Archiwa tagu: zarządzanie

Legia Warszawa

Legia Warszawa

Temat na czasie. Kolejne upokorzenie. Czy tak musiało być? Teraz niestety tylko takie mogło być zakończenie występów Legii. Jest to wynik błędów w zarządzaniu organizacją jaką jest Legia Warszawa. Dla mnie jako obserwatora z dalekiej perspektywy, chaos wytworzony w klubie i wszystkich elementach powiązanych nie mógł doprowadzić do niczego dobrego. Sądziłem, że po takich doświadczeniach Prezes Mioduski ma już przygotowane rozwiązanie alternatywne. Tak nie jest. Dopiero go szuka i to po świecie.

Czy podejmie kolejne błędne decyzje? W moim stanie wiedzy tak. Ratowanie w ostatniej chwili mistrzostwa lub wicemistrzostwa Polski i kolejny blamaż w europejskich rozgrywkach klubowych za rok. W obecnych rozgrywkach w najlepszym wypadku przejście do fazy grupowej tylko przy spełnieniu warunku tj. trener lub osoby zatrudnione z układami w europejskiej piłce nożnej. Chyba, że znajdzie rozsądnego doradcę i posłucha jego rad.

Czy prowadzenie piłkarskiego klubu sportowego to jest prosty temat? Nie, jest to bardzo trudny  temat i w Polsce mamy niewiele sukcesów na tym polu. Czy jest proste rozwiązanie? Nie ma. W polskiej piłce nożnej trzeba zmienić wszystko. Na razie wszelkie mankamenty tego sportu przykrywają sukcesy reprezentacji  a tak naprawdę osoba Prezesa Zbigniewa Bonka. Bez niego już dużo wcześniej byłaby widoczna mizerność naszego narodowego sportu. Pan Boniek nie zmienił podstawowych elementów wpływających na klasę sportową piłki klubowej w Polsce a także reprezentacji.

Czy Prezes Mioduski znajdzie rozwiązanie problemów Legii Warszawa? Niestety może tylko na chwilę. Źródła finansowania klubu są w stanie zapaści. Sam Prezes nie posiada własnych pieniędzy, by wspomóc klub w gorszym okresie. Klub to nie tylko pierwsza drużyna. Tak naprawdę w funkcjonowanie klubu, struktur z nim powiązanych jest kilka tysięcy osób. Nie wspomnę o kibicach, kibolach, sympatykach i antagonistach Legii Warszawa. To inna bajka, inne powiązania i relacje.

Zawodowych zarządzających i robiących to skutecznie Polaków jest coraz więcej. Kiedy pojawią się oni w piłce nożnej? W ciągu kilku najbliższych lat. 

Jak właściciele klubów zorientują się, że rzetelną pracą, umiejętnościami zawodowymi, jak zobaczą, że dotychczasowe metody prowadzenia klubów nie pozwalają osiągać zakładanych celów zmienią zasady prowadzenia organizacji i zasady zatrudniania ludzi w klubach. Pierwsze jaskółki się pojawiają ale są skutecznie sprowadzane do właściwego poziomu, Jeszcze jakiś czas.

Temat zarządzania organizacją dotyczy także stowarzyszeń, partii politycznych, ruchów politycznych. Najczęściej od przywódców tych organizacji zależy, czy one trwają, osiągają sukcesy w postaci zdobytych mandatów radnych stanowisk prezydentów, burmistrzów, mandatów posłów, senatorów, posłów europarlamentu.

Z poważaniem

Jan Szymański

Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa

Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa

W Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej powszechnie stosowany jest
paradoks  POZBAWIANIE CZŁONKÓW MIESZKAŃ pod pozorem SZKODZENIA
SPÓŁDZIELNI.- NIEGOSPODARNE ZARZĄDZANIE MIENIEM ZRZESZONYCH SKUTKUJĄCE
MILIONOWYMI STRATAMI,  UKRYWANE   I  NAGRADZANE(sic!)
 
Rabunkowa gospodarka Spółdzielni  wobec  zrzeszonych,  trwa,  ma się
dobrze  dzięki akceptacji rady nadzorczej  (SIC!)
 
Ostatnie lata nieodpowiedzialnego zarządzania mieniem zrzeszonych
„owocujące”  milionowymi stratami [bilans, sprawozdania,
przeprowadzone lustracje] wg planu bezczelnie nazwanego przez
„profesjonalistów naprawczymi”  POKRYJĄ  ZRZESZENI.  Jeszcze o  tym
nie wiedzą, a niektórzy z uwagi na wiek, stan zdrowia nawet nie
zauważą !
 
ZARADNI,  GOSPODARNI INACZEJ,  NIE ZAMIERZAJĄ PONIEŚĆ KONSEKWENCJI  –
wolą  straty przerzucić na NIEUZASADNIONE PODWYŻKI  – wliczone
geszefciarsko w opłaty za mieszkanie  (SIC!)
 
CO  NA  TO  PROKURATURA,  INNE ORGANY,  MINISTER  ds BUDOWNICTWA .?  ….
 
WYGENEROWANIE NIEGOSPODARNOŚCIĄ  WIELOMILIONOWYCH STRAT,  nieudolnego
zarządu spółdzielni MOŻNA OKREŚLIĆ  TYLKO W JEDN SPOSÓB (SIC!)
 
Manewr  obciążenia stratami  zrzeszonych   ma uwierzytelnić
„obowiązek” zrzeszonych do pokrycia sprzeniewierzonych środków (SIC!)
HANIEBNE !   Nieświadomość większości  mieszkańców spółdzielni,
zamierzają przekuć  w  ofiarność typu, „pomożecie”.  Niezależnie od
rodzaju  „uzasadnienia”  tego podłego  działania,
działania sprowadzają się do tego samego –   DZIAŁAŃ NA SZKODĘ
SPÓŁDZIELCÓW  i  konieczności  SKIEROWANIA  DONIESIENIA  DO
PROKURATURY (SIC!)
 
Nie można dopuścić  do kontynuowania uprawianej OD KILKU LAT przez
Zarząd beztroskiej niegospodarności mieniem zrzeszonych.
 
Pozwalanie na  „ROBIENIE UNIKÓW PRZED KONSEKWENCJAMI”,
 
co potwierdziły badania sprawozdania rocznego za 2017 rok,
przeprowadzona lustracja inwestycyjna, przeprowadzony audyt
niezależnych biegłych!.
 
Podkreślenia wymaga fakt, że dla obrony, ochrony zarządzających,
UKRYCIA  ich  niegospodarności,  ukrywane są materiały. Co istotne
przy pełnej bierności rady nadzorczej Warszawskiej Spółdzielni
Mieszkaniowej (SIC!)
 
UKRYWANE – mimo,  że  DZIAŁANIA zarządu PRZYNIOSŁY STRATY WSZYSTKIM
CZŁONKOM, NIE TYLKO FINANSOWE, W POSTACI PIENIĘDZY,
ALE I WIZERUNKOWE ! OD Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej
ODWRACAJĄ SIĘ POTENCJALNI CZŁONKOWIE I KONTRAHENCI. (SIC!)
 
SKUTKI BEZTROSKO UPRAWIANEJ NIEGOSPODARNOŚCI UPRAWNIAJĄ   KAŻDEGO
OBYWATELA / ZRZESZONEGO   DO ZŁOŻENIA   DONIESIENIA O   PODEJRZENIU
NIEPRAWIDŁOWOŚCI [zarząd ma obowiązek dowieść,  nieistnienie
zarzutów]!  I co ważne, składający doniesienie, nie może być z tego
powodu gnębiony!
 
Już na ten moment, żołnierzyki zarządu  pocztą pantoflową puścili
przekaz …na temat stronniczości wymiaru sprawiedliwości dla
kreatywnego zarządu.
Już w komentarzach ….słychać o umorzeniu prokuratorskiego śledztwa –
…”o ewentualnej wygranej w sądzie…” (sic!)
 

Oburzeni

OBURZENI

Wiele razy padało pytanie na co jesteście oburzeni? Odpowiedzią na nie może być nasz statut i program. Wiele osób twierdzi, że taka nazwa to obciach. Nie pozwoli ona na jakikolwiek sukces. Sami funkcjonują wiele lat w życiu społecznym. Mają za sobą niewielkie sukcesiki na lokalnym polu. Brakuje im sukcesu na polu ogólnokrajowym.

My członkowie Rady Koordynacyjnej Stowarzyszenia OBURZENI szukaliśmy i formuły jak i innej nazwy.

Organizacji, mających ambicje polityczne, społeczne jest w Polsce co najmniej kilka tysięcy (takie, które skupiają kilka/kilkanaście osób) i są jakąś formą prawną obowiązującą w Polsce. Z tego rzeczywiście działających, mających uregulowany stan prawny (prawie idealnie) są setki. O większości z nich nikt nie słyszał.

Środowiska oburzonych, pod ta nazwą lub zbliżoną, funkcjonują na całym świecie. Mają różne barwy polityczne, najczęściej podyktowane przez aktualne przywództwo organizacji. My również wywodzimy się z tego środowiska. Jesteśmy odłamem ruchów, które pojawiły się w Polsce w latach 2005 do 2013. W pewnym czasie byliśmy blisko Pawła Kukiza.

Chcąc działać w ramach obowiązującego prawa doprowadziliśmy, (nie bez kłopotów) do rejestracji w KRS naszego stowarzyszenia.

