Archiwa tagu: samorządność

Radni

Radni

Uczestnicy spotkania skupili się na opiniach i zagadnieniach dotyczących  wyborów samorządowych. Jeden z uczestników zwrócił uwagę na powiązania rodzinne osób będących radnymi dzielnicy Praga północ. Na listach kandydatów na radnych w roku 2014 było jeszcze ciekawiej. Uwagi dotyczyły podstawowo grupy radnych rządzących dzielnicą. Po zwróceniu uwagi okazało się, ze te same zarzuty dotyczą każdej formacji politycznej (partii i pojedynczych komitetów wyborczych). Uczestnicy z Ząbek oraz innych dzielnic Warszawy potwierdzili, że tam dzieje się podobnie.  Moje pytanie do uczestników czy zobaczyli po wyborach samorządowych w 2014 roku nowe twarze w składzie Rad. Wszyscy odpowiedzieli na nie negatywnie. Zmieniają się składy osobowe, partyjne ale nie ma nowych osób. Wielu radnych trwa na stanowisku 5 lub 6 kadencję. Niektórzy mogą powiedzieć, że to dobrze, mamy fachowców. Że znają się na rzeczy, będą sprawniejsi. Tak nie jest. Pokazuje to przykład Ząbek. Burmistrzem został człowiek znikąd. Dobrał sobie do współpracy, którzy znali pracę i większość jest pozytywnie zaskoczona. Starzy wyjadacze ciągali/ciągają się po sądach, mimo, że wcześniej przeprowadzili sporo wspólnych „interesów”.

Kolejną przywarą naszego systemu samorządowego jest brak jakiejkolwiek kontroli prawidłowości obejmowania funkcji radnego, prezydenta, burmistrza, wójta. Widoczne jest to  nawet w Warszawie. Radni (nawet Przewodniczący Rady dzielnicy) prowadzą działalność gospodarczą na majątku m. st. Warszawy. Wybiegiem formalno-prawnym stosowanym przez nich jest prowadzenie działalności w innej dzielnicy niż są  radnymi. Może taka interpretacja da się obronić w sądzie (przy bardzo dużej dozie dobrej woli sędziego). Natomiast po ludzku (w pojęciu normalności) taka sytuacja jest nie do zaakceptowania.

Kolejnym miejscem nadużyć przy sprawowaniu mandatu w grupach, które są zobligowane do składania oświadczeń majątkowych, jest umieszczanie danych nie prawdziwych. Powoli osoby ze świecznika i potrzebne ekipie rządzącej mają je kontrolowane i próbuje się pociągnąć ich do odpowiedzialności. Kuriozalnym przykładem, że tylko próbuje, jest sytuacja z Prezydentem Gdańska. O kontroli oświadczeń radnych nikt nawet nie wspomina. Powstałe wzajemne uzależniania (radni, burmistrz, spółki komunalne i inne) w każdej miejscowości nie pozwalają osobie odpowiedzialnej za złożenie oświadczeń majątkowych i ich prawdziwość na sprawdzanie tych danych. Z drugiej strony prawie wszyscy zainteresowani wiedzą co kto i jak nakłamał. Taka sytuacja pogłębia wzajemne zależności.

Tworzy to chore relacje na lata. Ludzie przestają wierzyć, że można cokolwiek zmienić. I o to zainteresowanym chodzi.

Zagadnieniem poruszonym w dyskusji jest brak wiedzy, umiejętności niezbędnych do sprawowania zajmowanych stanowisk. Często przeciętny Kowalski posiada/może szybko nabyć wiedzę. Jemu jeszcze się chce.

Stowarzyszenie OBURZENI będzie dokładało starań by zwiększyć liczbę osób, spoza obecnego kręgu władzy, które zostaną z naszych list wybrane w najbliższych wyborach. Udostępnimy swoją wiedzę jak tworzyć lokalne listy wyborcze, umożliwimy korzystanie z możliwości zgłoszenia ogólnopolskiego komitetu wyborczego  przez stowarzyszenie.

Z poważaniem

Jan Szymański

 

 

Rzeszów kolejne spotkanie otwarte

Rzeszów kolejne spotkanie otwarte

Rada Koordynacyjna stowarzyszenia OBURZENI jest po wstępnych ustaleniach terminu i miejsca kolejnego spotkania otwartego.

Będzie to Rzeszów dnia 4 lutego 2017 roku o godzinie 12:00. Miejsce jest w ostatnim stadium uzgodnień. Dokładne miejsce zostanie podane po ostatecznym uzgodnieniu. Spotkaniu będzie przewodniczył Jan Szymański – Wiceprzewodniczący Rady Koordynacyjnej.

Zapraszamy do uczestnictwa wszystkie środowiska nie mające swojej reprezentacji w sejmie lub senacie.

Reprywatyzacja w Warszawie

Reprywatyzacja w Warszawie

Warszawa reprywatyzuje również budynki wzniesione w PRLu.  Planowane jest  przekazanie wielu  budynków wraz z lokatorami  w  prywatne  ręce   tzw. właścicieli.    Lista  nie jest zamknięta.

– Nie można  zrozumieć, dlaczego  po  50-70 latach, na żądanie upominającego  się o dom, grunt państwo odbiera  miejsce bytu / mieszkanie ludziom,  oddając  je  KOMUŚ  KTO  SIĘ   PO  NIE  ZGŁOSIŁ  !!!     ZWRACA  MIENIE  JEDNYCH  POD  NAZWĄ  REPRYWATYZACJI  !!!!!  Bez  znaczenia, że  lokator  mieszkał  50   więcej lat,  odbudowywał  z ruin  Warszawę,  jego  rodzice  stracili  podczas okupacji  wszystko,  często   z  mieszkaniem.  Powracali  do  ruin  powojennej  Warszawy.

….Jeden   z  domów  do  oddania został wzniesiony w 1954 roku…   Niedawno działkę, na której stoi, przejął biznesmen znany ze skupywania praw do znacjonalizowanych nieruchomości. Wkrótce zostanie  „przekazany”  właścicielem budynku.  ??????

Do niedawna koszmar reprywatyzacji dotykał  lokatorów kamienic, które stały w Warszawie przed 1945 rokiem. Teraz, jak ustaliliśmy, w identycznej sytuacji są mieszkańcy kilkudziesięciu domów wybudowanych od zera w latach 50. lub 60.   Bez  znaczenia jest, że ich mury nie były nigdy w prywatnych rękach – kluczem jest grunt. Jeśli został odebrany bezprawnie przedwojennemu właścicielowi, miasto go zwraca.   Powojenny budynek – zarówno kilkurodzinny dom, jak i typowy PRL-owski blok – jest traktowany jako dodatek do działki,  super  bonus.  Urzędnicy wyceniają go i żądają od właścicieli dopłaty za dom zbudowany ze środków publicznych. Potem sprzedają go razem z mieszkańcami.

