskiego i starosty kamieńskiego i w/w Odpowiedzialność – partia, która ma swą centralę w Rzeszowie i której liderem jest teraz  przedsiębiorca Łukasz Belter (w wyborach na prezydenta Rzeszowa w 2018 roku uzyskał  niecały 1 tysiąc głosów, tj. ok. 1%), a także partia Normalny Kraj, której prezesem jest Wiesław Lewicki (ze Śląska), współprowadzący w przeszłości kampanię wyborczą KNP do Parlamentu Europejskiego. Grupy te nie wykazują jednak aktywności w ostatnim okresie.

AGROUNIA

Michał Kołodziejczak, lider Agrounii, w roku 2014 został wybrany radnym gminy Błaszki (powiat sieradzki) z listy PiS. Rok później został jednak wykluczony tej z partii. Znaną postacią stał się już w 2018 roku, gdy zaczął organizować rolnicze protesty.

Michał Kołodziejczak – lider Agrounii, fot..FB

W lecie 2019, niezależnie od Agrounii, zaczął organizować partię „Prawda”. Szybko zrezygnował z tego projektu, by tworzyć partię o nazwie „Zgoda”. Gdy doszło do konfliktu ze Stanisławem Żółtkiem, Kołodziejczak wycofał się także i z tego projektu.

W maju 2020 planował założyć nową partię z Pawłem Tanajno, lecz do dziś nic z tego projektu nie wyszło. Kołodziejczak skupił się ponownie na organizacji protestów rolników.

Warto tu też wspomnieć o Marcinie Bustowskim z Jeleniej Góry, który koncentruje się na organizowaniu protestów przeciw stosowaniu glifosatu w środkach ochrony roślin. Od wielu miesięcy zapowiada stworzenie nowego ugrupowania.

STRAJK PRZEDSIĘBIORCÓW

Dzisiejszy lider Strajku Przedsiębiorców, Paweł Tanajno  najpierw należał do Platformy Obywatelskiej. W 2002 roku przegrał wybory do rady dzielnicy Mokotów, później związał się z Palikotem. W  2012 wstąpił do partii Demokracja Bezpośrednia. W 2015 jako kandydat Demokracji Bezpośredniej w wyborach prezydenckich uzyskał niecałą 1/3 głosów tych, którzy udzielili mu wcześniej poparcia swymi podpisami – tj. ok. 0,2% w skali kraju. W wyborach na prezydenta Warszawy głosowało na niego tylko 0,4% wyborców. Nie został także wybrany radnym miejskim w Warszawie.

Paweł Tanajno – organizator strajku przedsiębiorców, fot. Wikipedia

W  2020 ponownie został kandydatem na prezydenta Polski i otrzymał niecałe 30 tysięcy głosów, tj. ok. 0,1% w skali kraju. W czasie kampanii wyborczej organizował protesty przedsiębiorców. Mimo zapowiedzi nie stworzył wspólnej partii z Michałem Kołodziejczakiem. Latem 2020 Tanajno ogłosił, że partia Strajk Przedsiębiorców rejestruje się, ale on sam nie będzie jej członkiem.

1POLSKA

Twórca PodziemnejTV, Konrad Daniel z Gdańska w motto strony stworzonego przez siebie ugrupowania napisał: Czas zjednoczyć dobrych ludzi wobec patologii obecnego systemu!” W praktyce jednak ugrupowanie to akceptowało dziwnych osobników, których Daniel oskarżał później (w pod koniec sierpnia 2019 roku) o agenturalność i celowe zniszczenie ugrupowania 1Polska, patrz: https://www.youtube.com/watch?v=TypSgGdYhCI

Konrad Daniel – b. lider Jednej Polski, fot. FB

Choć wówczas mówił, iż mimo rozwiązania jego komitetu wyborczego, nie wolno się poddawać, odwrócił się od ludzi, którzy mu zaufali i do dziś jest niedostępny nawet telefonicznie, sprawiając wrażenie obrażonego na cały świat.

Sam projekt Daniela, choć uczciwy, był w swej istocie naiwny i słabo przygotowany organizacyjnie. Ci, którzy byli decydentami w 1Polsce, nie wykazywali chęci współpracy z innymi ugrupowaniami, choć Konrad Daniel wielokrotnie był zapraszany na rozmowy.

Działalność Konrada Daniela można by spuentować słowami Władimira Bukowskiego, który pisał, iż prawda jest zawsze naiwna i przekonana, że zwycięży tylko dlatego, iż jest prawdą, zaś kłamstwo jest wyrachowane i dobrze zorganizowane i dlatego najczęściej triumfuje. 

