Archiwa tagu: Liga Obrony Suwerenności

Na polskiej scenie politycznej jest miejsce na nowe antysystemowe ugrupowanie

Szaleństwem jest robić wciąż to samo

i oczekiwać innych rezultatów.

Albert Einstein

Od ćwierć wieku pozaparlamentarne grupy, które nazwiemy tu umownie „antysystemowymi”, podejmują te same w gruncie rzeczy działania i dziwią się, iż nie prowadzą one skutecznie do celu – to jest – istotnych, pozytywnych zmian zainfekowanego wirusem głupoty, nieuczciwości i tchórzostwa systemu politycznego, który sprawia, iż tak naprawdę Polacy pozbawieni są wielu praw, z których korzystają obywatele innych, w pełni demokratycznych państw.

Od ćwierć wieku to samo: zjednoczenie tak, ale pod naszym sztandarem…

Już 4 lata po wprowadzeniu w Polsce quasi-demokracji, jesienią 1994 roku prawicowe środowiska pozaparlamentarne podjęły nieudaną próbę zjednoczenia, która przeszła do historii jako Konwent św. Katarzyny. Jednym z jej inicjatorów był ksiądz Józef Maj. Dodać w tym miejscu należy, iż dokładnie 20 lat później z inicjatywy stowarzyszenia OBURZENI – także u księdza Maja – doszło do kilku spotkań, które miały podobny cel jak Konwent św. Katarzyny. Oczywiście i tym razem cała operacja zakończyła się niepowodzeniem.

Rok 2014, Warszawa, kolejna próba zjednoczenia ugrupowań pozaparlamentarnych, od lewej Marek Ciesielczyk, Jak Sposób, śp. Antoni Gut, ksiądz Józef Maj, fot. arch. własne

W 2015 roku PodziemnaTV Konrada Daniela, stowarzyszenie Oburzeni i ugrupowanie Jedność Narodu zorganizowały debatę antysystemowych kandydatów na prezydenta Polski, która miała być kolejną próbą zjednoczenia pozaparlamentarnych środowisk, patrz: https://www.youtube.com/watch?v=m1AmAXnP_5A

Jej wynik był oczywiście do przewidzenia, podobnie jak wielu innych, wcześniejszych prób tego typu. Każdy dostrzegał – jak zwykle – potrzebę zjednoczenia, ale gdy przyszło do konkretów, każdy proponował zjednoczenie pod swoim sztandarem, uważając się za wodza numer jeden. Oczywiście pozostali to odrzucali i pozostawało po staremu – wszystkie te ugrupowania tradycyjnie przegrywały z kretesem.

W ciągu ostatnich 25 lat pointa, sformułowana ponad 500 lat temu przez Jana Kochanowskiego, zawsze jest ta sama: „Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”.

Czego uczą przypadki AWS, Zjednoczonej Prawicy i Konfederacji?

Leszek Kołakowski przypomniał swego czasu, iż rzeczy, które wydają się oczywiste, nie są takimi wcale dla większości i że prawdę oraz znaczenie tych oczywistości trzeba ciągle przypominać. Wszyscy niby wiedzą, że Wielka Brytania to wyspa, ale tylko nieliczni zdają sobie sprawę z tego historycznych konsekwencji. Spora liczba ludzi wie, że Karol Marks był filozofem niemieckim, ale tylko mała garstka jest świadoma znaczenia tego faktu dla filozofii idola komunistów.  

Wszyscy powinni wiedzieć, że 2+2=4 i że 2<4, ale gdy przychodzi czas podejmowania decyzji,  prawie zawsze okazuje się, iż oceniający krytycznie to, co stało się w Polsce po roku 1989, uważają jednak, iż 2=4 i nie mają zamiaru łączyć sił, by dokonać zmian zainstalowanego w wyniku tzw. „Okrągłego Stołu” i przyjęcia Konstytucji  w 1997 roku systemu politycznego, zwanego teraz czasem „demokracją bezobjawową”.

Podobno wyjątki potwierdzają regułę. Takimi są przypadki AWS, Zjednoczonej Prawicy czy Konfederacji. Gdy w 1996 nielewicowe bardziej lub mniej kanapowe ugrupowania zjednoczyły się, w następnym roku – jako Akcja Wyborcza Solidarność (AWS) wygrały wybory z lewicą. Samodzielnie PiS nie wygrałoby wyborów, gdyby nie zjednoczenie z ugrupowaniami Ziobry i Gowina w formie Zjednoczonej Prawicy. Ruch Narodowy czy ugrupowania Korwina-Mikke lub Brauna nigdy nie weszłyby do Sejmu, gdyby nie zjednoczenie w Konfederacji.

Irracjonalne zachowanie pozaparlamentarnych środowisk

DEMOKRACJA BEZPOŚREDNIA

Jednym z ugrupowań, które przez kilka ostatnich lat dążyło do zmiany systemu politycznego w Polsce,  jest partia o nazwie Demokracja Bezpośrednia, która powstała w 2012 roku. Jej założycielem był Adam Kotucha. Demokracja Bezpośrednia nie chciała nigdy być tradycyjną partią polityczną, deklarowała, że jest „organizacją spoza układu”.

Startując w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku zdołała się zarejestrować tylko w 6 z 13 okręgów wyborczych i otrzymała w sumie zaledwie ok. 16 tysięcy głosów, tj. 0,23%. W tym samym roku w wyborach samorządowych zarejestrowała listy w 51 z 85 okręgów wyborczych do  sejmików wojewódzkich i  otrzymała zaledwie 0,81% głosów w skali kraju. Rok później w wyborach prezydenckich kandydat Demokracji Bezpośredniej (ówczesny rzecznik tej partii Paweł Tanajno)  zajął ostatnie, 11. miejsce, uzyskując zaledwie 0,2% głosów. W roku 2018 ten sam Tanajno startując na prezydenta Warszawy zdobył  tylko 0,4% głosów.

 Zbigniew Kawalec – lider Demokracji Bezpośredniej, fot. FB

Na początku 2020 roku przewodniczącym Demokracji Bezpośredniej został Zbigniew Paweł Kawalec, przedsiębiorca warszawski. Uczestniczył w kolejnej próbie zjednoczeniowej ugrupowań antysystemowych w Gdańsku-Jelitkowie w lipcu 2020 roku, (patrz: https://www.kuprawdzie.pl/antypartia-deklaracja-ideowa-nowej-partii/ ) poszedł jednak swoją drogą. Na swym profilu na Facebook pisze: „Zbieram ludzi. Tworzymy think-tank, fundację, wydawnictwo, portal i partię polityczną. Zapraszam do współpracy”. Kawalec uważa, iż nie można skutecznie budować nowego ugrupowania od podstaw, bez zaangażowania znanej twarzy i w związku z tym szuka takiego rozpoznawalnego lidera swej formacji.

Czy obecny szef Demokracji Bezpośredniej ma rację? I tak, i nie. Przykłady szybko formujących się i osiągających względne sukcesy wyborcze ugrupowań Kukiza, Palikota, Petru pokazują, iż wokół znanej osoby szybko gromadzą się jej wyznawcy i są w stanie osiągnąć wynik ok.10%. Kawalec nie bierze jednak pod uwagę krótkiego terminu ważności tego typu tworów. Tak jak z powodu rozpoznawalności lidera nowy ruch tworzy się stosunkowo szybko, tak samo szybko z powodu błędów tegoż lidera rozpada się. W wyborach prezydenckich Kukiz cieszył się poparciem ponad 20% wyborców, teraz jest bankrutem politycznym, podobnie jak w/w Palikot czy Petru. Zapewne taki sam los czeka Hołownię.