Zaczęło się w 2011 roku. Wtedy ratusz oddał za dopłatą pierwszą działkę z powojenną kamienicą w ścisłym centrum Warszawy. Lawina  ruszyła – od tamtej pory przybywa żądających zwrotu nieruchomości z powojennymi zabudowaniami, choć taka reprywatyzacja oznacza dodatkowe,  znaczące  koszty dla właścicieli.

– Im się to opłaca. Po wysiedleniu lokatorów i remoncie sprzedadzą mieszkania bardzo drogo, bo chodzi o świetne lokalizacje – tłumaczy jeden z prawników. – Ale to przedsięwzięcie długofalowe, raczej dla inwestorów, którzy mają duże możliwości finansowe.   To   niezwykle kreatywne  działania „specjalistów”.

W Warszawie takim kapitałem dysponują zwykle kupcy roszczeń, tacy jak np. nowy właściciel działki na Saskiej.

Podstawą stołecznej reprywatyzacji jest dekret Bieruta sprzed 70 lat. Zlikwidował prywatną własność gruntów w mieście, ale zawierał też obietnicę odzyskania majątku w odpowiednich sytuacjach. Przez lata PRL z ideologicznych powodów zwrotów odmawiano. Realizowane są od połowy lat 90.

Naczelna zasada dekretu to zwroty w naturze. Dziś praktyka pokazuje, że oddać można wszystko. Na liście zagrożonych zwrotami figuruje około 30 parków, ponad setka szkół, przedszkoli, są też gmachy administracji publicznej.           W przypadku kamienic ratusz przekazuje je razem z lokatorami. Ludzie, którzy wprowadzili się tam w latach 40-50,  chronieni komunalnym prawem, po reprywatyzacji przestają być kłopotem urzędników. W zwróconych kamienicach właściciele naliczają wyższe stawki – ci, którzy temu nie podołają, tracą lokum.  I  pod  most.

Powojenne domy również   do zwrotu.  Dziś na liście nieruchomości, o które już upomnieli się dawni właściciele, znajduje się blisko 2 tys. kamienic sprzed 1945 roku. Ratusz przyznaje, że w całym mieście zagrożonych reprywatyzacją jest nawet 19 tys. mieszkań.

Do tej listy dochodzą teraz także powojenne domy. W wielu wypadkach budowały je państwowe firmy jako mieszkania zakładowe dla pracowników. Po 1989 roku zostały one przekazane miastu.

– Zwrot w prywatne ręce budynków postawionych za publiczne pieniądze brzmi absurdalnie – komentuje Jarosław Jóźwiak (PO), wiceprezydent Warszawy. – Niestety, jeśli dawny właściciel udowodni, że stracił majątek bezprawnie, a tak działo się w większości przypadków, miasto staje się posiadaczem w złej wierze. Skoro zabudowało cudzą nieruchomość, musi ponieść konsekwencje.

Roszczenia reprywatyzacyjne obejmują już ponad 60 adresów z powojennymi budynkami. Ale nie jest to zamknięta lista, bo – co zawsze podkreśla stołeczny ratusz – przed wojną w prywatnych rękach był prawie cały obszar Warszawy. Dlatego w każdej chwili kolejna osoba może się upomnieć o własność odebraną po wojnie.

Lista budynków powstałych po 1945 roku na przedwojennych działkach, o których przejęcie starają się „dawni właściciele” gruntów, spadkobiercy lub kupcy roszczeń. Lista została przygotowana przez biuro gospodarki nieruchomościami. Na jej otrzymanie czekaliśmy kilka miesięcy.

 
Bielany 
Kasprowicza 33
Schroegera 89
Ochota 

Białobrzeska 55
Dunajecka 13a
Filtrowa 66
Nowogrodzka 76
Niemcewicza 25
Kopińska 4b
Częstochowska 3a
Mokotów 
Asfaltowa 16
Wiktorska 29
Kwiatowa 22
Gierymskiego 13
Czerska 26/28
Bałuckiego 23
Puławska 31
Narbutta 60
Madalińskiego 97
Madalińskiego 99
Madalińskiego 99a
Kazimierzowska 72

Rejtana 2
Rejtana 2a
Praga-Południe 
Byczyńska 37
Saska 58
Walecznych 61
Kwatery Głównej 11
Kinowa 4
Kinowa 6
Kinowa 8
Kinowa 10
Kinowa 12
Rozłucka 3
Walewska 2

Śródmieście 
Wilcza 6
Wilcza 62
Mazowiecka 12
Nowy Świat 63
Chmielna 2

Bartoszewicza 1b
Hoża 25
Krucza 6/14
Rynek Starego Miasta 12
Wspólna 63
Nowogrodzka 38
al. „Solidarności” 60a
Bednarska 6
Dobra 87
Lądowa 1/3
Bednarska 17/17a
Bednarska 19/19a
Szkolna 5
Krakowskie Przedmieście 6
Krakowskie Przedmieście 27
Krakowskie Przedmieście 81
Krakowskie Przedmieście 83
Krakowskie Przedmieście 85
Krakowskie Przedmieście 87/89
Senatorska 1/3
Senatorska 5
Senatorska 7
Senatorska 9
Wola 
Górczewska 11

Żoliborz 
Lisa-Kuli 6

 

Zarządzanie w spółdzielniach

Zarządzanie w spółdzielniach

Jazgot jaki ostatnio podniosły „elyty” PO, „swetru”, PSL/ZSL, SLD/PZPR, przy pomocy zdominowanych przez siebie mediów elektronicznych i pisanych, to nie tylko „kwik świń odcinanych od koryta”.  To także, obawa przed UDOKUMENTOWANYM pokazaniem ich PRAWDZIWYCH TWARZY, „towarzyszy” z komitetów zakładowych, powiatowych i wojewódzkich „nieboszczki partii”. Twarzy funkcjonariuszy ówczesnej policji politycznej i jej WSPÓŁPRACOWNIKÓW, czyli TW zajmujących  do dzisiaj lukratywne funkcje  i  stanowiska. 

Zapowiedź ujawnienia przez obecny rząd i jego przedstawicieli  budzi AGRESJĘ. 

OCZYWIŚCIE TW   w  spółdzielczości mieszkaniowej  jest  mnóstwo.  Zgodnie z zasadą, że „nie musisz się interesować polityką, bo ona  sama interesuje się tobą, możemy powiedzieć … gdzie nie spojrzeć, we władzach spółdzielczości wszelakiego szczebla , na eksponowanych stanowiskach prezesów i ich zastępców, na stanowiskach przewodniczących i członków RN, znajdujemy tych „towarzyszy” i TW, a także byłych oficerów, niesławnej pamięci, WSI.  