Nazwa OBURZENI budzi kontrowersje. Jednocześnie nie pozostawia prawie nikogo obojętnym. Nie spotkałem nawet jednej osoby, która stwierdziłaby „nigdy na nic nie byłem oburzony”. Za to często słychać w różnych mowach, rozmowach, dyskusjach, że jego uczestnika coś, ktoś, jakieś działanie oburza. Są narzędzia pozwalające ocenić, czy dana nazwa jest akceptowalna w życiu politycznym. Nauki zarządzania/kierowania organizacjami podają wiele takich narzędzi. Podstawowe z nich stosują wszystkie partie polityczne i organizacje społeczne mające ambicję odgrywać kluczowe role w swoim segmencie działania. Narzędzia użyte przez nas do badania, utwierdziły Radę Koordynacyjną, że nazwa OBURZENI jest prawidłowa. Nawet jeden z członków Rady,  poszukujący od wielu lat, innej nazwy zaakceptował fakt, że OBURZENI są już marką. Bieżącym przykładem, że Stowarzyszenie Oburzeni funkcjonuje w obrocie politycznym jest użycie naszej nazwy przez posła Jakubiaka z ruchu Kukiz 15.  

Ja jako Przewodniczący podkreślam, nastawiłem się na budowę stabilnej, trwałej formacji politycznej, która będzie stawiała na uczciwość, rzetelność oraz pracę na rzecz interesu Polski.

Nazwa OBURZENI dobrze oddaje  nasze nastroje, po obserwacji zachowań i działań wszystkich obecnych na scenie politycznej, graczy.

Z poważaniem

Jan Szymański

 

Stowarzyszenie OBURZENI

Stowarzyszenie OBURZENI

Zmiana jest to jedno ze słów i określeń, które opisują to co wokół każdego z nas się dzieje w większości płaszczyzn naszego życia. Stowarzyszenie również im podlega. Moje podjęcie się przewodniczenia/przewodzenia stowarzyszeniu OBURZENI jest tego konsekwencją. Wywodzimy się z ruchów powstałych w Polsce po 2010 roku. Sukcesem zakończyło się działanie osób skupionych wokół Pawła Kukiza. Narosło wiele kontrowersji wokół jego sposobów działania, osób, które wybrał do skonsumowania swojego sukcesu. Wielu wieszczyło Kukizowi porażkę na początku jego działalności politycznej. Taki osąd sytuacji miało również środowisko bliskie Markowi Ciesielczykowi i Antoniemu Gutowi. Dlatego podjęli decyzję o założeniu stowarzyszenia wpisanego w ramy prawne Polski. Stąd rejestracja w KRS.

Po czterech latach działania kolejne zmiany w stowarzyszeniu. Z pierwszych władz pozostały dwie osoby Marek Ciesielczyk i Paweł Połanecki. Stowarzyszenie nigdy nie ukrywało swoich ambicji politycznych. Na dzień dzisiejszy było to uczestniczenie w różnego rodzaju wyborach, bez sukcesu. Wyjątek to działania Marka Ciesielczyka i zostanie Radnym Tarnowa po unieważnieniu wyników wyborów w jednym z okręgów. Nie do końca można je przypisać OBURZONYM. Drugim elementem naszej działalności to pomoc osobom poszkodowanym przez istniejący system prawny. Na tym polu mamy więcej sukcesów. Skuteczna pomoc (zmiana rozstrzygnięć sądowych na korzyść zwracającego się o pomoc) została udzielona w wielu wypadkach.

W swoich działaniach kieruję się kilkoma zasadami:

  1. Przy podjętych działaniach stosuję normy moralne i zasady zachowań powszechnie akceptowalne.
  2. Nie muszę przekonać do siebie i swoich działań wszystkich. By móc je wdrażać potrzebuję akceptacji większości.
  3. Podjęte działanie ma być skuteczne.
  4. Podlegam ocenie w każdym aspekcie działania, życia przez wszystkich z którymi się stykam i na których oddziałuję (nie ważne czy ta osoba jest ministrem, profesorem prawa, przedsiębiorcą dysponującym miliardami złotych czy menelem z Pragi „Gumą”). To ich ocena jest miernikiem. Bardzo dobrze, gdy moja własna  ocena sposobów i skutków oddziaływania pokrywa się z tą pierwszą.
  5. Żeby być skutecznym muszę zmieniać innych i siebie.

Decyzją Członków Stowarzyszenia oraz Rady Koordynacyjnej zostałem Przewodniczącym. Część ma duże wątpliwości, czy jestem właściwą osobą.

Posiadam tytuł magistra Zarządzania Strategicznego po Wyższej Szkole Informatyki Stosowanej i Zarządzania w Warszawie. Pracę magisterska napisałem na podstawie własnych działań wdrożeniowych nauki zarządzania organizacją na zajmowanych stanowiskach  maszynisty instruktora i naczelnika sekcji w PKP.

Jestem współzałożycielem Związku Zawodowego Maszynistów Kolejowych Mazowsza i Podlasia i byłym członkiem jego pierwszych władz.

Prowadzę działalność gospodarczą w zakresie administrowania wspólnotami mieszkaniowymi. Uczy ona pracy z Zarządami wspólnot, wieloma urzędami, każdego typu mieszkańcami administrowanych budynków.

Po Nowym Roku przedstawię moją ocenę dotychczasowej działalności stowarzyszenia oraz skrótowe cele i sposoby do ich osiągnięcia na najbliższy rok. Przedstawię warunki brzegowe jakie stawiam sobie, Członkom stowarzyszenia, Sympatykom i chętnym do włączenia się w działalność OBURZONYCH.

Jestem szefem i za  działania wszystkich współdziałających biorę odpowiedzialność. Czy to będzie Marek Ciesielczyk, Kowalski czy Iksiński. Oceniam i będę oceniany. Mam narzędzia   do kierunkowania działań i będę z nich korzystał. Kilka ostatnich rozmów telefonicznych i osobistych, pomimo bardzo negatywnego nastawienia moich rozmówców, poddały  mi pomysły na dalsze działania.

Z poważaniem

Jan Szymański – Przewodniczący Rady Koordynacyjnej Stowarzyszenia OBURZENI

Bankierzy podbili Polskę?

Bankierzy podbili Polskę?

Jak bankierzy podbili Polskę i świat

(uwagi na marginesie rozprawy prof. Richarda A. Wernera,     Stracone stulecie w ekonomii)*

Jednym z motywów podjęcia przeze mnie studiów historycznych w 1984 r., była świadomość  zakłamania wiedzy o dziejach. Jednak szybko przekonałem się, że jeszcze większe i groźniejsze jest zakłamanie ekonomii, o czym zdecydowanie rzadziej zdawano sobie sprawę.  A mimo to dopiero dziś widzę, że poziom zmanipulowania ekonomii okazał się być znacznie głębszy i trwalszy niż wydawało się nam w czasach PRL i socjalistycznej gospodarki planowej. Okazało się bowiem, że wypaczenie wiedzy ekonomicznej ma źródła nie tylko w komunizmie, ale również w nauce zachodniej, a historię najnowszą należałoby napisać na nowo. Prawdę  tę wykładam na studiach podyplomowych, z dziedziny nowej ekonomii, Nawigatorzy Jutra w  Warszawskiej Szkole Zarządzania – Szkole Wyższej.

Kiedy zaczęła się tzw. transformacja ustrojowa (89/90 r.) strona opozycyjna układu okrągłostołowego zadecydowała w sposób ostateczny o jej kierunku, nie mając najczęściej żadnych ku temu kompetencji, polegając na suflerach podesłanych przez międzynarodowego lichwiarza Geoge’a Sorosa, który uprzednio dogadał sie już z ekipą Jaruzelskiego i Rakowskiego. Teraz należało tylko przekonać ludzi koncesjonowanej przez władzę komunistyczną opozycji do kontynuacji planu. Zadanie nie przysporzyło praktycznie żadnych problemów, ponieważ ekipa nowych decydentów nie myślała w kategoriach patriotycznych lecz lewicowych i kosmopolitycznych. Miała zresztą rodowód komunistyczny a nawet stalinowski. Jej czołowymi przedstawicielami byli: Geremek, Kuroń i Michnik.

Tak bezbronna Polska wydana została na łup międzynarodowej oligarchii finansowej, czego pierwszym przejawem był tzw. plan Balcerowicza  (Sorosa). Jego istota polegała na wykorzystaniu długu jako narzędzia przejęcia najcenniejszych składników majątku narodowego i likwidacji zbędnej z punktu widzenia zagranicznych korporacji konkurencji, jak również wyssaniu z Polski, za pomocą arbitrażu finansowego (sztywny kurs wymienialnego  dolara przy równoczesnym oprocentowaniu lokat złotowych dochodzącym do 100%/rok),  wielu miliardów dolarów oszczędności obywateli.

W archiwum po Michale Falzmannie (odkrywcy afery FOZZ) zachował się dokument potwierdzający układ zawarty  między Sorosem a rządem PRL. Jest to list Sorosa do ministra finansów Andrzeja Wróblewskiego datowany na 31 maja 1989 r., a więc na kilka dni przed kontraktowymi wyborami 4 czerwca. Autor listu kreśli projekt przejęcia polskiego przemysłu i państwowej infrastruktury za długi poprzez powołanie specjalnej instytucji – Agencji Likwidacyjnej. Ten nadrzędny plan był realizowany przez cały okres III RP w nieco innej formie, która była wymuszona przez nieoczekiwany przez komunistów wynik wyborów, a w konsekwencji powołanie rządu Mazowieckiego. Fakt ten spowodował, że trzeba było bardziej liczyć się z tzw. stroną opozycyjno – solidarnościową, której znaczenie od czasu obrad okrągłostołowych znacznie wzrosło.