FEDERACJA DLA RZECZYPOSPOLITEJ

Po rozstaniu z Kukizem i Konfederacją, Marek Jakubiak postanowił działać na własną rękę, budując nową partię FdR. W 2018  jako kandydat Kukiz’15 w wyborach na prezydenta Warszawy uzyskał zaledwie 2,99% głosów. W wyborach parlamentarnych w 2019 roku, startując z pierwszego miejsca na liście Bezpartyjni i Samorządowcy, uzyskał zaś ok. 3,5 tys. głosów, zaś w wyborach prezydenckich w 2020 roku – głosowało na niego ok. 34 tysiące wyborców, tj.  0,17% w skali kraju. Te wyniki na pewno zmuszają do poszukiwania koalicjanta lub całkowitej zmiany formuły działania politycznego.

 

Marek Jakubiak – lider Federacji dla Rzeczypospolitej, fot. Wikipedia

 

OBURZENI

Stowarzyszenie Oburzeni, choć działało już wcześniej, zostało zarejestrowane w 2014 roku. Uaktywniło się zwłaszcza wówczas, gdy okazało się, iż Paweł Kukiz zdradził ideały, o których wcześniej mówił, a przemożny wpływ na ruch Kukiza uzyskał niejaki Dariusz Pitaś, patrz:  https://www.rp.pl/Rzecz-o-polityce/301269859-Dariusz-Pitas–wielka-kariera-u-boku-Pawla-Kukiza.html  .

Najpierw szefem stowarzyszenia był śp. Antoni Gut, a następnie Jan Szymański z Warszawy. Oburzeni chcą m.in. „zamienić ordynację proporcjonalną na większościową, wymiar niesprawiedliwości na rządy prawa, wprowadzić odpowiedzialność karno-finansową urzędników za ich błędy”. W ciągu ostatnich 5 lat swego funkcjonowania stowarzyszenie wielokrotnie zabiegało o zjednoczenie pozaparlamentarnych ugrupowań antysystemowych, patrz: https://www.youtube.com/watch?v=m1AmAXnP_5A

Oburzeni – jako jedna z nielicznych grup antysystemowych – zdając sobie sprawę ze słabości tego typu struktur pozaparlamentarnych, nie brało samodzielnie udziału w wyborach ogólnopolskich. Angażowało się czynnie tylko wtedy, gdy była szansa na sukces. Np. w 2014  roku stworzyło lokalną koalicję z Kongresem Nowej Prawicy w samorządowych wyborach w   małopolskim Tarnowie,  zaś wiceprzewodniczący stowarzyszenia Marek Ciesielczyk doprowadził w 2015 roku najpierw do sądowego unieważnienia wyborów do Rady Miejskiej w swym okręgu, a następnie w wyniku  powtórnych wyborów wszedł do Rady z drugim najlepszym rezultatem wyborczym w swym okręgu. Lista koalicyjna KNP-Oburzeni uzyskała 16% głosów, co było trzecim wynikiem po PiS i PO,  patrz: https://www.youtube.com/watch?v=jg-mFN4DUBU

 

 Jan Szymański – przewodniczący stowarzyszenia Oburzeni, fot. arch.

W lecie 2020 roku praktycznie wszyscy członkowie i sympatycy stowarzyszenia Oburzeni weszli w skład nowo powstałego ugrupowania Antypartia. Więcej informacji na: www.oburzeni.pl

 

NIEPOKONANI 2012

Stowarzyszenie Niepokonani działa od roku 2012. Skupia głównie poszkodowanych przez polski wymiar niesprawiedliwości przedsiębiorców. Początkowo bardzo aktywne, teraz jakby niewidoczne, wydaje się, iż straciło dawną energię. Jego prezesem jest przedsiębiorca z Wadowic – Jerzy Książek. Od lat członkowie stowarzyszeni wahają się, czy wziąć czynny udział w projekcie politycznym, który zakładałby udział w wyborach parlamentarnych.

 Jerzy Książek – prezes Niepokonanych 2012, fot. YT

 

AKCJA ZAWIEDZIONYCH EMERYTÓW RENCISTÓW

W 2018 roku 71-letni  wówczas Wojciech Kornowski (działający w latach 80-tych w organizacji Grunwald)  założył partię Akcja Zawiedzionych Emerytów Rencistów i został jej liderem, twierdząc rok później, że AZER wygra wybory parlamentarne, choć wcześniej zakładane przez Kornowskiego partie uzyskiwały wyniki znacznie poniżej 1% głosów. W 2019 AZER zarejestrował listy do Sejmu tylko w 3 spośród 41 okręgów wyborczych i uzyskał ok. 5 tysięcy głosów, tj. 0,03% w skali kraju.