W wpisie http://temidacontrasm.info/capo-di-tutti-capi/ zaprezentowana została osoba, niejakiego A. Domagalskiego. On nie tylko jest tym tytułowym „capo di tutti capi”, on także „reprezentuje” polską SPÓŁDZIELCZOŚĆ na forum międzynarodowym  i „ten szef wszystkich szefów ustawia  wszystkich”.   Co faktycznie reprezentuje, każdy kto nie jest „lemingiem”, łatwo odpowie.

W tymże wpisie można przeczytać o kolejnym TW, prezesie zarządu SM, zaciekle broniącego swojego stołka i zwalczającego aktywnych członków SM, którą chce niepodzielnie władać: Zbigniew Gawron – prezes zarządu SBM „Zachód” „Bohater” wielu artykułów ostatnio:  http://temidacontrasm.info/czlonkostwo-przywrocone/ Kim jest ten „pon”? Oto dokumenty (bez komentarza). Większość brzydzi się komentowania  materiałów źródłowych, pozostawiając ocenę tego osobnika czytelnikom. Ten wpis znajdziecie też na FB. UDOSTĘPNIAJCIE. https://www.facebook.com/temidacontrasm/. Między innymi sławny z relegowania niewygodnych członków spółdzielni.

Informuję, że 09.12.2015 r. wyrokiem SSO w Warszawie Krystyna Dymek przywróciła w poczet członków SBM ZACHÓD w Warszawie pięciu członków byłej Rady Nadzorczej tej spółdzielni, którzy zostali ze spółdzielni relegowani przez prezesa jej zarządu zwanego przez nas faryzeuszem.  Sąd uchylił pięć uchwał z dnia 24 marca 2014 r. Tymi uchwałami statusu członka spółdzielni przez nową radę nadzorczą pozbawieni zostali byli radni SBM ZACHÓD:Antoni Przechrzta, Jan Siekierka, Marek Wielicki, Henryk Franczak i Joanna Godlewska.  

W uzasadnieniu wyroku Sędzia Krystyna Dymek orzekała co następuje : Uchwały o wykluczeniu członków należało uchylić, ponieważ wskazane w tych uchwałach   przyczyny wykluczenia nie potwierdziły się w postępowaniu dowodowym. Są one również sprzeczne zarówno z Prawem Spółdzielczym jaki Statutem   Spółdzielni, które mówią, że wykluczenie członka ze spółdzielni jest  szczególną represją stosowaną w wypadkach uporczywego działania na szkodę spółdzielni a w tym przypadku było wręcz przeciwnie. Jak zeznał prezes zarządu spółdzielni Zbigniew Gawron było to jednorazowe działanie tylko w przedmiocie odwołania poprzedniego   zarządu. Zdaniem zeznającego, gdyby do tego nie doszło, nie doszłoby do wykluczenia.

Jako   członkowie Rady Nadzorczej mieliście państwo prawo i obowiązek działania, sprawdzania i nadzorowania pracy spółdzielni. Jeżeli spółdzielnia jako całość nie była zadowolona z państwa pracy to wystarczającym skutkiem niezadowolenia mogło być odwołanie Was z rady nadzorczej a nie wykluczenie ze spółdzielni. Wykluczenie ze spółdzielni nosiło cechy odwetu za podjęte działania, ponieważ przyczyny wskazane    w uzasadnieniu uchwał dotyczących wykluczenia w ogóle nie zostały potwierdzone w postępowaniu.

Zarzut narażenia spółdzielni na koszty związane z organizacją  Walnego Zgromadzenia był zarzutem bezzasadnym dlatego, że obowiązek zwołania Walnego Zgromadzenia wynikał w tym   przypadku z ustawy o spółdzielniach i państwo wykonywali w tych okolicznościach tylko   swoje obowiązki. Sąd obciążył kosztami wpisu i zastępstwa procesowego SBM ZACHÓD.

Wyrok pozwala wyrazić uznanie dla SSO Krystyny Dymek w Warszawie . 

 

Niby kapitalizm

Niby Kapitalizm

 

Tak jak niegdyś fałszywie używano słowa „demokracja” do opisywania sowieckiego totalitaryzmu, tak dziś nadużywa się słów „wolny rynek” i „wolna konkurencja” do opisywania ustroju gospodarczego, który z liberalnym kapitalizmem nie ma nic wspólnego. Procesy gospodarcze kontroluje się obecnie o wiele skuteczniej niż w czasach siermiężnego socjalizmu. Współczesne elity sprawujące realną władzę wykorzystują do tego nieporównanie bardziej wyrafinowane metody i zaawansowane technologie. Naszych rodziców i dziadków ujarzmiano strzałem w potylicę i przesłuchaniami w esbeckich katowniach. Nas zmusza się do uległości odcinając od możliwości podjęcia zatrudnienia i zdobywania środków do życia, pozostawiając banicję, jako alternatywę dla samobójstwa.

Trudna do zrozumienia groteskowość systemu komunistycznego polegała między innymi na tym, że na ogromnym, głodnym wszystkiego środkowoeuropejskim rynku nie udało się zorganizować silnej i stabilnej gospodarki. Niezaspokojony popyt — marzenie każdego normalnego przedsiębiorcy — nie miał żadnego biznesowego znaczenia w modelu gospodarczym, który w każdym detalu poddany był kontroli komunistycznej ideologii oraz partyjnej nomenklatury. Naturalne prawo popytu i podaży nie działało w czasach, gdy jedyną poprawną politycznie formą gospodarowania były tzw. jednostki gospodarki uspołecznionej. Choć dziś może to dziwić, pomimo ogromnego popytu brakowało wszystkiego — od mieszkań, po środki higieny osobistej… i to nie było śmieszne, bo bieda pozbawia godności, deprawuje i rodzi patologie.

Reglamentowanie deficytowych dóbr służyło przede wszystkim do ujarzmiania społeczeństwa, a także do pozyskiwania bezpieczniackiej agentury i jej współpracowników. W zamian za  pieniądze i resortowe przywileje funkcjonariusze służby bezpieczeństwa, milicji obywatelskiej i ludowego wojska polskiego infiltrowali, donosili i rozbijali opozycję, niszcząc bez skrupułów życie dysydentów i ich rodzin. Mimo totalnej kontroli, nie udało się komunistom zapewnić życia w dostatku i szczęściu. Próby zbudowania ustroju opartego na fałszywych pryncypiach, kłamstwach i zbrodniach zakończyły się ostatecznie nędzą, hiperinflacją oraz zdeterminowanym oporem wzburzonego, zamkniętego w socjalistycznym obozie społeczeństwa.