Dlatego wiara lidera Demokracji Bezpośredniej w skuteczność przyjętej przez niego metody tworzenia nowej formacji politycznej może prowadzić do wielkiego rozczarowania.

BEZPARTYJNI SAMORZĄDOWCY

W roku 2014 powstał lokalny komitet Bezpartyjni Samorządowcy, który wprowadził do Sejmiku Dolnośląskiego 4 osoby (m.in. Pawła Kukiza i Roberta Raczyńskiego, obecnego prezydenta Lubina). Bezpartyjni rozstali się z ruchem Pawła Kukiza w 2015 roku i wystartowali samodzielnie w wyborach parlamentarnych, rejestrując swe listy początkowo tylko w 10 okręgach wyborczych i zdobywając ostatecznie tylko 0,1% głosów.

Mimo, że wybory samorządowe w 2018 przyniosły Bezpartyjnym Samorządowcom względny sukces (w wyborach do sejmików przekroczyli w skali kraju 5%), już w następnym roku nie byli w stanie się porozumieć i tylko ich część zaangażowała się w popieranie Polski Fair Play Roberta Gwiazdowskiego w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Raczyński odciął się od tej inicjatywy. Gwiazdowskiemu udało się zarejestrować listy tylko w  6 z 13 okręgów wyborczych, a Polska Fair Play uzyskała zaledwie ok. 74 tysiące głosów, tj. 0,5%.

W tym samym roku grupa Raczyńskiego (jako Bezpartyjni i Samorządowcy) wzięła udział w wyborach parlamentarnych, rejestrując listy w 19 z 41 okręgów wyborczych i uzyskując tylko 0,78% głosów. Tak słaby wynik był rezultatem m.in. niezdecydowania w sprawie ewentualnych koalicjantów. Jednego dnia media informowały, iż Bezpartyjni pójdą do wyborów z Kukizem, drugiego, że z PSL, a trzeciego zaś , iż samodzielnie. Wywoływało to dezorientację i zniechęcenie lokalnych działaczy Bezpartyjnych. Przyczyną klęski był także brak porozumienia z Bezpartyjnymi w Polsce północno-zachodniej (z Raczyńskim nie poszli Bezpartyjni z Wielkopolski, Zachodniopomorskiego i Lubuskiego). Ponownie brak porozumienia był przyczyną porażki.

 Robert Raczyński – szef jednej z frakcji Bezpartyjnych, fot.Twitter

We wrześniu 2020 w Tarnowie Podgórnym k. Poznania powstała Ogólnopolska Federacja Bezpartyjnych i Samorządowców. Jednak już kilka dni później media doniosły, iż Bezpartyjni z  Wielkopolski (pod wodzą wójta Tarnowa Podgórnego Tadeusza Czajki), z Zachodniopomorskiego i Lubuskiego jednak nie zdecydowali się przystąpić do tej Federacji ze względu na konflikt z prezydentem Lubina, Robertem Raczyńskim, patrz: https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,26330651,nie-chcemy-na-czele-koalicjanta-pis-u-rozlam-w-ruchu-bezpartyjni.html

Tadeusz Czajka – wójt gminy Tarnowo Podgórne – lider wielkopolskich  Bezpartyjnych, fot.FB

Trzeba dodać, iż być może dojdzie do rejestracji partii, która ma się nazywać … Bezpartyjni, w co zaangażowani są warszawscy działacze antysystemowi – Piotr Bakun (który był czynny w  partii Wolni i Solidarni śp. Kornela Morawieckiego) i Wojciech Papis (b. działacz stowarzyszenia Oburzeni)?

SKUTECZNI

Ugrupowanie Skuteczni Piotra Liroya-Marca funkcjonuje od 2017 (gdy Liroy pożegnał się z klubem poselskim Kukiza) – najpierw jako stowarzyszenie, a od 2019 jako partia.

Piotr Liroy-Marzec – lider Skutecznych, fot.Wikipedia

W tym też roku Liroy opuścił szeregi Konfederacji (wraz z Markiem Jakubiakiem), a jego partia Skuteczni wystartowała samodzielnie w wyborach parlamentarnych, rejestrując swe listy tylko w 5 z 41 okręgów wyborczych. Partia Liroya uzyskała w tych wyborach zaledwie ok. 19 tysięcy głosów, tj. 0,1% w skali kraju. 

KONGRES NOWEJ PRAWICY & CO.

Na początku 2017 funkcję prezesa Kongresu Nowej Prawicy objął Stanisław Żółtek b. wiceprezydent Krakowa i eurodeputowany, zaś dwa lata później założył nową partię PolEXIT, przerejestrowaną kilka miesięcy później na Zgodę, (w której miał uczestniczyć lider Agrounii Michał Kołodziejczak). Żółtek zasiadał również w 2019 w zarządzie partii Odpowiedzialność (stworzonej przez ludzi związanych wcześniej z Korwinem-Mikke).

Stanisław Żółtek – lider m.in. KNP

W 2019 partia Żółtka PolEXIT otrzymała w wyborach do Parlamentu Europejskiego zaledwie niecałe 8 tysięcy głosów, tj. 0,06% w skali kraju. Po nieudanych pertraktacjach z Michałem Kołodziejczakiem, Żółtek wraz Prawicą Rzeczypospolitej Marka Jurka zdołał zarejestrować w wyborach do Sejmu w 2019 listy tylko w 4 okręgach wyborczych. Projekt polityczny Żółtka poparło zaledwie niecałe 2 tysiące wyborców, tj.0,01% w skali kraju. W wyborach prezydenckich w 2020 Stanisław Żółtek otrzymał ok. 45 tysięcy głosów, tj. 0,23% w skali kraju.

Wspomnieć w tym miejscu wypada o trzech innych ugrupowaniach, które mają swe korzenie w partiach tworzonych przez Janusza Korwina Mikke – Wolni Obywatele – Stefana Oleszczuka – b. burmistrza Kamienia Pomorskiego i starosty kamieńskiego i w/w Odpowiedzialność – partia, która ma swą centralę w Rzeszowie i której liderem jest teraz  przedsiębiorca Łukasz Belter (w wyborach na prezydenta Rzeszowa w 2018 roku uzyskał  niecały 1 tysiąc głosów, tj. ok. 1%), a także partia Normalny Kraj, której prezesem jest Wiesław Lewicki (ze Śląska), współprowadzący w przeszłości kampanię wyborczą KNP do Parlamentu Europejskiego. Grupy te nie wykazują jednak aktywności w ostatnim okresie.

AGROUNIA

Michał Kołodziejczak, lider Agrounii, w roku 2014 został wybrany radnym gminy Błaszki (powiat sieradzki) z listy PiS. Rok później został jednak wykluczony tej z partii. Znaną postacią stał się już w 2018 roku, gdy zaczął organizować rolnicze protesty.

Michał Kołodziejczak – lider Agrounii, fot..FB

W lecie 2019, niezależnie od Agrounii, zaczął organizować partię „Prawda”. Szybko zrezygnował z tego projektu, by tworzyć partię o nazwie „Zgoda”. Gdy doszło do konfliktu ze Stanisławem Żółtkiem, Kołodziejczak wycofał się także i z tego projektu.

W maju 2020 planował założyć nową partię z Pawłem Tanajno, lecz do dziś nic z tego projektu nie wyszło. Kołodziejczak skupił się ponownie na organizacji protestów rolników.