Wojciech Kornowski – szef partii AZER, fot.kuprawdzie

  

JEDNOŚĆ NARODU

W roku 2015 b. działacze Ligi Polskich Rodzin założyli partię o nazwie Jedność Narodu, która sama określa się jako „ugrupowanie polityczne o charakterze narodowym”. Wydaje pismo „Polityka Polska”.  W wyborach samorządowych (do sejmików) w 2018 roku ugrupowanie uzyskało w skali kraju 0,18% głosów. Rok później startowało w wyborach do Parlamentu Europejskiego, rejestrując listę jedynie w części województwa mazowieckiego i uzyskując zaledwie ok. 2 tysiące głosów, tj. 0,02% w skali kraju. W 2020 Romuald Starosielec, lider Jedności Narodu,  chciał kandydować w wyborach prezydenckich, jednak nie był w stanie zebrać wymaganej liczby podpisów.

Romuald Starosielec – stoi na czele partii Jedność Narodu, fot. FB

W 2018 Starosielec, jako kandydat na radnego sejmiku województwa mazowieckiego, uzyskał zaledwie 267 głosów. Mimo to w dalszym ciągu chce realizować projekt pod nazwą Jedność Narodu samodzielnie, nie bacząc na nazwę swej partii i słowa Prymasa Wyszyńskiego: „Największą mądrością jest umieć jednoczyć, a nie dzielić”, których używa często jako motto swych działań politycznych.

OPÓR

Tej grupie liderują Piotr Zygarski, hotelarz z Zakopanego, organizator wielkiego protestu (m.in. hotelarzy) w Warszawie 13 grudnia 2020 roku oraz Włodzimierz Zydorczak, przedsiębiorca z Wielkopolski, który bezskutecznie ubiegał się już o mandat poselski w 2019 roku z listy PSL, uzyskując niecały tysiąc głosów. 

Piotr Zygarski – OPÓR, organizator protestu hotelarzy, fot. FB

 

WIR – CZYLI WETO, INICJATYWA, REFERENDUM

Trudno precyzyjnie zdefiniować ten projekt. Jest to bardziej przedsięwzięcie o charakterze edukacyjnym niż politycznym, choć wśród osób w niego zaangażowanych mogą być także i tacy, którzy będą chcieli tworzyć struktury mające na celu udział w wyborach parlamentarnych.

Marian Waszkielewicz – jeden z propagatorów WIR-u, fot FB

Generalnie środowisku temu chodzi o propagowanie zalet systemu, który funkcjonuje w Szwajcarii, gdzie istotnym elementem demokracji bezpośredniej jest możliwość negowania już istniejących ustaw przez obywateli (weto), podejmowanie akcji zmierzających do efektywnego proponowania przyjęcia nowych ustaw (inicjatywa) czy też podejmowania decyzji w drodze wiążącego dla systemu referendum. Oczywiście z edukacyjnego punktu widzenia jest to niezwykle cenna inicjatywa, zaś budowa sprawnych struktur organizacji politycznej jest w tym przypadku raczej tylko teorią.

Jednym z motorów tego projektu jest mieszkający na stałe w USA (w Bostonie) Szymon Tolak (z wykształcenia filozof), „struktury” na Facebooku próbuje budować czynny kiedyś w Demokracji Bezpośredniej Marian Waszkielewicz z Zabrza. Kibicują im Janusz Zagórski z Dolnego Śląska, który prowadzi Niezależnątelewizję.pl oraz  Jan Kubań – prezes PAFERE –  Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju oraz Jerzy Zięba – propagator medycyny niekonwencjonalnej.

 

LIGA OBRONY SUWERENNOŚCI

Partia ta powstała w 2002 roku w Gdańsku z inicjatywy Wojciecha Podjackiego. LOS utworzyli działacze wcześniejszego Polskiego Frontu Narodowego. Partia wydaje pismo społeczno-polityczne „Polski Szaniec” oraz Biuletyn Informacyjny „Patriota”. Posiada także  własny, internetowy kanał telewizyjny TV LOS.