Dwa dziesięciolecia na przełomie wieków były okresem względnej wolności gospodarczej, ponieważ dla konieczności zbudowania nowego państwa i gospodarki na ruinie PRL nie było alternatywy. Początki nie były łatwe, ponieważ w okresie komuny zniszczono lub zmuszono do emigracji tych wszystkich, którzy posiadali do tego odpowiednie kompetencje. Budowanie nowej rzeczywistości ustrojowej odbywało się na zasadach improwizacji — metodą prób i błędów, w politycznym chaosie oraz z niewielkim zaangażowaniem krajowego kapitału, bo tylko nieliczni posiadali tutaj jakieś większe pieniądze. Wspaniałomyślnie, jak się mogło wówczas wydawać, pomagały nam kraje zamożnego Zachodu oferując know-how, konsultantów, fundusze pomocowe, stypendia oraz kapitał inwestycyjny. Wspierając  nas w budowaniu demokracji i kapitalistycznej gospodarki instalowały jednocześnie przyczółki dla swojej kolonialnej ekspansji.

Ich partnerem, o dziwo, była przede wszystkim stara komunistyczna nomenklatura oraz dogadana  z nią przy Okrągłym Stole postsolidarnościowa opozycja, czyli te gremia polityczne, które nadal kontrolowały najważniejsze instytucje państwowe i gospodarkę, bez względu na to, która partia znajdowała się aktualnie przy władzy. W zamian za  kontrolę polityki personalnej tutejszych przedstawicielstw zachodnich koncernów oraz inne korzyści, postkomunistyczne elity gwarantowały zagranicznym partnerom ochronę ich interesów, dostęp do polskiego rynku, taniej siły roboczej oraz korzystne rozwiązania legislacyjne i decyzje administracyjne, umożliwiające kolonialną eksploatację na preferencyjnych warunkach zarówno naszych narodowych zasobów, jak i prywatnych kieszeni.  W ten sposób wykreowano klasę tutejszych kompradorów, która w perspektywie realnej zmiany ustroju państwa (nie pozorowanej, jak w roku 1989.) zaciekle broni swoich uprzywilejowanych pozycji, korzystając z propagandowego wsparcia mediów informacyjnych należących prawie w całości do zagranicznych — głównie niemieckich — koncernów.

Paradoksalnie, pomimo licznych hipermarketów, reglamentowanie dostępu do dóbr materialnych nadal pozostaje podstawowym narzędziem panowania nad polskim społeczeństwem i neutralizowania antysystemowej opozycji. Metody są jednak inne, niż te z okresu PRL. Dziś nie  ogranicza się dostępu do towarów w sklepach, ale do pracy i pieniędzy. Możliwe to jest dzięki pełnej, niejawnej kontroli funkcjonowania przedsiębiorstw, kontroli dostępu do rynków oraz kontroli dostępu do miejsc pracy w sektorze publicznym i prywatnym.

Z wyjątkiem niewielkich lokalnych warsztatów i sklepików, bez zgody tajnych służb nie rozwinie w Polsce działalności żaden znaczący przedsiębiorca, ponieważ odcięty zostanie od zamówień i zleceń, źródeł finansowania, licencji, wydrenowany będzie z know-how, a ponadto uwikłany w niekończące się postępowania skarbowe i administracyjne (jak choćby Roman Kluska i Optimus).  Nie otrzyma również szybkiej i skutecznej ochrony swoich interesów w postępowaniach  przed dyspozycyjnymi prokuraturami i sądami. Zagraniczne marki nie wejdą na polski rynek zanim nie ułożą się z tajnymi służbami, reprezentowanymi przez specjalnie powołane do pośredniczenia w takich sprawach spółki.

W departamentach polityki personalnej każdej większej firmy (działającej za zgodą służb) zatrudnieni są natomiast funkcjonariusze dysponujący możliwościami błyskawicznego prześwietlenia każdego życiorysu, podejmujący ostateczne decyzje o zatrudnieniu. Kompetencje kandydata do pracy nie mają większego znaczenia, ponieważ dobra praca jest tylko dla osób powiązanych z resortami bezpieczeństwa, ich rodzin i współpracowników, natomiast dla pozostałych — niewolniczy wyzysk i szklany sufit. Nadal obowiązuje stara resortowa zasada BMW — Bierny, Mierny, aby Wierny.

Mechanizmy kontroli rynku, przedsiębiorstw i rynku pracy działają dyskretnie i większość ludzi nie uświadamia sobie tych utajnionych procedur. Dostrzegają jedynie fragment rzeczywistości —  trudne do zrozumienia i pokonania bariery, które ograniczają ich szanse na rynku pracy, a w konsekwencji dostęp do wielu podstawowych dóbr materialnych, niezbędnych do ułożenia sobie godnego życia. Zderzając się w ojczystym kraju z barierą totalnej niemożności, nie analizują jej przyczyn, ale podejmują decyzję o opuszczeniu Polski — najpierw na jakiś czas, a później na stałe, bo nie mają do czego wracać. Emigrują najczęściej ludzie młodzi, niemający nic do stracenia,  którzy swoje szanse na pieniądze oraz zawodowy i osobisty rozwój oceniają tutaj prawie na zerowe. Miłość do ojczyzny staje się dla nich frazesem, skoro ojczyzna tej miłości nie odwzajemnia, a za jej okazywanie mogą zapłacić utratą środków do życia i perspektyw, ostracyzmem, biedą i społecznym wykluczeniem.

Niby-kapitalizm, który wyewoluował z socjalistycznej demokracji spowodował, że patriotyzm stał się domeną głównie emerytów, mających zapewnione jako takie utrzymanie; bezrobotnych na utrzymaniu swoich rodzin, żyjących nadzieją na zmiany; polityków oraz bezpieczniackiej agentury, zadaniowanej do kompromitowania i rozbijania autentycznych opozycyjnych środowisk. Patologiczny, pasożytniczy, niemający nic wspólnego z wolnym rynkiem i wolną konkurencją system gospodarczy pogłębia przepaść między nieliczną warstwą zamożnych kompradorskich elit i skazaną na zdeklasowanie resztą społeczeństwa. W dłuższej perspektywie zbankrutuje, tak jak zbankrutowała gospodarka epoki realnego socjalizmu.

Łukasz Rzetelski   |   Źródło: info.jawamedia.pl

Kacyk w Polsce

Kacyk w Polsce

Kacyk poza kontrolą

Te są chyba w rękach służb, a nie pracowników uniwersytetu. Pytanie jest jednak takie. Komu opłaca się to kontrolować, gdy interesy kontrolujących i kontrolowanych są wspólne?

Ze smutkiem muszę powiedzieć, że widać to po ostatnich wypadkach w PSL-u. Kiedy czytam, jak zatrzymany poseł awanturuje się z policją i krzyczy, że nie mogą go dotykać, bo on zna posła Burego i ich załatwi, to w jego przekonaniu, że może to zrobić, widzę kwintesencję tego, jak takie układy działają. Ci, którzy mogliby z tym coś zrobić, bardzo często w nich uczestniczą.

Ci, którzy chcieliby z nimi coś zrobić, są bardzo często za słabi.