Warto tu też wspomnieć o Marcinie Bustowskim z Jeleniej Góry, który koncentruje się na organizowaniu protestów przeciw stosowaniu glifosatu w środkach ochrony roślin. Od wielu miesięcy zapowiada stworzenie nowego ugrupowania.

STRAJK PRZEDSIĘBIORCÓW

Dzisiejszy lider Strajku Przedsiębiorców, Paweł Tanajno  najpierw należał do Platformy Obywatelskiej. W 2002 roku przegrał wybory do rady dzielnicy Mokotów, później związał się z Palikotem. W  2012 wstąpił do partii Demokracja Bezpośrednia. W 2015 jako kandydat Demokracji Bezpośredniej w wyborach prezydenckich uzyskał niecałą 1/3 głosów tych, którzy udzielili mu wcześniej poparcia swymi podpisami – tj. ok. 0,2% w skali kraju. W wyborach na prezydenta Warszawy głosowało na niego tylko 0,4% wyborców. Nie został także wybrany radnym miejskim w Warszawie.

Paweł Tanajno – organizator strajku przedsiębiorców, fot. Wikipedia

W  2020 ponownie został kandydatem na prezydenta Polski i otrzymał niecałe 30 tysięcy głosów, tj. ok. 0,1% w skali kraju. W czasie kampanii wyborczej organizował protesty przedsiębiorców. Mimo zapowiedzi nie stworzył wspólnej partii z Michałem Kołodziejczakiem. Latem 2020 Tanajno ogłosił, że partia Strajk Przedsiębiorców rejestruje się, ale on sam nie będzie jej członkiem.

1POLSKA

Twórca PodziemnejTV, Konrad Daniel z Gdańska w motto strony stworzonego przez siebie ugrupowania napisał: Czas zjednoczyć dobrych ludzi wobec patologii obecnego systemu!” W praktyce jednak ugrupowanie to akceptowało dziwnych osobników, których Daniel oskarżał później (w pod koniec sierpnia 2019 roku) o agenturalność i celowe zniszczenie ugrupowania 1Polska, patrz: https://www.youtube.com/watch?v=TypSgGdYhCI

Konrad Daniel – b. lider Jednej Polski, fot. FB

Choć wówczas mówił, iż mimo rozwiązania jego komitetu wyborczego, nie wolno się poddawać, odwrócił się od ludzi, którzy mu zaufali i do dziś jest niedostępny nawet telefonicznie, sprawiając wrażenie obrażonego na cały świat.

Sam projekt Daniela, choć uczciwy, był w swej istocie naiwny i słabo przygotowany organizacyjnie. Ci, którzy byli decydentami w 1Polsce, nie wykazywali chęci współpracy z innymi ugrupowaniami, choć Konrad Daniel wielokrotnie był zapraszany na rozmowy.

Działalność Konrada Daniela można by spuentować słowami Władimira Bukowskiego, który pisał, iż prawda jest zawsze naiwna i przekonana, że zwycięży tylko dlatego, iż jest prawdą, zaś kłamstwo jest wyrachowane i dobrze zorganizowane i dlatego najczęściej triumfuje. 

FEDERACJA DLA RZECZYPOSPOLITEJ

Po rozstaniu z Kukizem i Konfederacją, Marek Jakubiak postanowił działać na własną rękę, budując nową partię FdR. W 2018  jako kandydat Kukiz’15 w wyborach na prezydenta Warszawy uzyskał zaledwie 2,99% głosów. W wyborach parlamentarnych w 2019 roku, startując z pierwszego miejsca na liście Bezpartyjni i Samorządowcy, uzyskał zaś ok. 3,5 tys. głosów, zaś w wyborach prezydenckich w 2020 roku – głosowało na niego ok. 34 tysiące wyborców, tj.  0,17% w skali kraju. Te wyniki na pewno zmuszają do poszukiwania koalicjanta lub całkowitej zmiany formuły działania politycznego.

 

Marek Jakubiak – lider Federacji dla Rzeczypospolitej, fot. Wikipedia

 

OBURZENI

Stowarzyszenie Oburzeni, choć działało już wcześniej, zostało zarejestrowane w 2014 roku. Uaktywniło się zwłaszcza wówczas, gdy okazało się, iż Paweł Kukiz zdradził ideały, o których wcześniej mówił, a przemożny wpływ na ruch Kukiza uzyskał niejaki Dariusz Pitaś, patrz:  https://www.rp.pl/Rzecz-o-polityce/301269859-Dariusz-Pitas–wielka-kariera-u-boku-Pawla-Kukiza.html  .

Najpierw szefem stowarzyszenia był śp. Antoni Gut, a następnie Jan Szymański z Warszawy. Oburzeni chcą m.in. „zamienić ordynację proporcjonalną na większościową, wymiar niesprawiedliwości na rządy prawa, wprowadzić odpowiedzialność karno-finansową urzędników za ich błędy”. W ciągu ostatnich 5 lat swego funkcjonowania stowarzyszenie wielokrotnie zabiegało o zjednoczenie pozaparlamentarnych ugrupowań antysystemowych, patrz: https://www.youtube.com/watch?v=m1AmAXnP_5A

Oburzeni – jako jedna z nielicznych grup antysystemowych – zdając sobie sprawę ze słabości tego typu struktur pozaparlamentarnych, nie brało samodzielnie udziału w wyborach ogólnopolskich. Angażowało się czynnie tylko wtedy, gdy była szansa na sukces. Np. w 2014  roku stworzyło lokalną koalicję z Kongresem Nowej Prawicy w samorządowych wyborach w   małopolskim Tarnowie,  zaś wiceprzewodniczący stowarzyszenia Marek Ciesielczyk doprowadził w 2015 roku najpierw do sądowego unieważnienia wyborów do Rady Miejskiej w swym okręgu, a następnie w wyniku  powtórnych wyborów wszedł do Rady z drugim najlepszym rezultatem wyborczym w swym okręgu. Lista koalicyjna KNP-Oburzeni uzyskała 16% głosów, co było trzecim wynikiem po PiS i PO,  patrz: https://www.youtube.com/watch?v=jg-mFN4DUBU

 

 Jan Szymański – przewodniczący stowarzyszenia Oburzeni, fot. arch.

W lecie 2020 roku praktycznie wszyscy członkowie i sympatycy stowarzyszenia Oburzeni weszli w skład nowo powstałego ugrupowania Antypartia. Więcej informacji na: www.oburzeni.pl

 

NIEPOKONANI 2012

Stowarzyszenie Niepokonani działa od roku 2012. Skupia głównie poszkodowanych przez polski wymiar niesprawiedliwości przedsiębiorców. Początkowo bardzo aktywne, teraz jakby niewidoczne, wydaje się, iż straciło dawną energię. Jego prezesem jest przedsiębiorca z Wadowic – Jerzy Książek. Od lat członkowie stowarzyszeni wahają się, czy wziąć czynny udział w projekcie politycznym, który zakładałby udział w wyborach parlamentarnych.

 Jerzy Książek – prezes Niepokonanych 2012, fot. YT

 

AKCJA ZAWIEDZIONYCH EMERYTÓW RENCISTÓW

W 2018 roku 71-letni  wówczas Wojciech Kornowski (działający w latach 80-tych w organizacji Grunwald)  założył partię Akcja Zawiedzionych Emerytów Rencistów i został jej liderem, twierdząc rok później, że AZER wygra wybory parlamentarne, choć wcześniej zakładane przez Kornowskiego partie uzyskiwały wyniki znacznie poniżej 1% głosów. W 2019 AZER zarejestrował listy do Sejmu tylko w 3 spośród 41 okręgów wyborczych i uzyskał ok. 5 tysięcy głosów, tj. 0,03% w skali kraju.

