Archiwa tagu: Antypartia

Jak się bronić przed agenturą?

Jak zniszczyć pozaparlamentarny ruch antysystemowy?

Od kilkuset lat służby specjalne w różnych krajach stosują podobne metody, by ograniczyć lub zniszczyć tych, którzy – niezadowoleni z aktualnych rządów – próbują zmienić sytuację w swoim państwie. Tak też funkcjonował aparat tzw. „bezpieczeństwa” w PRL-u i w podobny sposób działają – niestety – służby specjalne w Polsce po roku 1989.

Nieświadomi multiplikatorzy i użyteczni idioci

Carska Ochrana sama organizowała „podziemne” drukarnie, w których zgromadzeni tam dysydenci publikowali antyrządowe ulotki, nie mając pojęcia, iż wszystko to działo się pod kontrolą agentów cara. W ten sposób Ochrana wiedziała, kto działa przeciw władzy, jakie ma poglądy, co zamierza. W odpowiednim momencie aresztowała wszystkich dysydentów. Podobnie funkcjonowały kolejne rosyjskie i sowieckie służby specjalne włącznie z KGB, patrz np.:

 

 

Na rzecz KGB i jego filii – w rodzaju PRL-owska Służba Bezpieczeństwa – działali nie tylko ich oficerowie, tajni współpracownicy, ale także tzw. nieświadomi multiplikatorzy, to jest ludzie, którzy faktycznie – za namową agentów służb specjalnych – pracowali na rzecz Związku Sowieckiego czy PRL-u, nie zdając sobie w ogóle sprawy, iż są narzędziem w ręku komunistycznej agentury. Często pojawia się w tym przypadku termin „użyteczni idioci”, używany już przez Lenina w stosunku np. do zachodnich dziennikarzy, zachwalających  system komunistyczny za podszeptem bolszewickich agentów.

Także dzisiaj w każdym państwie, również demokratycznym, rządzący starają się często wykorzystywać państwowe służby specjalne do walki z opozycją polityczną. Na przykład w latach 90-tych liberalno-lewicowe władze w Polsce inwigilowały przy pomocy tych służb prawicową opozycję (w tym Kaczyńskiego czy Parysa). Dzisiaj role się odwróciły i wygląda na to, że służby specjalne RP pomagają rządzącym kompromitować adwersarzy politycznych. Podobno do założenia podsłuchów w restauracji  „Sowa & przyjaciele” wykorzystano  węgierskie służby specjalne? Regularnie media publikują nagrania kompromitujące różnych polityków. Chyba nikt nie wierzy, iż w operacjach tych nie biorą udziału służby specjalne.

 

Jak to się robi dzisiaj?

Rządzący zainteresowani są umacnianiem swej pozycji za wszelką cenę. Stąd na przykład „Afera Watergate” w USA, która doprowadziła do ustąpienia prezydenta Nixona. W Polsce „grupa trzymająca władzę” w danym momencie zainteresowana jest nie tylko osłabianiem opozycji, ale także uniemożliwianiem lub utrudnianiem tworzenia nowych, alternatywnych ruchów politycznych, które mogłyby w przyszłości być dla niej konkurencją.

W czasie moich politologicznych studiów doktoranckich na Uniwersytecie Ludwika Maksymiliana w Monachium w latach 80-tych na wykładach poświęconych Związkowi Sowieckiemu pojawiała się często grupa 3-4 osób, które zajmowały miejsca w różnych częściach sali wykładowej i systematycznie zadawały wykładowcy prowokacyjne pytania, które rozbijały cały wykład krytyczny wobec systemu komunistycznego. Prowokatorzy ci nie ukrywali specjalnie, iż są sympatykami lewackich ruchów, aktywnych wówczas na niemieckich uczelniach. Analiza działań KGB oraz STASI na podstawie np. zeznań byłych agentów zdekonspirowanych na Zachodzie wskazywała, iż Sowieci z pomocą swych satelitów (w tym przypadku NRD-owskich) systematycznie wpływali na kształtowanie się poglądów studentów w RFN.