Taka kontrola jest też rolą mediów. Jednak media lokalne są słabe i zależne.

Zależą od pieniędzy z urzędów. Jak można się spodziewać, że redaktor gazety, która, żeby przeżyć, potrzebuje pieniędzy od gminy, będzie pisał coś obiektywnego? Wprawdzie przybywa niezależnych mediów, przede wszystkim w sieci, ale wciąż nie mają wystarczającej siły. Media są ważne, ale sprawa dotyczy nie tylko ich. W takich układach potrafią uczestniczyć komendanci policji, prokuratorzy, ba, zdarza się, że sędziowie. Tutaj bym się zgodził z teorią PiS, który mówi, że państwo jest za słabe. Nie radzi sobie z zapobieganiem takim patologiom.

Jest też problem z kompetencjami w lokalnych urzędach. Przy czym chciałbym z całą mocą podkreślić, że nie chodzi o wszystkich – jest tam wielu ludzi, którzy robią fantastyczną robotę. Jednak zaryzykowałbym stwierdzenie, że większość stanowią ludzie za słabo przygotowani, by realizować interesy przypisane do pozycji. Powodem jest to, jak się tam zatrudnia. Przyjmuje się, bo ktoś kogoś zna. Albo należy do „rodziny”. W socjologii mówimy o „brudnym kapitale społecznym”.

Doskonałym przykładem tego, jak on działa są południowe Włochy.

Ciekawa dygresja. Włochy to kraj, który pokazuje się jako przykład miejsca, gdzie te same rozwiązania instytucjonalne przynoszą na północy i południu skrajnie różne efekty. Czy u nas jest tak jak w okolicach podeszwy włoskiego buta? Ludzie psują dobre instytucje?

Moim zdaniem samorząd jest przereklamowany. Z całą pewnością wielką bolączką jest jego nadmierne upolitycznienie, które przenosi chorobę polityki w dół. Nawet jeżeli wójt jest bezpartyjny, to musi się liczyć z realiami w powiecie lub województwie i zawsze musi się wpisać w jakiś układ. Opozycyjny – licząc, że jak się zmieni, to będzie przy przysłowiowym „korycie”, lub rządzący. Byłem świadkiem rozmów po wyborach samorządowych, gdzie nowa ekipa bez żadnego skrępowania mówiła, że teraz jest ich czas i muszą sobie odbić poprzednie kilka lat.

Opłaca się mieć zły samorząd? Zdaje się to wyglądać tak, że dobry wójt spoza układu nie może liczyć na środki, na które może liczyć zły, ale z układu. Taki system musi korumpować.

To doskonale widać na poziomie dyrektorów departamentów w administracji wojewódzkiej. Dobrych menedżerów się bezczelnie wyrzuca – zaburzają przepływy i ułożony porządek rzeczy. Wartościowi ludzie nie mogą tego znieść i uciekają do biznesu. Jest ich coraz więcej. Inni zakładają, że zrobią, ile się da, w warunkach, w których nieustannie trzeba kopać się z koniem.

To nie wszystko. Dużo się mówi, że to była udana reforma. Powiedziałbym jednak: zobaczcie na budżet. Żyjemy na kredyt. Trochę jak w okresie gierkowskim, który był genialny, bo żyliśmy za pożyczki. Teraz też wielu wójtów osiąga sukcesy dzięki zadłużaniu gmin. Pożyczają nawet w parabankach, co prowadzi do bankructwa. Zawsze należy pytać, jakie są koszty zmiany na lepsze?

Da się wydać, to się wydaje

Pytanie o koszty zasadniczo należy chyba do tych, które padają zbyt rzadko.

Ja mam przykład z własnego podwórka. Chodzi o świetlice wiejskie. Na pierwszy rzut oka – rewelacja. Można się wykazać i skorzystać z funduszy unijnych na budowę kapitału społecznego. Da się wydać, to się wydaje. Nikt tego nie podważy. Rzecz się łatwo rozlicza i jest potrzebna. Nikt jednak nie pyta, do czego potrzebne jest takie miejsce w każdej wsi, ile to kosztuje i jak to utrzymać? Może taniej byłoby postawić w gminie jedną i zapewnić transport na spotkania? To trochę jak z tymi chodnikami, o których mówiłem wcześniej. To się broni. Jak się to zrobi, to jest lepiej i ładniej. Tylko nikt nie zastanawia się, czy nie lepiej byłoby wydać pieniądze na coś innego – może mniej spektakularnego, ale bardziej potrzebnego.

Może ważniejsza jest edukacja? Może zajęcia dla seniorów? Może kompetencje miękkie?

Jak odróżnić gminę dobrze zarządzaną, od oplątanej przez sieć patologicznych interesów?

Ja to widzę w zrównoważonym rozwoju. Jeżeli trafiam do gminy, w której jest kilka lub kilkanaście miejscowości, i widzę, że wszędzie jest kanalizacja „lub” strategia na rozwiązanie problemów ścieków i wodociągi, to sobie myślę: to jest dobrze funkcjonujący wójt. Jeżeli trafiam w miejsce, gdzie jest jedna centralna miejscowość, która ma wszystko, a inni nic, to się zastanawiam, kto tutaj rządzi. Kryteria są zresztą często dość racjonalne. Inwestuje się tam, gdzie potrzebne są głosy. W miejscowościach, gdzie jest najwięcej mieszkańców.

Lub w swojej.

W swojej przede wszystkim, to jest interes nadrzędny. Zapytał pan, czym jest dobra gmina. Wróćmy, bo ja bym bardzo chciał podkreślić, że mówimy dużo o patologiach, ale to nie znaczy, że wszystkie samorządy są takie. Są też dobre. I tutaj też są znaki rozpoznawcze. Największy kłopot zawsze jest z oświatą. Jeżeli ta jest w miarę równomiernie rozrzucona w gminie, to można zakładać, że to jest wójt, który dobrze wykorzystuje środki. Oczywiście to nie wszędzie się sprawdza, bo czasami centra trzeba tworzyć. Tutaj każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie.

Ja jako pozytywny przykład lubię wskazywać Tryńczę koło Przeworska na Podkarpaciu. Warto zajrzeć. Działa tam 11 zespołów muzycznych…

11?

  1. Ludzie lubią śpiewać. Przy okazji się spotykają. Wójt w tej miejscowości przygotował nawet salę, w której rozwiązuje się konflikty. To bardzo estetycznie i przyjemnie przygotowane miejsce. Zadbano o klimatyzację, a także to, żeby kawa dobrze smakowała. To działa. Po pierwsze, się rozmawia. Po drugie, w komfortowych warunkach łatwiej dochodzi się do porozumienia. Ludzie są zaangażowani. Społeczność żyje. Jest pomysł na rozwój.

Źródło: Onet z 30.11.2015 r.