Wojciech Kornowski – szef partii AZER, fot.kuprawdzie

  

JEDNOŚĆ NARODU

W roku 2015 b. działacze Ligi Polskich Rodzin założyli partię o nazwie Jedność Narodu, która sama określa się jako „ugrupowanie polityczne o charakterze narodowym”. Wydaje pismo „Polityka Polska”.  W wyborach samorządowych (do sejmików) w 2018 roku ugrupowanie uzyskało w skali kraju 0,18% głosów. Rok później startowało w wyborach do Parlamentu Europejskiego, rejestrując listę jedynie w części województwa mazowieckiego i uzyskując zaledwie ok. 2 tysiące głosów, tj. 0,02% w skali kraju. W 2020 Romuald Starosielec, lider Jedności Narodu,  chciał kandydować w wyborach prezydenckich, jednak nie był w stanie zebrać wymaganej liczby podpisów.

Romuald Starosielec – stoi na czele partii Jedność Narodu, fot. FB

W 2018 Starosielec, jako kandydat na radnego sejmiku województwa mazowieckiego, uzyskał zaledwie 267 głosów. Mimo to w dalszym ciągu chce realizować projekt pod nazwą Jedność Narodu samodzielnie, nie bacząc na nazwę swej partii i słowa Prymasa Wyszyńskiego: „Największą mądrością jest umieć jednoczyć, a nie dzielić”, których używa często jako motto swych działań politycznych.

OPÓR

Tej grupie liderują Piotr Zygarski, hotelarz z Zakopanego, organizator wielkiego protestu (m.in. hotelarzy) w Warszawie 13 grudnia 2020 roku oraz Włodzimierz Zydorczak, przedsiębiorca z Wielkopolski, który bezskutecznie ubiegał się już o mandat poselski w 2019 roku z listy PSL, uzyskując niecały tysiąc głosów. 

Piotr Zygarski – OPÓR, organizator protestu hotelarzy, fot. FB

 

WIR – CZYLI WETO, INICJATYWA, REFERENDUM

Trudno precyzyjnie zdefiniować ten projekt. Jest to bardziej przedsięwzięcie o charakterze edukacyjnym niż politycznym, choć wśród osób w niego zaangażowanych mogą być także i tacy, którzy będą chcieli tworzyć struktury mające na celu udział w wyborach parlamentarnych.

Marian Waszkielewicz – jeden z propagatorów WIR-u, fot FB

Generalnie środowisku temu chodzi o propagowanie zalet systemu, który funkcjonuje w Szwajcarii, gdzie istotnym elementem demokracji bezpośredniej jest możliwość negowania już istniejących ustaw przez obywateli (weto), podejmowanie akcji zmierzających do efektywnego proponowania przyjęcia nowych ustaw (inicjatywa) czy też podejmowania decyzji w drodze wiążącego dla systemu referendum. Oczywiście z edukacyjnego punktu widzenia jest to niezwykle cenna inicjatywa, zaś budowa sprawnych struktur organizacji politycznej jest w tym przypadku raczej tylko teorią.

Jednym z motorów tego projektu jest mieszkający na stałe w USA (w Bostonie) Szymon Tolak (z wykształcenia filozof), „struktury” na Facebooku próbuje budować czynny kiedyś w Demokracji Bezpośredniej Marian Waszkielewicz z Zabrza. Kibicują im Janusz Zagórski z Dolnego Śląska, który prowadzi Niezależnątelewizję.pl oraz  Jan Kubań – prezes PAFERE –  Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju oraz Jerzy Zięba – propagator medycyny niekonwencjonalnej.

 

LIGA OBRONY SUWERENNOŚCI

Partia ta powstała w 2002 roku w Gdańsku z inicjatywy Wojciecha Podjackiego. LOS utworzyli działacze wcześniejszego Polskiego Frontu Narodowego. Partia wydaje pismo społeczno-polityczne „Polski Szaniec” oraz Biuletyn Informacyjny „Patriota”. Posiada także  własny, internetowy kanał telewizyjny TV LOS.

Start w wyborach samorządowych w Gdańsku w 2002 roku zakończył się całkowitą porażką. LOS wzięła udział w wyborach parlamentarnych w 2005 w ramach Komitetu Wyborczego Ruch Patriotyczny, który uzyskał 1,05% głosów. Wojciech Podjacki chciał w 2020 roku kandydować na prezydenta Polski, jednak LOS nie zebrała wymaganej ilości podpisów.

 

Wojciech Podjacki – szef Ligi Obrony Suwerenności, fot.LOS

 

ZJEDNOCZENIE POLSKIE I ZJEDNOCZENI DLA POLSKI

Dysydent z PSL, Eugeniusz Kopciński z Radomia postanowił zbudować jeszcze jedno ugrupowanie pozaparlamentarne – Zjednoczenie Polskie. Pomaga mu w tym m.in. Maciej Dzik, który obecnie mieszka w Wielkiej Brytanii. Głównym celem tej organizacji w budowie jest „obrona tożsamości narodowej”.

Eugeniusz Kopciński – chce zbudować Zjednoczenie Polskie, fot. FB

Innym tego typu powstającym ugrupowaniem jest „Zjednoczeni dla Polski”, które stara się tworzyć (głównie na Facebooku)  szachista – Bogdan Morkisz, b. pełnomocnik „Skutecznych”   w okręgach Katowice – Gliwice.

Bogdan Morkisz – twórca „Zjednoczeni dla Polski”, fot. FB

W roku 2002 Morkisz kandydował (z listy SLD) do Rady Miejskiej w Mysłowicach i otrzymał 12 głosów, co oczywiście nie pozwala kwestionować jego dobrych intencji, lecz jedynie zdolności organizacyjne. Twórca „Zjednoczeni dla Polski” jest niezwykle aktywny w Internecie, prezentując filmowe nagrania swych wystąpień. Tu także nie można odmówić mu nie tylko dobrych intencji, ale i racji, lecz na pewno można kwestionować jego medialność, by użyć eufemizmu.

Czy możliwe jest zjednoczenie tych ugrupowań lub przynajmniej jakieś porozumienie?

Przedstawione tu pozaparlamentarne ugrupowania antysystemowe albo nie były w stanie zebrać wymaganej ilości podpisów, by brać udział w wyborach ogólnopolskich, albo – jeśli już im się to udawało, osiągały wyniki między 0,01%  i 0,81%. Podejmowanie od wielu już lat przez ich liderów – skazanych z góry na klęskę – prób wejścia do parlamentu jest na pewno mniej rozsądne niż ustawiczne przegrywanie oszczędności przez hazardzistę w kasynie. Hazardzista może ewentualnie liczyć na szczęście. Nie może być do końca pewny, czy wygra, czy też przegra. Liderzy ugrupowań, zwanych często złośliwie kanapowymi, po wielu latach doświadczeń powinni mieć pewność, iż poniosą po raz kolejny porażkę, jeśli nie zmienią metod działania. W tym miejscu dochodzimy do słów Einsteina, spełniających rolę motta niniejszego tekstu: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów”.

Powstałe latem tego roku nowe ugrupowanie – ANTYPARTIA (patrz: www.antypartia.org) zaproponowało liderom wymienionych tu grup pozaparlamentarnych spotkanie na początku roku 2021 w Zakopanem, na którym dokonano by wspólnie analizy możliwości i form  współpracy oraz wystawienia wspólnej listy wyborczej za trzy lata.