Niedługo później, 2 lipca 1989 r., w tygodniku Forum ukazał się przedruk z datowanego na 22 czerwca artykułu opublikowanego w dzienniku Financial Times, autorstwa E. Mortimera, J. Lloyda, P. Riddella i L. Barbera. Tekst, który przeszedł bez echa, informował o wstępnej aprobacie wyrażonej przez ekspertów rządu Rakowskiego i Solidarności dla planu George’a Sorosa, który przewidywał reformę gospodarczą opartą o drastyczne oszczędności, wymienialność złotówki i przede wszystkim prywatyzację poprzez przekazanie wszystkich przedsiębiorstw państwowych Agencji Likwidacyjnej, która zreorganizowałaby je w spółki akcyjne, a następnie przekazała 25 – 30% akcji funduszom powierniczym obsługującym zadłużenie kraju. Zarządzający tymi funduszami (z prawem dysponowania akcjami) mieli być mianowani przez wierzycieli. Przejęcie pozostałych 75% – 70% akcji najwartościowszych przedsiębiorstw nie byłoby szczególnie trudne ze względu na gigantyczne przeszacowanie wartości dolara i innych walut w stosunku do złotówki, wynoszące nawet 10 – krotność  (nową politykę walutową zainicjował rząd Rakowskiego wprowadzając w marcu 1989 r.  prawo dewizowe) oraz postponowanie polskiego kapitału tkwiącego w majątku narodowym i zasobach ludzkich.   

Ostatecznie pierwotny projekt powołania Agencji Likwidacyjnej nie został zrealizowany. Jej funkcję w pewnej mierze spełnił kilka lat później Program Powszechnej Prywatyzacji.  

Sam G. Soros w  swojej książce Underwriting democracy, oprócz opisu założenia w 1988 r. Fundacji Batorego oraz spotkań z Jaruzelskim i Rakowskim, stwierdza, że zaproponował wówczas „swego rodzaju makroekonomiczną wymianę długu na akcje polskich przedsiębiorstw”.

Latem 1989 r. po uprzednim przygotowaniu przez Sorosa gruntu do Polski przyjeżdżają jego  emisariusze: Jeffrey Sachs i David Lipton. Zwłaszcza pierwszy z nich odegra znaczącą role we wdrożeniu i uszczegółowieniu planu, który zostanie przedstawiony nowemu premierowi Tadeuszowi Mazowieckiemu i dzięki Waldemarowi Kuczyńskiemu (jedynemu ekonomiście, który rekomendował plan) będzie szybko zaakceptowany. Kuczyński również zaproponuje Leszka Balcerowicza na stanowisko ministra finansów a zarazem twarz i wykonawcę nowej polityki gospodarczej.

Plan Sorosa/Sachsa/Balcerowicza był elementem szerszej koncepcji realizowanej w krajach rozwijających się. Był zgodny z kluczowymi założeniami tzw. Konsensusu Waszyngtońskiego, który odzwierciedlał filozofię neoliberalną prowadzącą do neokolonialnej eksploatacji krajów rozwijających się przez globalny kapitał.

Podstawowym celem Konsensusu było narzucenie krajom rozwijającym się (blok postsowiecki i tzw. kraje Południa) otwarcia własnych rynków na przepływ kapitału, towarów i usług z państw Zachodu. Oznaczało to zniesienie ograniczeń w handlu i  swobodę działalności banków, ubezpieczycieli, funduszy inwestycyjnych i innych instytucji finansowych. Dzięki temu międzynarodowy kapitał otrzymał niepowtarzalną szansę na ekonomiczny podbój krajów nieprzygotowanych na stawienie czoła nasilającej się globalizacji. Narzucenie zasad Konsensusu nie było trudne, gdyż kraje wchodzące w orbitę wpływów Zachodu były bardzo zadłużone i dług ten stał się narzędziem szantażu: jeśli nie spełnicie naszych surowych warunków, nie możecie marzyć o jakichkolwiek ulgach w spłatach, a tym bardziej o nowych pieniądzach z MFW czy BŚ.  Tak więc warunkiem przyznania nowych, pilnie potrzebnych budżetowi, kredytów było wasalne  posłuszeństwo. Hipokryzja tej sytuacji polegała na tym, że kraje zachodnie równocześnie chroniły swój rynek i subsydiowały część gałęzi produkcji (np. rolnictwo), a odmawiały tego samego krajom podporządkowanym. Ta asymetria powodowała zalew rynku importowanymi towarami, uderzała w rodzimą produkcje, tworząc bezrobocie. Z kolei w 1989 r. (po uwolnieniu przez rząd Rakowskiego cen żywności i wprowadzeniu nowego prawa walutowego), ze względu na ogromne przeszacowanie wartości walut, nastąpił wykup części towarów rodzimej produkcji, co skłoniło producentów do podnoszenia cen i napędziło inflację wpychając w sferę ubóstwa dużą część społeczeństwa (ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w 1989 r. o 351%). W 1990 r. średnia inflacja wyniosła 600% (wskaźnik jednocyfrowy został osiągnięty dopiero w 1999 r.),  przeciętne płace spadły o 24,6%, realna wartość rent i emerytur o 19%, a dochody netto z rolnictwa na jednego pracującego o 63%. W 1993 r., po kliku latach wprowadzania „reform”, co najmniej 40% społeczeństwa znalazła się poniżej socjalnego minimum egzystencji (w 1989 r. było to 16,6%). 

Konsekwencją wdrażania zasad Konsensusu, w następnych latach, było stopniowe oddawanie kontroli nad finansową, produkcyjną, handlową i medialną infrastrukturą państw oraz utrwalanie systemowych mechanizmów wyzysku. Dotyczyły one zwłaszcza pasożytniczego sektora bankowego. Pierwszym aktem tego zjawiska było wprowadzenie horrendalnego  oprocentowania kredytów, również tych udzielonych wcześniej, co pogwałciło podstawową  zasadę, według której prawo nie działa wstecz. Nastąpiło uderzenie w rolnictwo i państwowy przemysł. Polskie firmy upadały lub płaciły gigantyczny odsetkowy haracz, który następnie poprzez lokaty zamieniane na dolary były wywożone z Polski. Było to pierwsze zastosowanie finansowej broni masowego rażenia i pierwszy spekulacyjny atak na III RP. W takiej sytuacji kapitał zagraniczny mógł z łatwością przejmować polskie przedsiębiorstwa (oblicza się, że średnia cena zakupu stanowiła ok. 10% wartości). Nie rzadko były to wrogie przejęcia celem likwidacji.

Innym czynnikiem ułatwiającym przejmowanie majątku narodowego była walka z inflacją, która umożliwiała duszenie popytu wewnętrznego, co dodatkowo osłabiało polskie, głównie, państwowe firmy i otwierało rynek na import obcych towarów, obniżając konkurencyjność polskiej produkcji. Właśnie pod hasłem walki z inflacją wprowadzono tzw. popiwek, podatek od wypłat ponadnormatywnych wynagrodzeń, który osiągnął stopę 400 -500%. Był on potężnym ciosem zadanym państwowemu przemysłowi, który z założenia był przeznaczony pod młotek. Miał też charakter demoralizujący i sprzyjał wzrostowi bezrobocia, a w szerszej perspektywie był symbolem zaciskania pasa, czyli pierwszej operacji uspołecznienia kosztów przy jednoczesnym sprywatyzowaniu zysków.

Pod hasłami prywatyzacji, liberalizacji i deregulacji dokonywała się akumulacja poprzez wywłaszczenie, przejmowanie aktywów, sfinansowanych częściowo przez kredyty epoki Gierka, a wypracowanych przez kilkadziesiąt lat pracy kilku pokoleń. Przypomina to sytuację kredytobiorcy hipotecznego, któremu bank zabrał częściowo spłacone mieszkanie, które musi dalej spłacać.

Konsensus Waszyngtoński zatem nie był receptą na tworzenie dochodu i bogactwa, lecz sposobem jego redystrybucji.

Konsekwencją procesu zapoczątkowanego tzw. planem Balcerowicza był nie tylko upadek polskiego przemysłu i wyprzedaż najcenniejszych jego składników, przejęcie banków oraz mediów,  ale przede wszystkim narastające zadłużenie, w znacznej części wobec wierzycieli zagranicznych. Dług odziedziczony po PRL (w połowie umorzony) został spłacony dopiero jesienią 2012 r. Jednak znacznie wcześniej zadbano, żeby kraj wpadł w nowe sidła zadłużenia, tym razem o charakterze systemowym. Dawało to gwarancję pogłębiającego się z roku na rok uzależnienia od wierzycieli. W 1997 r. uchwalono Konstytucję, prawo bankowe i ustawę o NBP. Stworzyły one ramy nowej architektury finansowej opartej na oprocentowanym pieniądzu dłużnym emitowanym przez prywatne banki komercyjne. Odtąd państwowy bank centralny nie miał prawa emitować pieniądza na potrzeby gospodarki, która zaczęła się podnosić po hekatombie pierwszych lat transformacji. To prawo otrzymały  (w większości niepolskie) prywatne banki komercyjne, które zaczęły nakręcać spiralę długu wewnętrznego. Państwo nie mogąc korzystać z emisji własnego pieniądza zostało zmuszone do kredytowania się w zagranicznych bankach i międzynarodowych instytucjach finansowych (podobnie jak za czasów Gierka).