Układ

Układ czy setki tysięcy układów.

Piotr Nowak: Polską lokalną rządzą sieci interesów

Tomasz Borejzapublicysta i dziennikarz. Pisze m. in. dla tygodników Cooltura oraz Przegląd

Na czele typowego układu, który trzęsie Polską lokalną, stoi poseł. Dalej – opowiada dr hab. Piotr Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego – są urzędy marszałkowskie i mający umocowanie polityczne pośrednicy w powiatach. Na samym dole takiej piramidy znajdują się gminy, gdzie polityka przekłada się na kontrakty oraz etaty. – Wie pan, jak to brzmi? Jak klasyczny układ feudalny – mówię, a w odpowiedzi słyszę: „Mnie się przypomina sytuacja z Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą”.

Tomasz Borejza: Bez owijania. Czy Polską lokalną rządzą kliki?

Dr hab. Piotr Nowak: Powiedziałbym raczej, że rządzą nią sieci interesów. Najważniejsi są tam ci, którzy rozdają pieniądze – przede wszystkim unijne, ale też ci, którzy mogą mieć wpływ na kontrakty lub pozyskanie dobrej pracy. Przy czym interesy nie zawsze trzeba tu rozumieć negatywnie.

Nowe wybory samorządowe już w 2016 r.? Teoretycznie to możliwe

Wydzielenie nowych województw byłoby powodem dla przeprowadzenia wcześniejszych wyborów samorządowych – już na wiosnę bądź jesienią 2016 r. To teoretycznie możliwy scenariusz, ale ostatecznej decyzji o zmianie administracyjnej mapy Polski nie ma. Reforma samorządowa wiązałaby się m.in. z perturbacjami w podziale pieniędzy unijnych

Jak wygląda taka sieć?

Na górze zwykle jest jakiś poseł. Najlepiej jak ma tzw. przełożenie na Warszawę i dojście do jakiegoś ministerstwa. W województwie lub powiecie znajduje się gwiazda takiego układu. Na ogół jest to człowiek umocowany politycznie, który pełni rolę pośrednika. Często ci „organizatorzy” znajdują się też w starostwach powiatowych. Duże znaczenie ma urząd marszałkowski, bo tam są pieniądze i realny wpływ na politykę w lokalnych społecznościach. Natomiast na dole jest poziom gminny, gdzie to wszystko przekłada się na konkrety – kontrakty i etaty.

Wie Pan, jak to brzmi? Jak klasyczny układ feudalny.

Mnie się przypomina sytuacja z Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą. Na czele stał kacyk. Była egzekutywa wojewódzka. I byli: wątek ekonomiczny – dyrektorzy państwowych zakładów, którzy zależeli od sekretarza. On dzisiaj także jest obecny, tylko w inny sposób. Inny, bo dyrektorów zastąpili prywatni przedsiębiorcy. Tylko że ci prywatni przedsiębiorcy bardzo często środki czerpią z kontraktów państwowych i dotacji unijnych. Są włączeni w system wspólnych interesów.

Kontrakty?

Pisze się SIWZ-y (specyfikację istotnych warunków zamówienia – tb). Teoretycznie powinna decydować cena i aspekty merytoryczne (doświadczenie, wiedza, dostępność kadr, jakość pomysłu wykonania usługi), które teoretycznie mają zabezpieczyć jakość wykonanej usługi, a w praktyce jest to wygodna furtka, aby postawić takie wymagania, żeby wykluczyć firmy z zewnątrz. Ludzie będący wewnątrz sieci zmawiają się, kto ma dostać kontrakt i taka firma go dostaje. Stąd biorą się absurdalne sytuacje, w których te same rzeczy są kilkukrotnie tańsze na wolnym rynku niż w zamówieniach publicznych. Może chodzić o sprawy prozaiczne – na przykład budki przystankowe.

Jak to jest możliwe?

Odpowiedź to układy. Tak jest w miastach. Tak jest na wsi.

Realizuje się inwestycje nie dlatego, że są potrzebne, ale dlatego, że da się wydać pieniądze?

Często. Celem wydawania pieniędzy niekoniecznie jest wizja programowa. Bywa nim znajomość konkretnego wykonawcy. Skoro coś może wykonać „swój”, to się właśnie to robi. Mam na swoim terenie brukarzy? Zrobię chodniki. Nie zawsze chodzi o korupcję. Często o brak kompetencji i specyficzny sposób rozumienia interesu społecznego. Przy czym bardzo trudno jest tego dowieść, stosując tradycyjne narzędzia badań społecznych.

Kacyk poza kontrolą

Te są chyba w rękach służb, a nie pracowników uniwersytetu. Pytanie jest jednak takie. Komu opłaca się to kontrolować, gdy interesy kontrolujących i kontrolowanych są wspólne?

Ze smutkiem muszę powiedzieć, że widać to po ostatnich wypadkach w PSL-u. Kiedy czytam, jak zatrzymany poseł awanturuje się z policją i krzyczy, że nie mogą go dotykać, bo on zna posła Burego i ich załatwi, to w jego przekonaniu, że może to zrobić, widzę kwintesencję tego, jak takie układy działają. Ci, którzy mogliby z tym coś zrobić, bardzo często w nich uczestniczą.

Ci, którzy chcieliby z nimi coś zrobić, są bardzo często za słabi.

 

Źródło: Onet

Spółdzielnie Mieszkaniowe

Spółdzielnie mieszkaniowe

Jakie są zasady i podstawy prawa spółdzielczego? Co należy do ich istoty?

Spółdzielnie mieszkaniowe stanowią podstawową formę zaspokajania potrzeb mieszkaniowych w miastach, mają też kluczowe znaczenie w polskiej spółdzielczości. Liczba członków spółdzielni mieszkaniowych przekracza 12 mln. 

Spółdzielnie mieszkaniowe zarządzają zasobami mieszkaniowymi a ostatnio podjęły działalność deweloperską, śmiertelnie niebezpieczną działalność finansową dla zrzeszonych. 

  • Z założenia, spółdzielnie mieszkaniowe powinny budować po kosztach bez uzyskiwania z działalności deweloperskiej zysków, 
  • Mieszkania spółdzielcze powinny być też tańsze od mieszkań budowanych przez prywatnych deweloperów.

Obecnie spółdzielczość mieszkaniowa funkcjonuje na podstawie ustawy z dnia 15 grudnia 2000 r. o spółdzielniach mieszkaniowych oraz ustawy z dnia 16 września 1982 r. — Prawo spółdzielcze. Należy mieć na uwadze, że ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych była kilka razy nowelizowana, również kilka razy była negatywnie oceniana przez Trybunał Konstytucyjny. Te okoliczności spowodowały, że do Sejmu wpłynął nowy projekt  ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych (druk nr 3494). Inicjatorem tego projektu jest Klub Parlamentarny Platforma Obywatelska. W Podkomisji Infrastruktury prace zostały zakończone …  niestety  BEZ  EFEKTYWNIE.