Oczywiście zjednoczenie tych ugrupowań nie daje pewności, iż taka wspólna lista osiągnie wynik lepszy niż 5 czy też 3 procent, lecz daje gwarancję, że na pewno zostaną zebrane wymagane do startu podpisy nie w 21, lecz 41 okręgach wyborczych, a wynik może  pozytywnie zaskoczyć twórców takiej koalicji. Trzeba bowiem mieć na uwadze, iż ostatnie sondaże z jednej strony wykazują znaczny spadek poparcia dla PiS, z drugiej wcale nie wskazują na to, by PO miała powrócić do władzy. Ugrupowanie Hołowni zatrzymało się zaś, gdy znaczna część wyborców zorientowała się, iż jest on rodzajem Petru bis.

Notowania Konfederacji w ostatnim czasie gwałtownie spadają – poniżej 5, a nawet 3%, patrz:

https://www.salon24.pl/u/m-ciesielczyk/1090124,dlaczego-spada-poparcie-dla-konfederacji

oraz

https://www.rp.pl/Polityka/311159983-Sondaz-PiS-umacnia-sie-na-prowadzeniu.html

zaś 20% wyborców nie wie, na kogo będzie głosować. Oznacza to, iż nowe, atrakcyjne programowo i właściwie „opakowane” ugrupowanie może w dość istotny sposób zmienić polską scenę polityczną w ciągu najbliższych 3 lat.

Jeśli tego nie wykorzystają w rozsądny sposób antysystemowe grupy pozaparlamentarne, Jan Kochanowski może mieć satysfakcję z powodu swych profetycznych zdolności.

Marek Ciesielczyk

Autor tekstu jest doktorem politologii Uniwersytetu w Monachium, profesorem University of Illinois w Chicago, pracownikiem naukowym Forschungsinstitut fur sowjetische Gegewart w Bonn, Fellow w European University Institut we Florencji.

tel. 601 255 849,  dr.ciesielczyk@gmail.com

14 grudnia 2020

Mobilizacja opinii publicznej

Mobilizacja opinii publicznej

O tym, jak ważną rolę w demokracji spełnia opinia publiczna przekonał się już niejeden polityk, który się jej naraził i doświadczył konsekwencji złych nastrojów społecznych. Czasami przejawiało się to chwilowym spadkiem w sondażach, a innym razem poważniejszymi reperkusjami. Za przykład może nam posłużyć Włodzimierz Cimoszewicz, który swoją niefortunną wypowiedzią w czasie powodzi z 1997 roku zatopił własny rząd i SLD, gdy na pytanie o odszkodowania rządowe odparł, że „trzeba było się ubezpieczyć”. Także jedną z przyczyn porażki Bronisława Komorowskiego w 2015 roku była jego głupia odpowiedź na pytanie młodzieńca, który chciał się dowiedzieć, w jaki sposób jego siostra zarabiająca 2 tys. zł ma sobie kupić mieszkanie. (P)rezydent „poradził” mu wtedy, że „powinna wziąć kredyt i zmienić pracę”, co w ówczesnych warunkach musiało zakrawać na jawną kpinę. Oczywiście nie twierdzę, że podobne wpadki są w stanie zmieść ze sceny politycznej każdego głupca, który je popełnia, ale są one przysłowiową „kroplą, która przepełnia czarę goryczy”. Tym bardziej, gdy zaistnieje odpowiedni kontekst społeczny i znajdzie się ktoś, kto zechce to wykorzystać. Jeśli w dodatku posiada odpowiednią tubę propagandową, to wtedy może zadać dotkliwy cios. Tak właśnie stało się w obu tych przypadkach, ponieważ opozycja wykorzystała dogodny pretekst do ataku. I pomimo tego, że powód był dość trywialny, to jednak rozpętana kampania medialna okazała się na tyle skuteczna, że przyczyniła się do klęski wyborczej SLD i Komorowskiego.  

          Jeszcze większą siłę rażenia miała ujawniona w 2014 roku „spektakularna” afera związana z podsłuchanymi rozmowami biznesmenów i polityków z PO, którzy podczas schadzek w restauracji Sowa & Przyjaciele z nieskrępowaną szczerością obnażali prawdziwe oblicze świata polityki i załatwiali brudne interesy kosztem dobra publicznego. Nie była to pierwsza, ani ostatnia afera taśmowa, co dowiódł niedawny skandal związany z szefem KNF, który próbował wyłudzić ogromną łapówkę od szemranego bankiera. Grę podsłuchami zapoczątkowała sprawa Rywina, nagranego przez Michnika, gdy składał mu propozycję korupcyjną w imieniu SLD. Co prawda, nie była to afera na miarę amerykańskiej Watergate, ale wywołała na tyle silne emocje w społeczeństwie, że przyczyniła się do klęski postkomunistów, którzy już nigdy nie odzyskali wcześniejszej kondycji politycznej. Była także impulsem do powołania pierwszej w historii III Rzeczypospolitej sejmowej komisji śledczej, która wbiła gwoździe do trumny SLD i wywindowała na szczyty popularności paru polityków prawicowych. Można nawet powiedzieć, że w ostatnich czasach zapanowała moda na podsłuchiwanie i zapewne ma to związek ze spadkiem zainteresowania zasobami archiwalnymi tajnych służb PRL-u, które nie budzą już takich emocji jak dawniej. Dlatego właśnie teczki agentów zastąpiono nagraniami pochodzącymi nierzadko z kuchni politycznej III RP, co przykuwa uwagę mediów i wywołuje oburzenie opinii publicznej. Jest to zrozumiałe, ponieważ podobno „ludzie nie powinni widzieć, jak robi się kiełbasę i politykę”, bo to mogłoby u nich wywołać ostrą niestrawność… Mniej istotne są zresztą rekwizyty i dekoracje w spektaklu odgrywanym przez trupy polityczne, a bardziej liczy się sama gra, obliczona na unicestwienie przeciwnika i ten dreszczyk emocji, gdy zbiera się na niego haki. A jeśli zabraknie argumentów, to można przecież sfabrykować dowody i zmanipulować przekaz skierowany do społeczeństwa, tak jak to uczyniła znana z „obiektywizmu” stacja telewizyjna z rzekomymi urodzinami Hitlera…

          Kolejnym powodem spadku popularności są rażące błędy popełniane przez rządzących, które nader często wynikają z arogancji i chciwości, a nierzadko z głupoty i niekompetencji. Dotyczy to wszystkich bez wyjątku ekip rządowych, bowiem złe nawyki kumulują się wraz z upływem okresu rządzenia, a swoje apogeum osiągają pod koniec kadencji parlamentu. Wielu ludzi w momencie obejmowania władzy przez nową ekipę ma jeszcze nadzieję, że może coś się zmieni w sposobie rządzenia krajem. Politycy zaś na początku swojego urzędowania pokazują „ludzką” twarz i zazwyczaj trzymają na wodzy swoje żądze. Ale jak już rozsiądą się w wygodnych fotelach i poczują „moc” sprawczą, to wtedy najczęściej zapominają o starej przestrodze, że „pycha kroczy przed upadkiem”. Korzystają do woli z przywilejów władzy i urządzają się wygodnie na koszt podatnika, nie przejmując się tym, jak ich rozpasany styl życia oceni społeczeństwo, któremu na osłodę rzucają jakiś ochłap z pańskiego stołu. Procesowi degeneracji elit sprzyja niewątpliwie wiele pokus czyhających za drzwiami salonów politycznych, ale także słabość natury ludzkiej, wzmacniana narastającym naciskiem ze strony familii i dołów partyjnych, które przecież też chcą się nachapać.