Naturą narzuconego Polsce w 1997 r. systemu jest wykładniczy przyrost długu, który staje się szczególnym problemem, gdy tempo rozwoju gospodarki nie dorównuje wzrostowi zadłużenia. W chwili obecnej (oficjalny) publiczny dług Polski jest wielokrotnie większy niż u schyłku PRL. Zadłużenie sektora finansów publicznych osiągnęło 990 mld zł, z czego 80% to dług zagraniczny. 30% całości stanowi dług denominowany w walutach obcych, co generuje potężne ryzyko walutowe. Koszty obsługi zadłużenia (spłaty odsetek) stanowią mniej więcej równowartość rocznych wpływów budżetu państwa z tytułu podatku PIT (w zależności od roku: 30 – 40 mld zł). Roczne koszty braku emisji własnego pieniądza, czyli przyczyny zadłużania się, są natomiast obliczane na kwotę 150 – 200 mld zł, czyli równowartości kilku dziur budżetowych. W takiej sytuacji trudno wyobrazić sobie prowadzenie jakiejkolwiek suwerennej polityki gospodarczej czy zagranicznej, a zwłaszcza polityki niezgodnej z interesami wierzycieli. Gdy nie będziemy dyspozycyjni i posłuszni, wystarczy obniżenie ratingu i wyprzedaż polskich obligacji skarbowych, żeby zachwiać popytem na nowe papiery (potrzeba rolowania długu) i spowodować problemy z płynnością finansową państwa. Taka groźba wisi na głowami każdej ekipy rządowej w Warszawie niczym miecz Damoklesa.

Program wicepremiera Morawieckiego może jedynie sytuację uzależnienia pogłębić, ponieważ zakłada zwiększenie „ubankowienia”, czyli długu, zwolnienie z podatku bankowego obligacji skarbowych, wprowadzenie e-paragonu, wyeliminowanie z obrotu gotówki,  poparcie dla umów TTIP i CETA czy zwiększenie fiskalizmu (jednolity podatek i jednolity plik kontrolny). Zwiększenie zadłużenia zawsze, prędzej czy później, skutkuje przykręceniem śruby podatkowej, która ma wycisnąć pieniądze potrzebne do spłaty wierzytelności.   Szczególnie absurdalny jest pomysł budowania polskiego kapitału przemysłowego w oparciu o zagraniczny kredyt. Plan  Morawieckiego, z pozoru oparty na patriotyzmie gospodarczym, jest logiczną kontynuacją planu Balcerowicza, a przeciwstawianie ich sobie jest grubym nieporozumieniem.

Praktyka polityczna i historia III RP pokazuje, że dług jest podstawowym narzędziem zniewolenia i ekonomicznej dominacji. Fakt ten nie miał do tej pory potwierdzenia i opisu naukowego i był niestety tematem tabu a nie poważnej refleksji. Dopiero rozprawa prof. Richarda Wernera unaoczniła  za pomocą dowodu empirycznego, jak ten system funkcjonuje od strony wewnętrznych, ukrytych, mechanizmów; wyjaśniła, jak pracuje silnik systemu.

Przyjrzyjmy się więc, czym jest, a czym nie jest pieniądz dłużny. Werner w swojej pracy przeanalizował trzy teorie bankowości opisujące mechanizm powstawania kredytu: teorię rezerwy cząstkowej, pośrednictwa finansowego oraz kreacji kredytu. W sposób doświadczalny sfalsyfikował dwie pierwsze i potwierdził prawdziwość trzeciej. Eksperyment Wernera został przeprowadzony za pomocą rzeczywistego oprogramowania księgowego używanego w banku Raiffeisen. Polegał na ręcznym wprowadzeniu do oprogramowania sprawozdawczo – audytorskiego kredytu w kwocie 200 tys. euro, jakby był pomyłkowo pominięty (przez oprogramowanie bieżące) w ostatnich dniach roku, i sprawdzeniu rachunkowych konsekwencji tego faktu. Ponieważ rejestrowana była tylko jedna transakcja, test gwarantował, że wynik nie będzie zakłócony przez inne operacje bankowe. Eksperyment wykazał, że żadne inne standardowe procedury ani operacje nie były potrzebne, aby zakończyć księgowanie kredytu i sfinalizować zapisy na kontach. Inaczej mówiąc, bank do udzielenia kredytu nie potrzebował pozyskania depozytu czy posiadania rezerw. Wymagania kapitałowe i  odpowiednie rezerwy muszą być bowiem zapewnione jedynie w określonych okresach pomiaru i nie są warunkiem wstępnym udzielenia kredytu. Do tego potrzebny jest przede wszystkim podpis klienta na umowie, która warunkuje dalsze operacje rachunkowe: dopisanie kwoty kredytu do aktywów, a następnie stworzenie na taką samą kwotę depozytu kredytobiorcy w pasywach. W ten sposób zwiększa się bilans banku. Nie następuje redukcja żadnych kont, nie następuje transfer środków, co miałoby miejsce w przypadku, gdyby pieniądze rzeczywiście pochodziły z depozytu innego klienta. Depozyty wchodzą w bilans banków, są ich własnością. Deponenci są jedynie wierzycielami. Tak więc teorie  pośrednictwa finansowego i rezerwy cząstkowej są błędne.

Najważniejsze ustalenie Wernera polega na tym, że pojedyncze banki kreują pieniądz poprzez udzielanie kredytu. Nie są żadnym pośrednikiem pomiędzy deponentem a kredytobiorcą, jak twierdzą obydwie odrzucone i sfalsyfikowane teorie. W przypadku prawdziwego pośrednictwa pieniądze klientów stanowią odrębną masę majątkową poza bilansem zarządzającego (np. domy maklerskie, TFI). Fałszywa jest również teza, występująca w teorii rezerwy cząstkowej (mnożnikowa teoria pieniądza), że pieniądz jest kreowany nie przez pojedynczy bank, ale przez cały system bankowy. Twierdzenie takie jest całkowicie nielogiczne, ponieważ jeśli pojedynczy bank nie kreuje pieniądza (jest jedynie pośrednikiem), to tym bardziej nie może tego robić cały system. Dodatkowe potwierdzenie niesłuszności teorii rezerwy cząstkowej stanowi fakt, że w związku z  brakiem skuteczności stosowania stopy rezerwy cząstkowej w polityce monetarnej, niektóre banki centralne odstąpiły w ogóle od jej stosowania (Bank Anglii, Riksbank). 

Podobnie iluzoryczne jest stosowanie wymogów współczynnika wypłacalności jako hamulca akcji kredytowej. Bank bowiem (Werner podaje przykład Credit Suisse) może tworzyć pieniądze celem powiększenia własnego kapitału. Skoro bank tworzy pieniądz w postaci kredytu lub własnego kapitału, to oznacza, że jest on  elementem gry rynkowej, czyli towarem. Nie jest więc neutralną infrastrukturą niezbędną do prawidłowego funkcjonowania rynku. Zakłóca to podstawową zasadę stanowiącą o uczciwości wolnego rynku – równość stron uczestniczących w wymianie gospodarczej. Rynek staje się w ten sposób iluzją, fałszywką, która odznacza się głęboką nierównowagą w stosunkach gospodarczych premiując banki kosztem pozostałych uczestników gospodarki rynkowej, a właściwie pseudorynkowej. Bank tworzący swój własny kapitał jest wyjątkowo groźny dla systemu, ponieważ może skutecznie obchodzić rygory narzucone przez regulatora i tworzyć pieniądz kredytowy bez ograniczeń.

Towarowa postać pieniądza tworzy nową, nieznaną wcześniej, jego funkcję – spekulację, która jest obecnie dominująca w stosunku do opisanych dawno przez ekonomię trzech innych funkcji: transakcyjnej, wartościującej i tezauryzacyjnej. Dlatego właśnie we współczesnym świecie jedynie 0,2 % ogółu wyemitowanego pieniądza służy obsłudze realnej gospodarki (transakcje handlowe: zakup towarów i usług, produkcja). Reszta jest narzędziem spekulacji na akcjach, walutach, towarach, surowcach czy z wykorzystaniem instrumentów pochodnych. Ta dysproporcja daje obraz skali patologii dotykającej globalną gospodarkę, która stała się kasynem zarządzanym przez nieliczną oligarchię finansową. W kasynie tym na z góry przegranej pozycji znajdują się państwa, narody, przedsiębiorcy i obywatele.

W kasynie tym „produkuje” się bańki spekulacyjne, cykle koniunkturalne, inflację, deflacje, bankructwa i bezrobocie. Nieodłącznie  towarzyszy im transfer zysków i realnych dóbr do właścicieli pieniądza i ubożenie większości populacji. Współczesne niewolnictwo polega na pracy przymusowo wynagradzanej imitacją pieniądza, który jest najbardziej wyrafinowanym narzędziem wyzysku i eksploatacji w dziejach ludzkości.  W systemie tym, niczego nieświadomy, niewolnik opłaca swojego pana, bo jest zmuszony do posługiwania się oprocentowanym pieniądzem dłużnym. Pasożyt dla większości jest niewidzialny. Odczuwalne są za to skutki jego działalności, fałszywie definiowane przez ekonomię jako naturalne zjawiska występujące w gospodarce wolnorynkowej (np. cykl koniunkturalny, inflacja). Narzędziem i ofiarą pasożyta jest również państwo, które aby spłacać ciągle powiększający się dług, dociska obywateli podatkami i daninami, lądującymi na końcu w kieszeniach bankierów. 

W tym kontekście należy sobie zadać pytanie o sens istnienia giełd papierów wartościowych, które z założenia powinny dawać wiarygodne wyceny aktywów, głównie akcji.  Jednak nie jest to możliwe, kiedy pieniądz jest „produkowany” (przez prywatne banki) jak każdy inny towar; z tą różnicą, że praktycznie bez żadnych ograniczeń, bo bezkosztowo (metodą księgową). W ten sposób akcje stają się oderwanym od rzeczywistości przedmiotem hazardu i spekulacji.  