Start w wyborach samorządowych w Gdańsku w 2002 roku zakończył się całkowitą porażką. LOS wzięła udział w wyborach parlamentarnych w 2005 w ramach Komitetu Wyborczego Ruch Patriotyczny, który uzyskał 1,05% głosów. Wojciech Podjacki chciał w 2020 roku kandydować na prezydenta Polski, jednak LOS nie zebrała wymaganej ilości podpisów.

 

Wojciech Podjacki – szef Ligi Obrony Suwerenności, fot.LOS

 

ZJEDNOCZENIE POLSKIE I ZJEDNOCZENI DLA POLSKI

Dysydent z PSL, Eugeniusz Kopciński z Radomia postanowił zbudować jeszcze jedno ugrupowanie pozaparlamentarne – Zjednoczenie Polskie. Pomaga mu w tym m.in. Maciej Dzik, który obecnie mieszka w Wielkiej Brytanii. Głównym celem tej organizacji w budowie jest „obrona tożsamości narodowej”.

Eugeniusz Kopciński – chce zbudować Zjednoczenie Polskie, fot. FB

Innym tego typu powstającym ugrupowaniem jest „Zjednoczeni dla Polski”, które stara się tworzyć (głównie na Facebooku)  szachista – Bogdan Morkisz, b. pełnomocnik „Skutecznych”   w okręgach Katowice – Gliwice.

Bogdan Morkisz – twórca „Zjednoczeni dla Polski”, fot. FB

W roku 2002 Morkisz kandydował (z listy SLD) do Rady Miejskiej w Mysłowicach i otrzymał 12 głosów, co oczywiście nie pozwala kwestionować jego dobrych intencji, lecz jedynie zdolności organizacyjne. Twórca „Zjednoczeni dla Polski” jest niezwykle aktywny w Internecie, prezentując filmowe nagrania swych wystąpień. Tu także nie można odmówić mu nie tylko dobrych intencji, ale i racji, lecz na pewno można kwestionować jego medialność, by użyć eufemizmu.

Czy możliwe jest zjednoczenie tych ugrupowań lub przynajmniej jakieś porozumienie?

Przedstawione tu pozaparlamentarne ugrupowania antysystemowe albo nie były w stanie zebrać wymaganej ilości podpisów, by brać udział w wyborach ogólnopolskich, albo – jeśli już im się to udawało, osiągały wyniki między 0,01%  i 0,81%. Podejmowanie od wielu już lat przez ich liderów – skazanych z góry na klęskę – prób wejścia do parlamentu jest na pewno mniej rozsądne niż ustawiczne przegrywanie oszczędności przez hazardzistę w kasynie. Hazardzista może ewentualnie liczyć na szczęście. Nie może być do końca pewny, czy wygra, czy też przegra. Liderzy ugrupowań, zwanych często złośliwie kanapowymi, po wielu latach doświadczeń powinni mieć pewność, iż poniosą po raz kolejny porażkę, jeśli nie zmienią metod działania. W tym miejscu dochodzimy do słów Einsteina, spełniających rolę motta niniejszego tekstu: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów”.

Powstałe latem tego roku nowe ugrupowanie – ANTYPARTIA (patrz: www.antypartia.org) zaproponowało liderom wymienionych tu grup pozaparlamentarnych spotkanie na początku roku 2021 w Zakopanem, na którym dokonano by wspólnie analizy możliwości i form  współpracy oraz wystawienia wspólnej listy wyborczej za trzy lata.

Oczywiście zjednoczenie tych ugrupowań nie daje pewności, iż taka wspólna lista osiągnie wynik lepszy niż 5 czy też 3 procent, lecz daje gwarancję, że na pewno zostaną zebrane wymagane do startu podpisy nie w 21, lecz 41 okręgach wyborczych, a wynik może  pozytywnie zaskoczyć twórców takiej koalicji. Trzeba bowiem mieć na uwadze, iż ostatnie sondaże z jednej strony wykazują znaczny spadek poparcia dla PiS, z drugiej wcale nie wskazują na to, by PO miała powrócić do władzy. Ugrupowanie Hołowni zatrzymało się zaś, gdy znaczna część wyborców zorientowała się, iż jest on rodzajem Petru bis.

Notowania Konfederacji w ostatnim czasie gwałtownie spadają – poniżej 5, a nawet 3%, patrz:

https://www.salon24.pl/u/m-ciesielczyk/1090124,dlaczego-spada-poparcie-dla-konfederacji

oraz

https://www.rp.pl/Polityka/311159983-Sondaz-PiS-umacnia-sie-na-prowadzeniu.html

zaś 20% wyborców nie wie, na kogo będzie głosować. Oznacza to, iż nowe, atrakcyjne programowo i właściwie „opakowane” ugrupowanie może w dość istotny sposób zmienić polską scenę polityczną w ciągu najbliższych 3 lat.