          Każda partia, która dorwała się do władzy zawdzięcza to przychylności opinii publicznej, a ta jak wiadomo bywa kapryśna i zmienna. Demoralizacja w szeregach obozu rządzącego z natury rzeczy bardziej obciąża wizerunek tego ugrupowania, które szło do wyborów pod hasłem sanacji życia publicznego, bo jakiekolwiek zbłądzenie na manowce wywołuje spadek jego wiarygodności i podważa moralne prawo do rządzenia. Gdy się słuchało wystąpień sejmowych Beaty Szydło, to można było odnieść wrażenie, że nadeszła wreszcie „dobra zmiana” w polityce. Deklarowała bowiem w imieniu swojego rządu: „Chcemy poprawiać życie Polaków. Rządzimy dla ludzi i dzięki ludziom, nie dla wąskich grup interesu. Wystarczy nie kraść, rządzić uczciwie, skutecznie, dbać o finanse publiczne, mądrze zarządzać majątkiem państwa i wspierać młodych”. Przekonywała też, że: „Polska polityka musi być inna. Pokora, praca, umiar, roztropność w działaniu i odpowiedzialność, a przede wszystkim – słuchanie obywateli. To są zasady, którymi będziemy się kierować. Koniec z arogancją władzy i koniec z pychą”. Dzisiaj trzeba przypominać te słowa, bowiem okazało się, że były to puste deklaracje, a rzeczywistość pod rządami PiS-u niewiele odbiega od standardów ustanowionych niegdyś przy Okrągłym Stole. Oczywiście można się spierać o to, która z partii rządzących była gorsza, ale czy ma to większy sens, gdy ostatecznie „wyszło szydło z worka”…

          Wiadomo, że wilczym prawem opozycji jest wykorzystywanie wszelkich błędów popełnianych przez rządzących do podważenia ich wiarygodności i wzmocnienia swojej pozycji politycznej. Ale rządzący powinni się wykazywać większą roztropnością. Tymczasem z wielką pazernością rzucili się na grosz publiczny, czego najwymowniejszym przykładem były szczodrze rozdzielane nagrody dla członków ekipy rządowej. Co prawda, premier Szydło tłumacząc się w Sejmie, wykrzyczała, że „ministrowie i wiceministrowie w rządzie PiS otrzymywali nagrody za ciężką, uczciwą pracę i te pieniądze im się po prostu należały”, lecz społeczeństwo odebrało to inaczej. Wpływ na to miała z pewnością kampania medialna rozpętana przez opozycję, która wtedy poczuła krew… Jednak ten atak nie byłby tak skuteczny, gdyby nie było do tego podstaw, a te stworzyły kwitnące patologie: nepotyzm, klientelizm i kult niekompetencji, których synonimem stały się tabuny Misiewiczów i Martyn wdzierających się przebojem do instytucji publicznych i spółek skarbu państwa. Sprzyjała temu również atmosfera bezkarności panująca wśród członków nadzwyczajnej kasty polityków, upojonych wysokimi notowaniami sondażowymi i całkowicie oderwanych od życia społecznego, a także nierozumiejących potrzeb „szarego” obywatela. Taką właśnie bezrefleksyjność wykazał Mateusz Morawiecki opowiadając się za utrzymaniem bardzo wysokiej kwoty wolnej od podatku dla parlamentarzystów (30 tys. zł). Stwierdził on, że: „Posłowie wykonują bardzo ciężką pracę i od 20 lat nie mieli regulacji wolnej od podatku. Doceńmy więc ciężką pracę polityków”. I wtedy okazało się, że pazerność nie popłaca, nastąpił bowiem spadek w sondażach i rozległ się pomruk niezadowolenia wśród „ciemnego ludu”. W tym przypadku nie pomogły tłumaczenia, że poprzednicy też tak robili, ponieważ sukces wyborczy PiS-u był w znacznej mierze uwarunkowany przekonaniem elektoratu o jego wyższości moralnej nad upadłą koalicją PO-PSL. Co więc uratowało partię rządzącą od klęski wizerunkowej?

          Jednym z czynników osłabiających krytykę rządu była mała wiarygodność opozycji, bo społeczeństwo miało jeszcze w świeżej pamięci afery poprzedniej koalicji. Czujnością wykazał się także Jarosław Kaczyński, który odczytał oburzenie społeczne, jako poważne zagrożenie dla swojej formacji i uznał, że „głos ludu jest głosem Boga”. Dlatego zmusił dygnitarzy z PiS-u do przekazania nagród na Caritas, a przy okazji przeforsował w parlamencie obniżenie o 20% uposażeń poselskich, co argumentował tym, że „Polacy oczekują skromności”. W ten sposób ugaszono rozwijający się pożar, ale działanie to miało jedynie skutek doraźny, ponieważ życie dopisało kolejne rozdziały do księgi upadku moralnego „elity” politycznej. Świadczą o tym ujawnione wątki skandalu związanego z niebotycznymi pensjami asystentek prezesa Glapińskiego, a jak wiele na to wskazuje, NBP nie jest jedyną instytucją dojoną przez zastępy pazernych pasożytów. W dodatku temat powrócił na wokandę zaledwie pół roku po blamażu z nagrodami w rządzie i w parę tygodni po przemówieniu prezesa Kaczyńskiego w Jachrance, gdzie tłumaczył swojemu aktywowi partyjnemu, jak wielkim zagrożeniem jest zrównywanie w debacie publicznej PiS-u z PO i przedstawianie obu partii, jako równie mocno zdemoralizowanych.

          Obecny obóz rządzący swoją pozycję polityczną zawdzięcza w dużej mierze poparciu patriotycznej opinii publicznej, wyczulonej na punkcie lojalności wobec Polski oraz szacunku dla narodowych wartości i tradycji. Dla zdobycia władzy nie wystarczyłby „geniusz” Jarosława Kaczyńskiego czy „atrakcyjność” Andrzeja Dudy. Tym bardziej dla jej utrzymania nie wystarczą obiecanki cacanki „złotoustego” Mateusza, ani sztuczki speców od PR-u i nachalna propaganda „sukcesu” głoszona przez TVP Kurskiego. W 2015 roku uzyskano zwycięstwo dzięki zaangażowaniu licznej armii patriotów, którzy uwierzyli w szczerość intencji polityków z PiS-u i z zapałem pracowali na to, aby opinia publiczna zechciała dać szansę tej partii. Niewiele wskóraliby aktywiści partyjni, którzy niejednokrotnie salwowali się ucieczką z wieców wyborczych. Nie pomógłby też elektorat socjalny kupiony obietnicami transferów finansowych. O sukcesie zdecydowała postawa tysięcy bezinteresownych wolontariuszy i poparcie tzw. twardego elektoratu. A czego oczekiwano w zamian? Polacy przede wszystkim chcieli „dobrej zmiany” w polityce krajowej i zdecydowanej obrony naszych interesów na arenie międzynarodowej. Tymczasem już po dwóch latach rządów PiS wyborcy doznali rozczarowania, bowiem partia rządząca przestała realizować program, z którym szła do wyborów, a zamiast powstania z kolan zaserwowała nam długie pasmo porażek kończących się upokarzającymi kapitulacjami przed możnymi tego świata. W tym miejscu warto przytoczyć wypowiedź Wojciecha Cejrowskiego, jako ważny głos w dyskusji na temat spadku wiarygodności PiS-u, bo myślę, że wyraził on odczucia wielu zawiedzionych wyborców. Stwierdził mianowicie, że „PiS to miękkie parówki”, oraz że: „Jestem frajerem, bo dałem się PiS okraść z mojego głosu wyborczego […]. Jestem frajerem do kwadratu, bo pomogłem (niechcący, ale jednak) Dudzie wygrać z Komorowskim”[1].