W tym świetle należy inaczej spojrzeć na przemiany, które dokonywały się w Polsce od 1989 r.  Dowód Wernera pokazuje bezsens zewnętrznego zadłużania się krajów rozwijających się, którym wmówiono, że oszczędności są konieczne dla inwestycji i rozwoju gospodarczego. Oszczędności na początku transformacji było w Polsce, swoją drogą, sporo. Niestety zostały one wydrenowane przez plan Balcerowicza (poprzez rabunek dewiz i inflację) otwierając pole dla kapitału zagranicznego. Pojawił się więc argument o potrzebie finansowania rozwoju długiem zewnętrznym. Ta filozofia pokutuje niestety do dzisiaj, skazując kraj na archaiczne i przeciwskuteczne modele wzrostu (plan Morawieckiego). Nieporozumienie polega na tym, że kredyt i kapitał pochodzący z Zachodu jest pieniądzem fikcyjnym, wykreowanym w sektorze bankowym (również ten kreowany przez zachodnie banki w Polsce). Spełnia jednak swoją funkcję transakcyjną, ponieważ brak jest suwerennego, emitowanego w kraju, środka płatniczego. Niesie to wiele negatywnych konsekwencji ekonomicznych:

  1. Utrwala patologiczną sytuację istnienia 40% luki nabywczej, która zmusza społeczeństwo do zadłużania się. Luka nabywcza to dysproporcja między wielkością PKB a popytem wynikającym głównie z dochodów generowanych w kraju. Dochody osiągane przez obywateli nie wystarczają na wykupienie owoców ich własnej pracy – 40% dóbr i usług powstających w Polsce.
  2. Skazuje państwo, społeczeństwo i przedsiębiorców na dźwiganie garba odsetkowego (pieniądz jest długiem).
  3. Podnosi znacząco ceny w różnych segmentach rynku (np. w budownictwie mieszkaniowym udział odsetek w cenie metra kw. dochodzi do 70%).
  4. Wzmaga fiskalizm, ponieważ państwo musi spłacać odsetkowy dług, a jedynym źródłem środków na spłaty są podatki.
  5. Powoduje drenaż krajowych zasobów i bezustanną ucieczkę realnego kapitału za granicę (transfer odsetek i dywidend banków, funduszy inwestycyjnych oraz zysków innych firm zagranicznych w Polsce).
  6. Stwarza poważne zagrożenie kursowe, ponieważ zagraniczne długi są w znacznej części denominowane w walutach obcych, a na rynku wewnętrznym sprzedawane są kredyty indeksowane do walut i instrumenty pochodne dla przedsiębiorstw, np. opcje walutowe. Można więc bez żadnej przesady stwierdzić, że wszyscy jesteśmy „frankowcami”.

 Zadłużenie jest „…okrutnym podstępem wobec krajów rozwijających się: w wielu, jeśli nie w większości przypadków, sytuacja tych krajów byłaby lepsza, gdyby w ogóle nie brały pożyczek z zagranicy.”* Podstęp ten polegał m.in. na tym, że pieniądze, które stworzyły problem globalnych długów nigdy nie weszły na rynki krajów rozwijających się. Podobny mechanizm występuje, gdy NBP emituje pieniądz bazowy. Następuje to w oparciu o rezerwy walutowe, za które równocześnie kupuje obligacje dolarowe czy eurowe (obligacje stanowią ponad 80% rezerwy). W ten sposób waluty wracają do miejsca pochodzenia. Innym przykładem są dotacje unijne. Za brukselskie euro również dokonuje się zakupu obligacji państw zachodnich. Więc i w tym przypadku waluta wraca do miejsca pochodzenia, a w oparciu o aktywa w postaci obligacji emituje się złotówkę. Analogiczna sytuacja ma miejsce, gdy rząd sprzedaje obligacje denominowane w walutach. Efekt jest taki, że aby emitować (z resztą w bardzo ograniczonej ilości) własny pieniądz należy zostać, na bardzo niekorzystnych warunkach, wierzycielem państw zachodnich. Różnica w oprocentowaniu polskich i zagranicznych papierów skarbowych powoduje, że rocznie tracimy z tego tytułu ok. 10 mld zł. Można powiedzieć, że waluty, poprzez instytucję rezerwy banku centralnego, spełniają funkcję swego rodzaju kagańca emisji suwerennego pieniądza.

„Dolary, które stworzyły problem długów Trzeciego Świata, nigdy nawet nie weszły na rynek tych kredytowanych krajów. Gdy te waluty są wymieniane przez kraje rozwijające się na krajowe waluty, skutkuje to jedynie wzrostem kredytu tworzonego przez krajowy system bankowy, denominowanego w walucie narodowej. Jest to jednak coś, co kraj rozwijający się może zorganizować bez konieczności pożyczania z zagranicy w ogóle.

Tak więc rada, aby pożyczać z zagranicy była udzielana głównie przeciwko interesom krajów rozwijających się: naraziła ona te kraje na ryzyko kursu walut zagranicznych, co często prowadziło do wzrostu długu i nadmiernego odpływu odsetek od wszelkich otrzymanych pożyczek. Doprowadziło to do takich „rozwiązań” tego problemu, jak zamiana długu na akcje, i przekazywanie majątku narodowego zagranicznym kredytodawcom.”*

Dodajmy, że ta zamiana, co widać na historycznym przykładzie Polski, nie była tylko logiczną konsekwencją wpadnięcia w spiralę długu, ale celowym i zaplanowanym z premedytacją działaniem.

Możemy w tym miejscu zapytać: dlaczego o dłużnym neokolonializmie tak niewiele się mówi i pisze? Dlaczego tak mało ludzi ma jego świadomość? Dlaczego społeczne rozumienie kwestii pieniądza uległo pogorszeniu, a nauki ekonomiczne nie tylko nie zrobiły postępu, ale w ostatnim stuleciu uwsteczniły się? Pierwsze wyjaśnienie dotyczy obszaru metodologii w naukach ekonomicznych – „Ekonomia klasyczna i neo – klasyczna, które dziś dominują, wykorzystują metodę dedukcyjną: nieprzetestowane aksjomaty i nierealistyczne założenia są tu podstawą do formułowania teoretycznych światów, które są wykorzystywane do przedstawiania określonych „wyników”. … Metodologia dedukcyjna wyjątkowo nadaje się do manipulacji poprzez to, że bazuje na aksjomatach i założeniach, które można zmieniać w dowolnym momencie w celu uzyskania wstępnie określonych, pożądanych rezultatów i w celu uzasadnienia faworyzowanych politycznie zaleceń.”* W ten sposób dochodzimy do drugiego, zdecydowanie donioślejszego, wyjaśnienia, które dotyczy obszaru wielkich interesów i polityki. Werner sugeruje wyraźnie, że mamy tu do czynienia ze świadomym działaniem wielu ekonomistów. Szukając źródeł takiego stanu rzeczy, należy wskazać na międzynarodowe banki, banki centralne czy prywatnie finansowane think tanki. Nie przypadkiem temat kreacji pieniądza kredytowego stał się prawdziwym tabu. Zwłaszcza publikacje banków centralnych należy uznać za tendencyjne i zaciemniające obraz, a tzw. Nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii (faktycznie nagroda Riksbanku im. Alfreda Nobla – bardzo sprytny zabieg PR) nie jest przyznawana zwolennikom bankowej teorii kreacji kredytu. Wręcz przeciwnie, wielu laureatów nagrody szwedzkiego banku centralnego było aktywnie zaangażowanych w ukrywanie prawdy o kreacji pieniądza.

Mimo kategoryczności swych tez Werner nie odrzuca metody kreacji pieniądza ex nihilo. Nie potępia jej moralnie. Stwierdza jedynie, że kredyt powinien być tworzony przez rodzime  banki celem wspomagania produkcji i realnej gospodarki, aby osiągnąć bezinflacyjny, nie obarczony cyklicznością, stabilny rozwój pozbawiony kryzysów. Dlatego banki centralne powinny prowadzić politykę regulacyjną ukierunkowaną na ograniczanie kredytu, który nie przyczynia się do wzrostu PKB (tzw. wytyczne kredytowe) oraz kontrolować ilość i jakość kredytu w gospodarce. Werner przewiduje również możliwość pożyczania pieniędzy przez rządy od banków centralnych (analogicznie jak w koncepcji emisji suwerennego pieniądza). Taki sposób finansowania wydatków budżetowych umożliwi zwiększenie podaży pieniądza, wzrost PKB i wynikające z tego zwiększenie wpływów podatkowych. Nowy pieniądz da bowiem możliwość wykorzystania niespożytkowanych zasobów produkcyjnych, materiałowych, ludzkich oraz zaspokojenie wielu uśpionych potrzeb. Pozytywnym przykładem podanym przed autora są Niemcy, gdzie ukształtowała się korzystna struktura sektora bankowego: wiele rodzimych banków, które działają niezarobkowo. Są to głównie, będące własnością gmin, banki komunalne. Takie rozwiązanie mogłoby również przysporzyć wiele korzyści polskiej gospodarce. Jednak, jak do tej pory nad Wisłą nie powstał ani jeden tego typu bank!

Piotr Robert Jankowski

_________________________________________________________________________

*Richard A. Werner, Stracone stulecie w ekonomii: trzy teorie bankowości i niezbity dowód,    Wydawca – Fundacja Jesteśmy Zmianą, Warszawa 2016 r.

Posiedzenie Rady Koordynacyjnej

Posiedzenie Rady Koordynacyjnej

Dnia 10.01.2017 r. w godzinach wieczornych odbyło się posiedzenie Rady Koordynacyjnej stowarzyszenia OBURZENI. W posiedzeniu Rady uczestniczyło pięciu z sześciu jej Członków.