Projekt ten spotkał się z uzasadnioną krytyką wielu środowisk spółdzielczych (Krajowej Rady Spółdzielczej, Spółdzielczych Związków Rewizyjnych), a także ekspertów. 

Byłoby niewskazane, ażeby w takim kształcie  wszedł on w życie, gdyż spowodowałby praktycznie likwidację spółdzielni mieszkaniowych w naszym kraju. Projekt ten nie służyłby spółdzielniom mieszkaniowym, a przede wszystkim członkom tych spółdzielni. 

Likwiduje on m.in. lustrację, powierzając zadania w tym przedmiocie ministrowi finansów, a także wprowadza nadzór ministra infrastruktury nad wszystkimi spółdzielniami mieszkaniowymi. 

Wprowadzenie nadzoru administracyjnego cofa polską spółdzielczość do wczesnych lat 50. ubiegłego wieku. 

Jest to naruszenie zasady autonomii spółdzielczej oraz zasady samorządności spółdzielczej, a to podstawowe zasady prawa spółdzielczego, w oparciu o które funkcjonuje cała spółdzielczość w świecie. 

Można tu zapytać o paradoks, który polega na tym, że Platforma w kampanii forowała liberalny postulat: Jak najmniej państwa! W praktyce zaś widzimy, że tego państwa jest coraz więcej, i to w coraz szerszych dziedzinach życia.

Spółdzielczość w okresie PRL-u była objęta gospodarką nakazowo-rozdzielczą, a majątek spółdzielni nie stanowił własności członków, lecz był własnością społeczną.  

Spółdzielnie mieszkaniowe, w szczególności zaczęły rozwijać się w latach 70. W tym czasie spółdzielnie mieszkaniowe były jednym z podstawowych i najważniejszych segmentów spółdzielczości. 

Na mieszkanie czekało się wtedy kilka lat. Mieszkanie spółdzielcze było towarem, podobnie jak obecnie. Możliwość ustanawiania odrębnej własności lokalu w szerokim zakresie wprowadzono ustawą z dnia 15 grudnia 2000 r. o spółdzielniach mieszkaniowych, ale  nieliczni  byli  do  tego dopuszczeni.

Po zmianie ustroju spółdzielnie mieszkaniowe przestały być preferowane przez państwo, które nie udziela już im długoterminowych, niskooprocentowanych kredytów. 

Spółdzielnie mieszkaniowe nowe budynki budują ze środków swoich członków. Nie jest rzadkością  sytuacja, kiedy spółdzielnie mieszkaniowe upadają i osoby, które wpłaciły na mieszkanie, tego mieszkania nie uzyskują, a zaciągniętą pożyczkę muszą spłacać. 

Spółdzielnie mieszkaniowe w zakresie działalności deweloperskiej podlegają tym samym regułom, co prywatne firmy deweloperskie. Fakt ten  czyni  działania deweloperskie spółdzielni  śmiertelnie niebezpiecznym dla członków spółdzielni, ze środków których realizowane są  budowle,  pod które  zabierane są  grunty dotychczasowych właścicieli !!!! Zysk  głównie  „idzie do kieszeni”  organów spółdzielni. 

Ogólny kierunek zmian w prawie spółdzielczym nie może być oceniany pozytywnie.

Mówiąc wprost w ww dokonywaniach brakuje spójności oraz głębokiego uzasadnienia w działaniach aktualnie prowadzonych w spółdzielniach mieszkaniowych. W obecnym kształcie działalność ta narusza przepisy Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Wprowadza bez uzasadnienia szereg nowych instytucji odbiegających kształtem od instytucji uregulowanych w przepisach ogólnych prawa spółdzielczego (w ustawie matce).

Zostanie ona zmarginalizowana i przestanie się rozwijać. Gdyby w obecnym kształcie projekt ustawy został uchwalony, z całą pewnością zostałaby zaskarżona konstytucyjne, gdyż łamie on szereg zasad konstytucyjnych.  Podkreślam zdecydowanie i jednoznacznie, że nie jest to moja ocena tego projektu, gdyż nie uczestniczę w pracach legislacyjnych nad projektem ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych w charakterze eksperta, mimo że problematyka spółdzielczości mieszkaniowej jest mi bliska.

 

Spółdzielnie mieszkaniowe

Spółdzielnie Mieszkaniowe

 

Jakie są zasady i podstawy prawa spółdzielczego? Co należy do ich istoty?

Spółdzielnie mieszkaniowe stanowią podstawową formę zaspokajania potrzeb mieszkaniowych w miastach, mają też kluczowe znaczenie w polskiej spółdzielczości. Liczba członków spółdzielni mieszkaniowych przekracza 12 mln. 

Spółdzielnie mieszkaniowe zarządzają zasobami mieszkaniowymi a ostatnio podjęły działalność deweloperską, śmiertelnie niebezpieczną działalność finansową dla zrzeszonych. 

  • Z założenia, spółdzielnie mieszkaniowe powinny budować po kosztach bez uzyskiwania z działalności deweloperskiej zysków, 
  • Mieszkania spółdzielcze powinny być też tańsze od mieszkań budowanych przez prywatnych deweloperów.

Obecnie spółdzielczość mieszkaniowa funkcjonuje na podstawie ustawy z dnia 15 grudnia 2000 r. o spółdzielniach mieszkaniowych oraz ustawy z dnia 16 września 1982 r. — Prawo spółdzielcze. Należy mieć na uwadze, że ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych była kilka razy nowelizowana, również kilka razy była negatywnie oceniana przez Trybunał Konstytucyjny. Te okoliczności spowodowały, że do Sejmu wpłynął nowy projekt  ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych (druk nr 3494). Inicjatorem tego projektu jest Klub Parlamentarny Platforma Obywatelska. W Podkomisji Infrastruktury prace zostały zakończone …  niestety  BEZ  EFEKTYWNIE.

Projekt ten spotkał się z uzasadnioną krytyką wielu środowisk spółdzielczych (Krajowej Rady Spółdzielczej, Spółdzielczych Związków Rewizyjnych), a także ekspertów. 

Byłoby niewskazane, ażeby w takim kształcie  wszedł on w życie, gdyż spowodowałby praktycznie likwidację spółdzielni mieszkaniowych w naszym kraju. Projekt ten nie służyłby spółdzielniom mieszkaniowym, a przede wszystkim członkom tych spółdzielni. 

Likwiduje on m.in. lustrację, powierzając zadania w tym przedmiocie ministrowi finansów, a także wprowadza nadzór ministra infrastruktury nad wszystkimi spółdzielniami mieszkaniowymi. 

Wprowadzenie nadzoru administracyjnego cofa polską spółdzielczość do wczesnych lat 50. ubiegłego wieku. 