          „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” – głosi Ewangelia wg św. Jana. Jaka jest więc ta prawda, która ma nas wyrwać z oparów absurdu, w których obecnie tkwimy? Myślę, że bliski prawdy jest Rafał Ziemkiewicz, który w jednym z artykułów zalecał, aby PiS zastanowił się nad tym: Po co rządzi? Jego zdaniem, na tak postawione pytanie: „Jedyna odpowiedź brzmi: po to, żeby rządzić. Żebyśmy to my, nie oni, obsadzali te spółki, stołki, doili, co jest do dojenia. Bo jak nie my, to kto?”[2]. Słusznie też wskazuje na to, że po trzech latach rządzenia konto PiS obciąża coraz większy rachunek zaniedbań i braku rozwiązań systemowych, które mogłyby zapewnić rozwój państwu i ułatwić życie obywatelom. W dodatku zaostrzający się wyzysk fiskalny i rozrastająca się biurokracja tłamszą wszelką inicjatywę i w konsekwencji prowadzą do zmarnowania dużego potencjału gospodarczego, który tkwi w naszym społeczeństwie. Wiele wskazuje na to, że ważnym elementem strategii partii rządzącej stało się dojenie rodzimych przedsiębiorców, przy jednoczesnym dopieszczaniu obcego kapitału. Oburzające jest również nieustające wypychanie Polaków na emigrację zarobkową i zastępowanie ich masową imigracją Ukraińców. W polityce zagranicznej zauważalna jest natomiast postępująca rezygnacja z obrony narodowych interesów na rzecz wysługiwania się obcym ośrodkom decyzyjnym. Czas więc zadać fundamentalne pytanie: Dlaczego mamy popierać polityków, którzy nas oszukali?

          Ziemkiewicz ma rację, pisząc, że w znacznej mierze „popularność PiS trzyma się na nieudolności PO”, oraz że „sondażowe słupki prężą się od trzech lat i nawet rosną nie dlatego, że PiS rządzi tak dobrze, tylko dlatego, że nie widać dla jego rządów alternatywy”. Nie możemy więc dać się zastraszyć apokaliptycznym wizjom propagandystów rządowych, którzy straszą możliwością utraty władzy przez PiS i wendetą ze strony rodzącego się w bólach centrolewu. Dlatego, że to właśnie nieudolność partii rządzącej przyczyniła się najbardziej do wzrostu wpływów liberokomuny. Poza tym, to PiS porzucił swoich zwolenników sprzeniewierzając się głoszonemu programowi oraz flirtując z lemingami, czego najwymowniejszym przykładem są „korpo gadki” premiera Morawieckiego. Tak naprawdę nie ma się czego bać, jeśli bowiem „PiS i PO to jest to samo zło”, to nie mamy wiele do stracenia. Stracą zaś jedynie watahy Misiewiczów i Martyn, które chcą dorzynać liderzy opozycji. Ale czy warto rozpaczać nad losem tych darmozjadów?

          Czas więc na to, aby ziścił się czarny sen prezesa Kaczyńskiego i żeby na prawo od PiS powstało ugrupowanie, które zjednoczy ludzi dobrej woli i szczerych patriotów. Niech do jesiennych wyborów parlamentarnych powstanie wspólna lista wyborcza, której atutem będzie oczekiwany przez społeczeństwo program oraz liderzy cieszący się zaufaniem i nieposzlakowaną opinią. Wprowadźmy do parlamentu liczną reprezentację patriotów, którzy będą stać na straży polskich interesów, a wtedy zyskamy silny przyczółek do ofensywy narodowej, której celem będzie odzyskanie przez Polaków kontroli nad własnym państwem. W ten sposób wpłyniemy także otrzeźwiająco na prominentów z PiS-u, którzy będą musieli stanąć po właściwej stronie, albo ustąpić pola nadchodzącej awangardzie „lepszej zmiany”. Muszę przy tym zaznaczyć, że nakreślony powyżej scenariusz nie ma na celu sklecenia jakiejś doraźnej koalicji, której jedynym zadaniem będzie zaspokojenie niezdrowych ambicji liderów lub zapewnienie komukolwiek dostępu do koryta państwowego. W polityce polskiej funkcjonuje już tak wielu posłów „dietetyków”, sprzedajnych karierowiczów i pospolitych oszustów, że nie powinniśmy tworzyć nowych kreatur. Naszym celem powinno być odrodzenie moralne świata polityki i odzyskanie przez Polskę suwerenności, co zawróci nasze państwo z drogi wiodącej do upadku i wprowadzi je wreszcie na drogę do zasłużonej wielkości…

          Wiele osób po przeczytaniu tego tekstu może zadawać sobie pytania: Czy jest możliwe zbudowanie na prawicy nowego ugrupowania politycznego? Czy istnieją możliwości na zmobilizowanie patriotycznej opinii publicznej? Wreszcie, czy jest szansa na sukces wyborczy? Myślę, że w dużej mierze udzieliłem już na nie odpowiedzi, ale żeby rozwiać wątpliwości doprecyzuję jeszcze parę kwestii.

          Jeśli chodzi o zdolności organizacyjne, to w środowiskach patriotycznych istnieje wystarczająco duży potencjał ludzki, który nie został „zagospodarowany” przez PiS, aby mógł stać się fundamentem projektowanego Stronnictwa Polskiego. Jest też sporo cennych ludzi wyrzuconych za burtę z okrętu „Dobrej Zmiany”, którzy nie pasowali do wizji Naczelnika z Żoliborza, a jak głosi Pismo Święte, nierzadko „kamień odrzucony przez budujących staje się kamieniem węgielnym”. Można też sięgnąć po ludzi dotychczas niezaangażowanych w przedsięwzięcia polityczne, bo ich zaletą jest świeżość spojrzenia oraz to, że nie zostali jeszcze zdemoralizowani kolaboracją z patologicznym systemem. Jednak, aby wymienieni ludzie byli użyteczni dla nowej inicjatywy, to najpierw muszą przeciąć pępowinę zależności psychicznej łączącą ich z łże-prawicą i wyzwolić się ze swoistego syndromu sztokholmskiego. Jednym słowem muszą przestać być zakładnikami obłudnej propagandy PiS-u. Jeśli zrozumieją, że szansą dla Polski jest nowe otwarcie, to wtedy w oparciu o nich możemy zbudować na prawicy nową jakościowo inicjatywę polityczną.