Jeśli tego nie wykorzystają w rozsądny sposób antysystemowe grupy pozaparlamentarne, Jan Kochanowski może mieć satysfakcję z powodu swych profetycznych zdolności.

Marek Ciesielczyk

Autor tekstu jest doktorem politologii Uniwersytetu w Monachium, profesorem University of Illinois w Chicago, pracownikiem naukowym Forschungsinstitut fur sowjetische Gegewart w Bonn, Fellow w European University Institut we Florencji.

tel. 601 255 849,  dr.ciesielczyk@gmail.com

14 grudnia 2020

Jak „cyrk polityczny” występujący pod nazwą „Sejm RP” przekształcić w prawdziwy parlament? Recepta ANTYPARTII

 

Sejm RP od 30 lat nie spełnia swej roli, a zachowanie wielu posłów nadaje mu charakter „cyrku politycznego”. Dlatego nowe ugrupowanie – ANTYPARTIA – www.antypartia.org   – postuluje:

  1. zmianę obecnej – wg prof. Zbigniewa Brzezińskiego – „najgłupszej na świecie” ordynacji wyborczej na większościową,
  2. dwukrotne obniżenie wynagrodzenia posłów – do poziomu średniej krajowej, tj. ok. 5 tys. zł miesięcznie,
  3. wprowadzenie możliwości odwoływania posła w czasie kadencji w drodze referendum,
  4. ograniczenie liczby kadencji poselskich do dwóch,
  5. likwidację immunitetu poselskiego,
  6. wprowadzenie bezprogowego i obligatoryjnego referendum ogólnopolskiego i lokalnego.

Patrz film:  https://youtu.be/9yTHnGPN9h8

„Kaczynizacja” prawa

„Kaczynizacja” prawa

Dobra Zmiana a praktyki zarządzania

Czy można przyjąć inne rozwiązania istniejących problemów przez rządzących Polską?

Znamy już podjęte działania Rządu RP pod przewodnictwem p. Mateusza Morawieckiego z „Jaśnie Wielmożnym Panem” Jarosławem Kaczyńskim na pokładzie. Kierunek „pełny lockdawn” drugi raz w ciągu 0.5 roku kalendarzowego w Polsce.

Czy można inaczej?

Posiadając tylko wiedzę z informacji ogólnodostępnych, można posiadając wiedzę z zakresu kierowania ludźmi podejmować różne decyzje. Obecna władza z nadania PiS, Porozumienia, Solidarnej Polski (kolejność nie przypadkowa) podjęła i zakomunikowała społeczeństwu swoje decyzje. Od końcówki września kolejne decyzje zwiększające restrykcje i obostrzenia dla mieszkańców Polski.

Istotnym elementem jest sposób ich wprowadzania w życie i sposób komunikowania ich treści. Kilka godzin przed początkiem obowiązywania restrykcji. W terminie, gdy przedsiębiorcy dokonują zakupów przed weekendem na najlepszy okres biznesowy w okresie tygodnia, roku (restauracje, hotele, biznes związany z 1.11.2020 r.), zamykają im biznes narażając na podwyższenie strat.

Techniki zarządzania zmianą w organizacji uczą by do nich przygotować ludzi. W skali państwa jest to samo do zastosowania. Obecna władza nie korzysta z tej możliwości. Inne państwa europejskie korzystają z tej techniki.

Jak mogłoby to wyglądać w Polsce. Moja subiektywna propozycja na podstawie już zaistniałych sytuacji jak również projekcji przyszłych zdarzeń publikowanych przez polskich analityków.

Wszyscy potwierdzali, że będzie co najmniej druga fala pandemii (plandemi) COV.

Działania to zmniejszenie ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa po 1 września 2020 roku. Oświata: wyposażenie szkół i nauczycieli w dobre narzędzia nauczania zdalnego. Ustalenie precyzyjne progów kroków restrykcyjnych wobec: dzieci, rodziców nauczycieli, lekarzy, społeczeństwa po 1 września 2020 roku. Harmonogram działań. Wybranie modelu według którego postępuje Rząd w tym temacie, jego przedstawienie poprzez dostępne media.

Precyzyjna informacja społeczeństwa o zakresie przyjętego harmonogramu oraz zapoznanie go z zachowaniami ludzi, niezbędnymi do osiągnięcia zminimalizowania skutków epidemii.