Jest to naruszenie zasady autonomii spółdzielczej oraz zasady samorządności spółdzielczej, a to podstawowe zasady prawa spółdzielczego, w oparciu o które funkcjonuje cała spółdzielczość w świecie. 

Można tu zapytać o paradoks, który polega na tym, że Platforma w kampanii forowała liberalny postulat: Jak najmniej państwa! W praktyce zaś widzimy, że tego państwa jest coraz więcej, i to w coraz szerszych dziedzinach życia.

Spółdzielczość w okresie PRL-u była objęta gospodarką nakazowo-rozdzielczą, a majątek spółdzielni nie stanowił własności członków, lecz był własnością społeczną.  

Spółdzielnie mieszkaniowe, w szczególności zaczęły rozwijać się w latach 70. W tym czasie spółdzielnie mieszkaniowe były jednym z podstawowych i najważniejszych segmentów spółdzielczości. 

Na mieszkanie czekało się wtedy kilka lat. Mieszkanie spółdzielcze było towarem, podobnie jak obecnie. Możliwość ustanawiania odrębnej własności lokalu w szerokim zakresie wprowadzono ustawą z dnia 15 grudnia 2000 r. o spółdzielniach mieszkaniowych, ale  nieliczni  byli  do  tego dopuszczeni.

Po zmianie ustroju spółdzielnie mieszkaniowe przestały być preferowane przez państwo, które nie udziela już im długoterminowych, niskooprocentowanych kredytów. 

Spółdzielnie mieszkaniowe nowe budynki budują ze środków swoich członków. Nie jest rzadkością  sytuacja, kiedy spółdzielnie mieszkaniowe upadają i osoby, które wpłaciły na mieszkanie, tego mieszkania nie uzyskują, a zaciągniętą pożyczkę muszą spłacać. 

Spółdzielnie mieszkaniowe w zakresie działalności deweloperskiej podlegają tym samym regułom, co prywatne firmy deweloperskie. Fakt ten  czyni  działania deweloperskie spółdzielni  śmiertelnie niebezpiecznym dla członków spółdzielni, ze środków których realizowane są  budowle,  pod które  zabierane są  grunty dotychczasowych właścicieli !!!! Zysk  głównie  „idzie do kieszeni”  organów spółdzielni. 

Ogólny kierunek zmian w prawie spółdzielczym nie może być oceniany pozytywnie.

Mówiąc wprost w ww dokonywaniach brakuje spójności oraz głębokiego uzasadnienia w działaniach aktualnie prowadzonych w spółdzielniach mieszkaniowych. W obecnym kształcie działalność ta narusza przepisy Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Wprowadza bez uzasadnienia szereg nowych instytucji odbiegających kształtem od instytucji uregulowanych w przepisach ogólnych prawa spółdzielczego (w ustawie matce).

Zostanie ona zmarginalizowana i przestanie się rozwijać. Gdyby w obecnym kształcie projekt ustawy został uchwalony, z całą pewnością zostałaby zaskarżona konstytucyjne, gdyż łamie on szereg zasad konstytucyjnych.  Podkreślam zdecydowanie i jednoznacznie, że nie jest to moja ocena tego projektu, gdyż nie uczestniczę w pracach legislacyjnych nad projektem ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych w charakterze eksperta, mimo że problematyka spółdzielczości mieszkaniowej jest mi bliska.

 

Spółdzielnie mieszkaniowe

Czy spółdzielnie mieszkaniowe  to przeżytek?

Wielokrotnie posłanka Lidia Staroń przekonywała społeczeństwo, dziennikarzy, że obowiązujące dziś regulacje prawne dotyczące spółdzielni mieszkaniowych są najdelikatniej mówiąc  niejasne, niespójne, wiele nosi znamiona przestępczości, niekonstytucyjności.  

W jej [wnikliwej] ocenie propozycje Platformy miały za zadanie 

  1. zwiększyć kontrolę nad spółdzielniami, 

 

  • umocnić pozycję walnego zgromadzenia członków, 
  • wprowadzić personalną odpowiedzialność zarządu za działania na szkodę spółdzielni lub jej członków,    a co 
  • najważniejsze, uprościć uwłaszczenia, czyli przekształcenia mieszkań spółdzielczych we własnościowe [dawno spłacone, fakt ukrywany bezczelnie przez zarządy]. 

 


Bezspornym  faktem jest, że po 1989 r. czyli  w ramach kontrolowaej  transformacji –  znaczenie spółdzielczości, w tym mieszkaniowej, dramatycznie w Polsce zmalało. Podczas gdy w bardziej rozwiniętych krajach Zachodu,  ruch ten jest   i  pozostaje  liczącym się elementem życia gospodarczego i społecznego. 

Przedstawiciele Związku Spółdzielczości w Polsce  manipulując danymi stwierdzili, większość kosztów utrzymania lokalu mieszkalnego – energia cieplna, woda, kanalizacja, śmieci, podatek, ubezpieczenie – jest całkowicie niezależna od władz spółdzielni .  To domena instytucji państwowych, takich jak Urząd Regulacji Energetyki. Koszty te stanowią dziś ok. 70% opłat za mieszkania, a spółdzielnie nie mają na nie żadnego wpływu. Remonty i konserwacje pochłaniają ponad znaczącą wielkość kosztów, niestety dwa razy za mało, by racjonalnie dbać o majątek spółdzielczy. Na utrzymanie administracji spółdzielczej zostaje zatem tylko 9%.  Oczywiste kłamstwo.  Każdy  myślący spółdzielca wie na czym polegają „zyski” zarządów spółdzielni,  ile  faktycznie  powinny wynosić koszty eksploatacyjne. Każdy  myślący spółdzielca ma świadomość, ile wynoszą  zarobki  armii  pracowników spółdzielni, głównie  rodzin i  faworytów  królika,  i  na jakim poziomie  jest realizowana  ich  praca ! 

Dziś, gdy w Polsce bardzo wielu ludzi, szczególnie wchodzących w dorosłość, nie stać na zakup mieszkania, wsparcie przez państwo spółdzielni mieszkaniowych wydaje się koniecznością.Tymczasem o ile w 2006 r. całościowe wydatki państwa na sferę mieszkaniową wyniosły 1012,5 mln zł, o tyle w 2010 r. niespełna 823 mln zł. Po roku 2008 rynek mieszkaniowy przeszedł kryzys i deweloperzy mieli kłopoty ze sprzedażą nowo wybudowanych lokali.  Po latach  tzw. uśpienia  a faktycznie ogłupienia spółdzielców, spółdzielnie bezczelnie ze środków zrzeszonych zaczęli budować  mieszkania na sprzedaż.  Nastawienie na zysk przysłania realizację podstawowych działań spółdzielni mieszkaniowych, czyli  działanie  na  rzecz  i  w interesie spółdzielców.  !!!