          Kolejnym zagadnieniem jest możliwość zmobilizowania patriotycznej opinii publicznej, co niewątpliwie jest jednym z podstawowych warunków zwycięstwa. Wielu ludzi może wątpić w to, czy patrioci mają jakikolwiek wpływ na kształtowanie rzeczywistości politycznej w Polsce. Ale jest to fałszywe przeświadczenie, które zapewne wynika z tego, że zbyt często byli manipulowani, wykorzystywani i zdradzani przez kłamliwych politykierów, którzy wbrew składanym obietnicom nie powołali dotąd prawdziwie patriotycznego rządu. Tymczasem bez poparcia patriotów nie zaistniałyby w polityce takie firmy jak: AWS, ROP, PiS, LPR i inne. To ich głosy zdecydowały o wyborze trzech prezydentów: Wałęsy, Kaczyńskiego i Dudy. To właśnie poparcie elektoratu patriotycznego dwukrotnie utorowało drogę do władzy PiS-owi, a wcześniej AWS-owi. Poza tym, gdyby nie strach przed reakcją „ciemnogrodu”, to zapewne już dawno doszłoby do demontażu struktur naszego państwa, rezygnacji z narodowej waluty i sprowadzenia setek tysięcy islamistów, którzy założyliby w polskich miastach swoje getta. Polscy patrioci stanowią dużą i dynamiczną siłę, którą zademonstrowali nie tylko w wyborach, ale także w ostatnim Marszu Niepodległości, na który przybyło do Warszawy setki tysięcy osób. A jeśli doliczyć do tego uczestników obchodów rocznicowych 100-lecia odzyskania niepodległości, świętujących w tysiącach miejscowości w całym kraju, to dostrzeżemy, jak wielką armię stanowią ludzie, którym zależy na Polsce. Manifestacja tej siły nie tylko pozwoliła nam się policzyć i dodała otuchy wątpiącym, ale również przeraziła wrogów polskości, ponieważ pokazała, że pomimo uprawianej przez dziesięciolecia pedagogiki wstydu i zwalczania „zaplutych karłów reakcji”, to jednak nie zabito w Polakach poczucia patriotyzmu. Naszym zadaniem musi być więc zagospodarowanie tego wielkiego potencjału energii narodowej i skierowanie go do walki o lepszą przyszłość dla Polski i Polaków. Jestem też przekonany, że gdy wreszcie rzucimy wyzwanie zdegenerowanej Republice Okrągłego Stołu i podejmiemy zdecydowaną walkę z patologicznym systemem, to wtedy przyłączy się do nas wielu rodaków, którzy dotychczas byli bierni. Dlatego zmobilizujmy patriotyczną opinię publiczną, ale nie po to, aby skorzystała z jej poparcia łże-prawica, tylko w tym celu, aby wprowadzić do parlamentu nową jakościowo siłę polityczną.

          Czy mamy do tego potrzebne siły i środki? Uważam, że pomimo ciągłego narzekania „etatowych” malkontentów i szerzenia kłamliwych opinii przez agentów systemu, to jednak obóz patriotyczny dysponuje dużymi możliwościami technicznymi, aby móc dotrzeć ze swoim przesłaniem do milionów Polaków. To prawda, że ugrupowania tzw. głównego nurtu zawłaszczyły całkowicie media publiczne i komercyjne, że dysponują wielką kasą na propagandę i tabunami speców od PR-u. Ale trzeba zauważyć, że dokonująca się od wielu lat rewolucja technologiczna stworzyła nowe i stosunkowo tanie możliwości promocji idei. Już nie jesteśmy skazani wyłącznie na kolportaż ulotek i plakatów, co ograniczało nasze możliwości, a poprzez utrudnianie dostępu do radia i telewizji skazywało patriotów na marginalizację polityczną. Rozwój Internetu i mediów społecznościowych, w których zdaniem wielu ekspertów dominuje przekaz prawicowy, daje wielkie możliwości. W ostatnich latach powstało dużo patriotycznych portali i telewizji internetowych. W sieci aktywnych jest bardzo wielu blogerów i youtuberów, którzy z powodzeniem „przebijają się przez lewicowy bełkot”. Dzisiaj praktycznie każdy średnio rozgarnięty człowiek może zaistnieć w przestrzeni publicznej, a jak wiadomo o wynikach kilku ostatnich plebiscytów wyborczych zdecydowała w dużej mierze aktywność w sieci internetowej. Co prawda, panujący system stara się ograniczać wolność w tym obszarze, ale wywołuje to jeszcze większą determinację u twórców i konsumentów treści internetowych, o czym świadczą masowe protesty przeciwko ACTA. Zadbajmy więc o odpowiednią jakość, jednolitość i koordynację przekazu, a zdominujemy Internet, co otworzy patriotom drogę do zwycięstwa.

          Naszym atutem w tej walce jest nie tylko szczerość intencji i słuszność argumentów, ale także wiele słabych stron u przeciwników. Cuchnące bagno polityki polskiej dostarcza tak wielu dowodów degeneracji systemu, że nie trzeba się bardzo wysilać, aby uświadomić wyborcom przykrą prawdę o upadłych politykach. Należy się tylko wyzbyć skrupułów w zakresie wykorzystania tej wiedzy, bo jakakolwiek wyrozumiałość lub unikanie trudnych tematów działa na korzyść patologicznego układu rządzącego naszym krajem. Jedynie „prawda może nas wyzwolić”. Dlatego korzystajmy z dorobku ludzi obdarzonych autorytetem, którzy jeżdżą po Polsce niczym współcześni misjonarze i głoszą prawdę o stanie naszego państwa. Jest wielu cenionych publicystów i naukowców poświęcających bezinteresownie swój talent, czas i wysiłek, aby ratować Polskę przed upadkiem. Rozmiary tego artykułu nie pozwalają na wymienienie większej liczby osób zasłużonych w tej dziedzinie. W związku z tym posłużę się tylko paroma sztandarowymi przykładami. Największym autorytetem w zakresie odkłamywania stosunków polsko-żydowskich jest niewątpliwie prof. Jerzy Robert Nowak, któremu zawdzięczamy to, że obalił podłe oszczerstwa Grossa na temat Jedwabnego, pogromu kieleckiego oraz innych zbrodni niemieckich i komunistycznych niesłusznie przypisywanych Polakom. Stanisław Michalkiewicz od wielu lat popularyzuje zdrowe i racjonalne zasady w życiu gospodarczym. Obalił już wiele mitów funkcjonujących w polityce polskiej, a dzięki temu, że ostrzegł nas przed skutkami roszczeń żydowskich forsowanych w USA za pomocą Just Act 447, to uświadomił wielu patriotom prawdziwe oblicze strategicznego sojusznika zza oceanu. Leszek Żebrowski ma zaś ogromne zasługi na polu popularyzacji wiedzy o Żołnierzach Wyklętych, a jego twórczość ukazuje nam prawdziwe oblicze zbrodniczego reżimu komunistycznego. Trzeba podkreślić, że gdyby nie dokonania tych ludzi, to bylibyśmy o wiele ubożsi w zakresie wiedzy o rzeczywistym stanie naszego życia publicznego oraz o rozmiarach penetracji „polskiej” sceny politycznej przez „czerwone dynastie” i agentury obcych wpływów.

          Jedyną drogą, którą powinni kroczyć patrioci jest droga do zwycięstwa idei silnej i suwerennej Polski, która wymaga od nas poświęcenia i determinacji w walce z sitwą okrągłostołową. Dlatego wznieśmy wysoko sztandar niepodległości i zjednoczmy nasze wysiłki wokół wielkiego celu, który zmobilizuje Polaków do walki o lepszą przyszłość. W walce tej nie mogą nam jednak przewodzić „miękkie parówki”, bo znowu zostanie zniweczony wysiłek tysięcy uczciwych ludzi, czego historia nam nie wybaczy…

 

Wojciech Podjacki

 

 

[1] W. Cejrowski, Polsce należy się niepodległość, „Do Rzeczy”, nr 3/2019, s. 18–19.

[2] R. Ziemkiewicz, Glątwa PiS, „Do Rzeczy”, nr 3/2019, s. 30–31.