Pierwszym rozstrzygniętym punktem programu było przyjęcie dwóch osób w poczet członków zwyczajnych stowarzyszenia. Wszyscy obecni byli za ich przyjęciem.

Drugim punktem nad którym trwała dyskusja było otwarte zebranie na Miodowej 14 w dniu 19.01.2017 roku o godzinie 16:00. To zebranie może dojść do skutku dzięki uprzejmości Prezesa Związku Rzemiosła Polskiego Panu Jerzemu Bartnikowi. Dzięki prowadzonym rozmową pomiędzy naszymi organizacjami może dojść do stałego współdziałania w obszarach stycznych. Trwają rozmowy na temat comiesięcznych spotkań otwartych pod adresem ul. Miodowa 14 w Warszawie.

Kolejnym punktem, który trwał najdłużej był temat sposobów działania stowarzyszenia na najbliższy czas. Osiągnęliśmy kompromis łącząc różne formy działania organizacji mających cele polityczne.

Pierwszą jest prowadzenie działań w kierunku odbycia kongresu, zjazdu w miesiącu czerwcu lub wrześniu tego roku. Pp. Ciesielczyk i Papis optują za terminem czerwcowym,ja za wrześniowym. Pozostali uczestnicy nie zajęli stanowiska w tej sprawie. Kongres miałby się odbyć w Warszawie. Wstępnie jest już uzgodniona sala. Pozwala ona na uczestniczenie w kongresie do 2500 osób, po przystosowaniu nawet więcej. Wszyscy obecni zaakceptowali ten kierunek działania.

Drugą ma być przygotowanie we współpracy z innymi organizacjami lub samodzielnie projektów jednej do trzech ustaw. Omówiono trzy sposoby prowadzenia tego projektu. Jest już zaakceptowana propozycja tematyki pierwszej ustawy. Pp. Papis i Połanecki rozpoczynają pracę nad wdrożeniem jej w życie.

Trzecią formą mają być spotkania otwarte na terenie powiatów i województw, we współpracy z różnymi organizacjami. Tematyka tych spotkań będzie dostosowana do potrzeb lokalnych i uzgadniana z ich współorganizatorami. Na tą chwilę mamy wstępnie uzgodnione spotkania w Rzeszowie a następnie w Grudziądzu. Czekamy na propozycje kolejnych miejsc spotkań. Chcemy swoją pracą zasłużyć na zaufanie ludzi.

 

 

 

 

 

Upadek banków?

Upadek banków?

Wygląda, że część z nich może nie przetrwać nadchodzącej burzy!!!
Bank Rozrachunków Międzynarodowych ostrzega przed „nadchodzącą burzą”
tm, pap07.03.2016 20:15

Bank Rozrachunków Międzynarodowych opublikował w niedzielę raport, w którym ostrzega przed „nadchodzącą burzą” w światowej gospodarce.
Media finansowe przyznają, że polityka banków centralnych mogła
zawieść.
Bank Rozrachunków Międzynarodowych (Bank for International Settlements – BIS), zwany bankiem banków centralnych, ogłosił, że światowa gospodarka, tak jak przed załamaniem w 2008 roku, obciążona jest nadmiernymi długami.
– Banki Centralne wyczerpały tymczasem środki, jakimi dysponują, by
ratować gospodarkę – uważa główny ekonomista BIS Claudio Borio, który opatrzył komentarzem wydany w niedzielę raport. – Nadmierne
zadłużenie, które było już źródłem kryzysu finansowego, jaki zaczął
się w USA, nadal rośnie, jednak tym razem we wschodzących gospodarkach i tamtejszych przedsiębiorstwach – wskazuje Borio.
Sytuację wschodzących krajów pogarsza to, że rośnie kurs dolara, a
wiele z tych państw oraz ich podmiotów gospodarczych zadłużonych jest właśnie w amerykańskiej walucie. To właśnie nadmierne zadłużenie – zdaniem Borio – tłumaczy po części utrzymujące się na bardzo niskim poziomie ceny ropy, bo wschodzące gospodarki, oparte na wydobyciu tego surowca, muszą podtrzymywać produkcję ze względu na zadłużenie. Obrazu dopełnia spowolnienie gospodarcze Chin, które sprawia, że kondycja wschodzących gospodarek wydaje się jeszcze bardziej niepokojąca, a rynki reagują spadkami.

Ujemne stopy niebezpieczne
Według Borio problemy te to nie oderwane zjawiska, ale składające się
na pewną całość „wstępne sygnały burzy, na którą zbiera się od dawna”.
Dzieje się tak w okresie, w którym banki centralne są przeciążone i
nie mają już szerokiego pola manewru, by ożywiać gospodarkę – uważa
Borio. „Po raz pierwszy inwestorzy zdają się mieć wątpliwości co do
tego, czy banki centralne mają moc leczenia (gospodarek)” – ostrzega
ekonomista.

„Financial Times” pisze, że BIS poświęcił wiele uwagi obawom o to, że
stosowane przez banki centralne ujemne stopy procentowych mogą się z
czasem okazać niebezpiecznym czy wręcz szkodliwym instrumentem
polityki monetarnej.

„FT” przytacza też opinię dwóch innych ekonomistów BIS Mortena Becha i
Ayteka Malkhozova, którzy zauważają, że jeśli polityka ujemnych stóp
nie przekłada się na zwiększenie akcji kredytowej na użytek
gospodarstw i firm, to znaczy, że straciła ona rację bytu.

Bank Rozrachunków Międzynarodowych ma siedzibę w Bazylei; jest spółką,
w której udziały posiadają banki centralne, a on sam spełnia wobec
nich rolę banku centralnego.

 

http://wyborcza.biz/Gieldy/1,114507,19732864,bank-rozrachunkow-miedzynarodowych-ostrzega-przed-nadchodzaca.html#BoxBizLink

Poprawmy zarządzanie Polską

Poprawmy zarządzanie Polską

Antysystemowy Sejmik Powiatów Polskich

czyli integracyjny kongres środowisk antysystemowych z 380 powiatów, pragnących wystartować w najbliższych wyborach do sejmików wojewódzkich, a następnie do parlamentu, pod wspólnym sztandarem

Warszawa, siedziba ZRP, ul. Miodowa 14

sobota, 19 marca 2016, godz. 12:oo

(rejestracja uczestników godz. 11:30)

 Zamiast programu

 Polska to taki piękny i zarazem dziwny kraj…

Kraj, w którym wystarczy niecałe 19% głosów wszystkich osób uprawionych do głosowania, żeby nim rządzić.

Kraj – jedyny na świecie, w którym 38 równa się 51, bo tylko 38%  procent głosów wystarczy, by mieć większość w parlamencie.
Kraj, w którym kawa z mlekiem obłożona jest 23% VAT, a bez mleka 8%, kołyski –  23%, a trumny – 8% VAT.

Kraj, w którym za posiadanie marihuany dostaje się wyższe wyroki niż za gwałt albo ciężkie pobicie.

Kraj, w którym lepiej się opłaca wyrzucić żywność na śmietnisko, niż dać biednym.
Kraj, w którym komornik może zająć hipotekę za śmiesznie niski dług i nikt nic z tym nie zrobi.

Kraj, w którym można oglądać filmy pornograficzne od 18 lat, a uprawiać seks od 15.

Kraj, w którym w promieniu kilku kilometrów nie można wybudować alternatywnej drogi, bo zakazuje tego tajna umowa, podpisana między państwem, a firmą najbogatszego Polaka, której prezesem został polityk, biorący udział w jej podpisaniu.
Kraj, w którym zwierzęta w sprywatyzowanej weterynarii mają szybszy dostęp do pomocy medycznej niż polski pacjent w państwowych szpitalach.

Kraj, w którym lekarze potrafią pracować przez 175 godzin bez przerwy.

Kraj, w którym posiadając mieszkanie własnościowe, gdy zawali ci się dach i część domu, odbudowujesz go na koszt własny i dalej płacisz czynsz.
Kraj, w którym za fałszerstwo pieniędzy można dostać 25 lat pozbawienia wolności, a za morderstwo 15.
Kraj, w którym (poza pewnymi wyszczególnionymi przypadkami) nie można bez zezwolenia urzędnika ściąć drzewa na swojej posesji.
Kraj, w którym były minister finansów potrzebował 8 wiceministrów finansów, żeby móc ”sprawnie” zarządzać finansami państwa.
Kraj, w którym lepiej zarabia się w sferze budżetowej niż prywatnej, w którym prezes państwowej firmy może zarabiać (czytaj: wyciągać z kieszeni podatników) ok. 150 tysięcy zł miesięcznie.
Kraj, w którym niepracujący emeryt musi płacić podatek dochodowy.

Kraj, w którym fotoradary chowa się w kubłach do śmieci i udaje, że walczy z piractwem na drogach.

Kraj, w którym wystarczy zebrać grupkę wyrostków i pobić kogoś ze skutkiem śmiertelnym, żeby uniknąć odpowiedzialności za zabójstwo.
Kraj, w którym łatwiej zdobyć licencję pilota szybowca, niż zdać egzamin na prawo jazdy.
Kraj, w którym prostytutki zwalnia się z płacenia podatków, a karetki służące do ratowania życia – obejmuje akcyzą.
Kraj, w którym Sejm liczy 460 posłów, a liczba ludności wynosi 38 mln, podczas gdy w USA Izba Reprezentantów liczy 435 kongresmenów, przy ludności przekraczającej 314 mln.
Kraj, w którym pociągi jeżdżą wolniej niż przed wojną.
Kraj, w którym kierowca płacący podatek drogowy, musi dodatkowo zapłacić za to, żeby przejechać się autostradą, wybudowaną za pieniądze pochodzące z budżetu państwa (czyli jego podatków).
Kraj, w którym za słowa: Murzyn, Ciapaty albo Żyd można zostać skazanym z art 256 k.k.
Kraj, w którym urzędy skarbowe w tej samej miejscowości potrafią mieć różną interpretację  tego samego przepisu.
Kraj, w którym ”spadochroniarz” otrzymujący 7 tys. głosów w wyborach, dostaje się do Sejmu, a ktoś, na kogo głosuje 200 tys. osób, do niego się nie dostanie, bo partia, z której startuje, nie przekroczyła wymaganych 5% głosów.