Rząd musi również brać pod uwagę awantury  i problemy, które sam spowodował lub sprowokował. Przykładem są „Piątka dla zwierząt” może „Piątka Kaczyńskiego”, aborcja i wyrok Trybunału Konstytucyjnego wydany pod egidą Pani Juli Przyłębskiej.

Konfliktowanie społeczeństwa jest „wodą na młyn” obu formacjom: PiS i PO. Pozostają obie, jako bezkonkurencyjne, bezalternatywne na polskiej scenie politycznej.

PiS od początku „plandemii” zajęty był sobą. Początek to Wybory prezydenckie, drugi okres do końca września to wewnętrzna walka o przywództwo w „Zjednoczonej Prawicy”.

Wytworzone, powstałe, zaplanowane problemy przekroczyły tzw. punkt krytyczny w planowaniu procesów, punkt końcowej decyzji. Ich nagromadzenie powoduje działanie w stresie całej ekipy służącej podejmowaniu decyzji przez Rząd.

Według słów przedstawicieli tej ekipy co najmniej cztery zespoły pracowały nad scenariuszami rozwoju „plandemii”. Opierając się na wariantach przez nich opracowanych p. Morawiecki podejmował decyzje.

Można było inaczej!

W ostatnim okresie podałbym, że po dniu 8 listopada 2020 roku uczniowie szkół podstawowych, przedszkolaki i dzieci żłobkowe wracają do normalnej pracy. Warunkiem brzegowym łącznym jest np. 32 tys. zachorowań, 400 zgonów na dobę  w dniu 05.11.2020 r.. Nie zamykanie siłowni, salonów fryzjerskich, barów, hoteli i restauracji.

Data 29  listopada i wyniki poniżej podanych powyżej liczb dziennie powinny pozwolić na zniesienie kolejnych obostrzeń dla osób wieku do 60 roku życia.

W międzyczasie reagowanie sytuacyjne na tygodniowe trendy w skali zachorowań i zgonów z powodu COVID.

Pamiętając przy tym, że grupą ryzyka są osoby powyżej 60/70 roku życia i z chorobami współistniejącymi dostosować obostrzenia do tych informacji.

Cały harmonogram działań dostosować do daty 20 grudnia 2020 roku celem jak największego zniesienia restrykcji. Utracone Święta Wielkanocne, Bożego Ciała, Wszystkich Świętych to za dużo jak dla nas wierzących.

Jakie inne działania do wdrożenia na już w celu uspokojenia „tragicznych nastrojów” pojedynczych Polaków. Zmniejszenie do minimum zakresu niepewności. Zaproponowanie konstruktywnych rozwiązań nabrzmiałych problemów. Zwierzęta i aborcja.

Wykorzystajmy instytucję Referendum ogólnopolskiego dla rozstrzygnięć tych dwóch kwestii. Można je podać jako dwa pytania referendalne.

W sformułowanie treści pytań zaangażujmy jak najszersze grona społeczne. Dajmy im czas na precyzyjne sformułowania, pozwalające na nie budzące wątpliwości rozstrzygnięcia społeczne na następne wiele lat. Nie pozwólmy na powrót do tych tematów następnym ekipom rządzących.

Pojmowanie i stosowanie prawa.

Jedno pojęcie funkcjonujące w Polsce w latach 90-tych tzw. „falandyzacja prawa”. Drugie według mojego określenia „kaczynizacja prawa”.

Krótko, według wielu moich rozmówców, Pan prof. Lech Falandysz stworzył nowe pojęcie stosowania prawa. Kojarzące się z działaniem na granicy prawa, tuż poza jego krawędzią (ale nie pozwalającą na wniesienie oskarżeń o faktyczne łamania prawa), kojarzące się z lekkością, wiedzą i finezją.

Według mojej subiektywnej oceny „kaczynizacja prawa” to pokaz siły w najczystszej postaci. Jeżeli prawo jest nie po mojej myśli to zmieniam prawo (mam mandat ludu, w postaci wyniku wyborów powszechnych, 37% wyborców za mną). Łamię przyjęte zasady normalności w ocenie „przeciętnego Kowalskiego”. Nikt nie ma siły by podważyć moje postępowanie.

Co dalej w Polsce?

Rozpatruję, jak również omawiamy w gronie różnych środowisk, kilka możliwych scenariuszy.

Co niektóre przedstawię w kolejnych artykułach.

Z poważaniem

Jan Szymański Przewodniczący Rady Koordynacyjnej Stowarzyszenia Oburzeni