Kraj, w którym opłacanym z naszych podatków dyrektorem sejmowego biura klubu parlamentarnego, mającego usta pełne etyki,  może być osoba skazana w przeszłości za kradzieże i oszustwa.

Kraj, z którego wystarczy wyjechać za granicę i tam ogłosić upadłość, by wystrychnąć na dudka wierzycieli, a następnie zostać posłem.

Kraj, w którym funkcjonariusze przestępczych instytucji (jak np. SB) mają kilka razy wyższe emerytury niż ich ofiary.

Kraj, w którym państwową stadniną koni może zarządzać człowiek, który zwierzę to widział tylko na obrazie.

Kraj, w którym rodzice nie mogą decydować, co ich dzieci mają jeść w szkołach.
Kraj, w którym podatek VAT jest tak skomplikowany, że komentarz do niego liczy ponad 2 tys. stron.
Kraj, w którym portal internetowy dla bezdomnych potrafi kosztować 50 milionów zł, 1 km autostradyponad 200 milionów zł, „Gniazdo Narodowe” jest droższe od stadionu w Monachium, a Możejki, których nikt teraz nie chce kupić – 11 miliardów zł.
Kraj, w którym morderca i bandyta ma więcej praw niż jego ofiara.
Kraj, w którym nie można stosować oleju z konopi indyjskich w celu leczenia takich chorób, jak padaczka czy stwardnienie rozsiane.
Kraj, w którym lepiej być alkoholikiem i bezrobotnym, niż człowiekiem uczciwie pracującym i płacącym podatki.
Kraj, w którym można złożyć miliony podpisów obywateli przeciwko szkodliwym dla nich ustawom, a „władza” i tak ma to w czterech literach.
Kraj, w którym ministerstwo finansów liczy 32 departamenty i 7 biur, ilość urzędników przekroczyła oficjalnie 500 tysięcy, a szacuje się, że może wynosić nawet milion.

Kraj – jedyny na świecie, w którym opłacamy podwójną biurokrację wojewódzką (urzędy marszałkowskie i urzędy wojewódzkie).

Kraj, w którym prawo dopuszcza, by w gminie/mieście wójtem, burmistrzem lub prezydentem był mąż, a w urzędzie tej samej gminy/miasta dyrektorem wydziału była jego żona, by radny – obchodząc z łatwością obowiązujące prawo – mógł świadczyć pracę i pobierać wynagrodzenie od jednostek swej gminy.

Kraj, w którym kwota wolna od podatku  (3.091 zł)  jest nieco wyższa niż w Ghanie, a niższa niż np. w Zambii. Kwota zmniejszająca podatek jest porównywalna z  minimum egzystencji – 544,09 zł w 2014 roku.
Kraj, w którym Sejm cierpi na permanentną „sraczkę legislacyjną”.

Kraj, którego trzech pierwszych prezydentów oskarża się o współpracę z komunistycznymi służbami specjalnymi.

Kraj rządzony od 25 lat przez tę samą – ok. 300-osobową grupę ludzi, zmieniających tylko do czasu do czasu przynależność partyjną lub nazwy swych partii.

Porozumienie różnych środowisk położy kres tym absurdom.

My, Polacy zasługujemy na normalne państwo.

Zapraszamy wszystkich, którzy chcą uczestniczyć w poprawianiu zarządzania Polską.

 

 

 

www.oburzeni.pl        e-mail:  antypartia@oburzeni.info    tel. + 48 601 255 849   lub    531 825 787

Uchwała Sądu Najwyższego

 

Uchwała Sądu Najwyższego zmieniająca rozumienie „wspólnego pożycia” budzi poważne wątpliwości prawne
Data publikacji: 2016-02-26 14:00

Uchwała Sądu Najwyższego ws. rozumienia pojęcia „wspólnego pożycia” budzi poważne zastrzeżenia prawne. Z jej treści wynika, do istnienia „wspólnego pożycia” nie jest konieczna różnica płci ani stałość relacji pomiędzy dwiema osobami. Przyjęta przez sąd konstrukcja daleka jest od precyzji i może być łatwo nadużywana. Budzi też istotne wątpliwości na gruncie orzecznictwa konstytucyjnego. Do uchwały zgłoszono jedno zdanie odrębne.
Sąd Najwyższy, rozpatrując pytanie prawne I Prezes SN prof. Małgorzaty Gersdorf, w uchwale z dnia 25 lutego 2016 r. uznał, że osoba żyjąca w związku jednopłciowym może odmówić składania zeznań, jeżeli oskarżonym jest jej partner. Odmienność płci osób pozostających w relacji wspólnego pożycia – według wykładni Sądu – nie jest tutaj warunkiem koniecznym w rozumieniu art. 115 § 11 Kodeksu karnego.
Siedmioosobowy skład sędziowski uznał, iż zwrot „osoba pozostająca we wspólnym pożyciu” określa osobę, która pozostaje z inną osobą w takiej relacji faktycznej, w której pomiędzy nimi istnieją jednocześnie więzi duchowe (emocjonalne), fizyczne oraz gospodarcze (wspólne gospodarstwo domowe). Jednocześnie, jeżeli brak określonego rodzaju więzi jest obiektywnie usprawiedliwiony, wówczas nie zmienia to w niczym charakteru relacji. Konsekwencją tego założenia jest wniosek, że do istnienia wspólnego pożycia nie jest wcale konieczna stałość związku, o ile tylko zostanie to „obiektywnie usprawiedliwione”.
Konstrukcja przyjęta przez sąd stwarza pole do bardzo szerokiej interpretacji pojęcia „wspólne pożycie” i jej nadużywania. Otwiera też drogę do wykorzystywania uprawnień przynależnych małżeństwom również w innych dziedzinach prawa. Budzi w związku z tym istotne zastrzeżenia co do zgodności z art. 18 Konstytucji. Już teraz organizacje LGBT deklarują, że uchwała stanowi etap na drodze do instytucjonalizacji w naszym kraju związków jednopłciowych.
Dokonana przez SN rozszerzająca interpretacja pojęcia „wspólne pożycie” budzi zdziwienie w kontekście orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego (TK). Nie pozostawia ono wątpliwości co do zasadniczego znaczenia instytucji małżeństwa w polskim prawie rodzinnym. Przyznawanie konkubinatom uprawnień właściwych dla małżeństwa ma charakter wyjątkowy i brak podstaw, by było interpretowane rozszerzająco. TK wskazuje, że celem regulacji konstytucyjnych, tyczących się statusu rodziny jest „nałożenie na państwo, a zwłaszcza na ustawodawcę, obowiązku podejmowania takich działań, które umacniają więzi między osobami tworzącymi rodzinę, a zwłaszcza więzi istniejące między rodzicami i dziećmi oraz między małżonkami”1. Trybunał stwierdza także, że art. 18 ustawy zasadniczej „nakazuje (…) podejmowanie przez państwo takich działań, które umacniają więzi między osobami tworzącymi rodzinę, m.in. istniejące więzi między małżonkami oraz rodzicami a dziećmi”2. W orzeczeniu z 4 września 2007 r. określa natomiast, że „przepis ten nakazuje natomiast podejmowanie przez państwo takich działań, które umacniają więzi między osobami tworzącymi rodzinę, a zwłaszcza więzi istniejące między rodzicami i dziećmi oraz między małżonkami”.
Rozstrzygnięcie dokonane przez SN wpisuje się w szerszy nurt sądowych prób reinterpretacji podstawowych pojęć prawa rodzinnego inicjowany przez Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPCz). Zaledwie kilka dni temu, 23 lutego, ETPCz wydał wyrok ws. Pajić v. Chorwacja, uznając, że Chorwacja jest winna nieumożliwienia skarżącej „zjednoczenia rodzinnego” z jej „partnerką” tej samej płci. Tymczasem art. 12 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka stanowi o prawie do zawarcia małżeństwa, przyznając je „mężczyznom i kobietom”. Brak w przepisach Konwencji wzmianki o „związkach partnerskich”, w tym mających charakter jednopłciowy. Trybunał w wyroku odwołuje się natomiast do swojej niekonsekwentnej linii orzeczniczej w podobnych sprawach, w ramach której stwierdził, że pojęcie „rodziny” nie odnosi się wyłącznie do relacji opartych na małżeństwie. Mimo uznania w 2010 r. „stabilności” związku jednopłciowego za jedno z głównych kryteriów, już w 2013 r. przyznawał, że nie musi istnieć tutaj ani stabilność ani nawet wspólne pożycie. W tym kontekście budzi zaskoczenie wezwanie Chorwacji przez Trybunał do zmiany prawa, tak aby zapewnić związkom jednopłciowym „zjednoczenie rodzinne”.

 

1. Pkt III.4.3 uzasadnienia wyroku z 12 IV 2011 r., SK 62/08, OTK ZU A 2011, nr 3, poz. 22.
2. Wyrok z 11.5.2011 r., SK 11/09, OTK-A 2011, nr 4 poz. 32.

Minister Rozwoju – agent Wielkiego Brata?

Minister Rozwoju – agent Wielkiego Brata?

Pisowski rząd z Panią Betą na czele powołał nowe ministerstwa oraz jedno Superministerstwo
– Ministerstwo Rozwoju (S.MR) jego Supermanem – Mateuszem Morawieckim (M.M.)

Pan Mateusz M. wystąpił na scenie ze swoim teatrzykiem. Tu: https://www.youtube.com/watch?v=tZBdgBdP-Dc

To, co przedstawił, nieodparcie przywołuje obraz świata Orwella. „Ja jestem ministrem rozwoju”.
Podobnie jak w powieści „Rok 1984” było Ministerstwo Prawdy, w naszym biednym i nieszczęśliwym kraju
Wielki Brat utworzył Ministerstwo Rozwoju. Rzecz to bez precedensu, by tworzyć ministerstwo od… niczego!
Równie dobrze mogło powstać Ministerstwo Nadziei albo – jak u Orwella – Ministerstwo Miłości. Ministerstwo Obfitości i Ministerstwo Pokoju.
Kiedyś w „straszliwym PRL-u” (jak ludzie w ogóle przeżyli ten czas?) ministerstwa kierowały realnie istniejącymi branżami gospodarki.
Było Ministerstwo Przemysłu, Górnictwa, Rolnictwa, Leśnictwa, Nauki, Transportu itp.
Jako, że Pan MM wchodzi na wyczyszczony grunt, bo gospodarki już nie ma, to wymyślono nowy dziwoląg – Super Ministerstwo Rozwoju,
by naiwnym lemingom imputować idee fix, dla ich rzekomego dobra.
Na czym ten rozwój zdanie Pana Superministra miałby polegać?
Otóż Pan Mateusz M. uważa, że wszystkie „dopalacze” z lat ubiegłych już zostały wykorzystane i nie będą działały.
Zatem „otwieramy szeroko nasze serca i drzwi dla kapitału zagranicznego”.

Otóż Panie Morawiecki, może Pan tego nie widzi z bankowych salonów, ale Naród polski ma już dosyć pustego hasła „kapitał zagraniczny”.
Który to ciągle napływa, a w Polsce rośnie bieda zadłużenie i pogarda dla zwykłego człowieka.
Jest Pan przebiegłym manipulatorem, bo w Pana karierze i Pańskim środowisku jest to normą.
W Pana twierdzeniu, że „kapitał ma narodowość..” , jest tylko część prawdy, bo dalsza cześć zdania brzmi: „…ale Naród polski nie ma kapitału!”

A więc jakiej narodowości jest kapitał? Włoskiej, niemieckiej, amerykańskiej czy może greckiej?
Otóż Panie Morawiecki, kapitał na całym świecie jest narodowości banksterskiej!
Dobrym przykładem jest kapitalista Soros, obywatel amerykański. Czy zatem jest to kapitał amerykański?
I co ważne, tenże kapitalista inwestuje w polski rozwój: w rozwój organizacji pozarządowych działających w Polsce,
w rozwój polskiej demokracji, w rzekomo polskie tik-tanki, startupy, i majdany (ukraiński zrealizowany, polski w przygotowaniu).

Powtórzę raz jeszcze: kapitalista Soros obywatel amerykański (pochodzenia wiadomego) inwestuje w polski rozwój
– czy od tego jest Pana Ministerstwo, by taki „rozwój” realizować?
Nie ulega wątpliwości, że mówi Pan o kapitale w rozumieniu bankowca.
Czyli, jeśli jakiś „kapitalista” przyjedzie do Polski z kontem na którym jest zapis jedynki z dwunastoma zerami,
to pańskie ministerstwo otworzy „drzwi i serca”?
Takie podejście to przejaw fałszywej ekonomii, obłędnego świata który już się sypie, gdyż w tym zakłamaniu istnieć nie może.
Pieniądze kreowane w bankach jako zapis komputerowy a w części w postaci zadrukowanych kawałków papieru – to jest żaden kapitał.
I nie ważne, że czy jest to forma funduszy, derywatów, obligacji czy gwarancji bankowych.

Prawdziwy kapitał to są zasoby: naturalne i ludzkie. To jest nasza ziemia, kopaliny, lasy, to jest ludzka wiedza i umiejętności,
zdrowe społeczeństwo i jego instytucje służące spójności i integralności.
Jeśli ktoś przywozi jakieś dolary, euro czy inne szekle z zamiarem inwestowania, to znaczy jedno:
przychodzi tu po to, by nasze zasoby wykorzystać dla swoich, prywatnych korzyści.
Iluzją jest, że przy tym powstają miejsca pracy i podatki. Bo one są tylko parawanem do ograbiania nas i upodlenia.
No bo jak powstają pieniądze w zachodnim systemie bankowym?
Przy czym system ten nie jest jakąś bezosobową instytucją, ale stoi za tym mała grupa super bogatych Supermanów, żeby nie powiedzieć – Nadludzi!
Jeżeli jakiś człowiek, przedsiębiorstwo czy upoważniony przedstawiciel państwa przychodzi do banku po pieniądze
– to zasady są dwie: czy będziesz miał zasoby, które pozwolą na tzw. obsługę długu i czy jest zabezpieczenie tego długu w postaci majątku.
I dzieje się rzecz niesamowita – za zadrukowane papierki bank staje się w jednej chwili właścicielem zastawionego majątku
i na dodatek – przechwytuje owoce naszej pracy w formie bankowej lichwy!

Panie Morawiecki, komuś służyć na tym świecie trzeba, bo „każdy swego Pana ma”.
Można więc służyć Polsce, która „istnieje tylko teoretycznie”, w niej „chu., du… i kamieni kupa”,
gdzie trzeba „zapierdalać i rowy kopać” (to są słowa z taśm nagranych w pewnym lokalu, w którym Pan również bywał),
albo też można służyć systemowi plutokracji, który jak to powiedział Pan Pawlak „trwa i twa mać”.
I pewnie ma Pan świadomość, że jak się „wlezie między wrony, trzeba krakać i one”. A niepokorni płacą głową, jak Kennedy, Husajn i wielu innych.
Ale, czy można inaczej? Otóż można.
Kapitał w rozumieniu pieniędzy, można również produkować, tak jak to robią banki prywatne – w polskim banku narodowym.
Tylko że wtedy właścicielem tego „kapitału” staje się państwo polskie.
Pieniądze są potrzebne po to, by uruchomić polskie zasoby, bo pieniądze są środkiem służącym wymianie rynkowej.
Polski rynek jest dużym i chłonnym rynkiem, potrzeby społeczne są ogromne, pokłady ludzkiej aktywności są trudne do przeszacowania.
Kiedy pojawi się nadmiar dóbr na polskim rynku, to alternatywy są dwie: albo ich konsumpcja, dobrobyt i ograniczenie wykorzystania zasobów
(zachowanie ich dla przyszłych pokoleń) albo ekspansja na inne rynki.

Rozwój Panie Ministrze/Premierze to nie otwarcie drzwi i serc dla obcego kapitału,
ale otwarcie możliwości dla aktywizacji lokalnych społeczności, dla rozwoju prosumpcji, kooperacji,
mechanizmów oddolnych inicjatyw dla tworzenia polskich spółek właścicielsko-pracowniczych.
Markowana przez Pana koncepcja akcjonariatu pracowniczego jest fałszywym kierunkiem w sytuacji,
gdy nie ma stabilności firm w wilczej grze międzynarodowego „kapitału”.
Fascynacja giełdą przez drobnych ciułaczy skończyła się, ale akcjonariat pracowniczy to nic innego jak inna forma gry na giełdzie.
Dziś bowiem nie ma gwarancji, że najlepsza firma nie padnie, nie zostanie wykupiona lub przejęta przez większego kapitalistę, wraz z akcjami.
Panie Morawiecki, jesteś Pan niewątpliwie mądrym człowiekiem i nową gwiazdą polskiej sceny politycznej.
Miej więc uczciwość w sobie i odwagę, by powiedzieć ludziom jakim przekrętem i nieszczęściem są dla Polski fundusze europejskie.
Bo najpierw poprzez podatki wyciska się z Polaków pieniądze, by wpłacać składkę do UE.
Tam biurokraci je obrabiają, kategoryzują, ustanawiają „narodowe ramy odniesienia” i powiadają:
„dostaniecie wsparcie tam, gdzie my widzimy takową potrzebę, wszakże pod warunkiem zaciągnięcia w naszym banku pożyczki na tzw. wkład własny”.
W efekcie powstaje zadłużenie i koszty obsługi długi, pomoc wybrańcom skutkuje dyskryminacją pozostałych podmiotów.
Słusznie Pan przy tym zauważył, że środki są źle inwestowane (choćby słynne obszary rewitalizacje – o czym innym razem),
marnotrawione, a skutki takiej niegospodarności ludzi przy korycie, ponosi całe społeczeństwo.
Jak Pan powiedział: „to se ne wrati” i to się nie zmieni! Patologia systemu redystrybucji jest tak wielka, że jedynym wyjściem jest wyjście z UE!

I jeszcze jedno, Panie Morawiecki. PiS nie rządzi, a tym bardzie nie będzie rządził przez 25 lat.
Szkoda, że nie zna Pan Konstytucji, bo tam jest napisane, że władzę w Polsce stanowi Naród.
A tacy jak Pan są powołani po to, by Narodowi służyć. Narodowi, a nie międzynarodowemu banksterstwu.
Więc bardzo proszę, nie wciskać Narodowi kitu, ubranego w ładne słówka, gesty, wyszukana erudycję i w sreberka bankowej retoryki.

Jan Sposób