Dlaczego o tym wspominam? Jedną z metod stosowanych także dziś przez służby specjalne jest delegowanie agentów wpływu lub wspomnianych wyżej nieświadomych multiplikatorów na różnego rodzaju zebrania, które stawiają sobie za cel stworzenie nowych, alternatywnych ugrupowań politycznych. Ludzie ci – swoim zachowaniem, wypowiedziami – wprowadzają zazwyczaj nerwową atmosferę na takich spotkaniach, co często prowadzi do ich rozbicia – podobnie jak w przypadku w/w wykładów.

Oczywiście nie twierdzę, iż wszyscy ci, którzy zachowują się w prowokacyjny sposób to agenci służb specjalnych. Część z nich to po prostu niekulturalni ludzie. Jednak są i tacy, którzy są specjalnie delegowani przez służby specjalne, by nie tylko zbierać informacje o powstających nowych ruchach, ale także utrudniać ich działanie i to już na samym początku.

Ta metoda jest dość prymitywna i łatwa do rozszyfrowania. Bardziej wyrafinowane są próby swego rodzaju odpowiedniego skanalizowania ruchów, które władza może uznać za przyszłą konkurencję. Operacja kanalizacji polega na namawianiu ludzi aktywnych i krytycznych wobec rzeczywistości do podejmowania działań radykalnych. W czasach PRL-u, gdy działałem w opozycji antykomunistycznej, od czasu do czasu pojawiali się w naszym środowisku ludzie, którzy namawiali nas do podpalania komitetów PZPR, wysadzania w powietrze pomników Lenina czy Dzierżyńskiego, zamachów na milicjantów etc. Wiadomo było, ze prawdopodobnie są to esbeccy prowokatorzy, którzy w ten sposób chcą nas wpuścić w kanał radykalizmu, z powodu którego komunistom łatwo będzie nas wsadzić za kratki na długie lata.

Dzisiaj także czasami działacze pozaparlamentarnych ruchów antysystemowych namawiani są albo przez podstawionych przez służby specjalne świadomie z nimi współpracujących prowokatorów albo przez nieświadomych multiplikatorów do działań radykalnych, które będą mogły być wykorzystane przez rządzących do skazania najaktywniejszych antysystemowców i tym samym ich neutralizacji. Władza prowokuje w ten sposób, zdając sobie doskonale sprawę, iż tego typu działania radykalne jej nie zaszkodzą. Wprost przeciwnie, będą doskonałym pretekstem, by wykazać, że alternatywa polityczna to grupa oszołomów, której jedynym celem jest np. wysadzenie w powietrze budynku Sejmu lub palenie opon na ulicy.

Władza doskonale wie także, że tak zradykalizowane przez agentów środowiska nie będą w stanie stworzyć faktycznej opozycji politycznej, która miałaby szansę  np. na wygraną w wyborach, gdyż ci podstawieni przez nia ludzie twierdzą, że nie ma sensu brać udziału w wyborach, bo one i tak nic nie zmienią. Dlatego należy wyłącznie palić opony na ulicach i doprowadzić do rewolucji. Można także namawiać do innych radykalnych działań, np. do powszechnego niepłacenia podatków na znak protestu przeciw władzy. Wiadomo jednak, że na taki krok zdecyduje się nie 100 tysięcy ludzi, lecz zaledwie kilku i to nic nie da w praktyce. Tego typu akcje mają stanowić swego rodzaju substytut faktycznie niebezpiecznych dla władzy działań. Zamiast się organizować i przygotowywać do przejęcia władzy w drodze wyborów, ruchy alternatywne mają przez 4 lata wychodzić ciągle na ulicę, a po tych czterech latach władza będzie mogła wygrać ponownie wybory i dalej rządzić.

Innym sposobem odciągania ludzi niezadowolonych z obecnej sytuacji od racjonalnego i skutecznego działania jest lansowanie tezy o zabarwieniu pozytywistycznym. Musimy dyskutować, musimy debatować, jak zmienić Polskę. Najlepiej debatujmy przez 4 lata do samych wyborów. Aby sfrustrowani rzeczywistością polityczną ludzie poczuli się nieco lepiej, podstawione przez służby specjalne osoby lub nieświadomi multiplikatorzy namawiają uczestników antysystemowych ruchów pozaparlamentarnych do tworzenia społecznych ciał  alternatywnych w stosunku do formalnych instytucji państwowych. Nie ma sensu brać udziału w wyborach, bo i tak je sfałszują – mówią. Stwórzmy więc na przykład nasz, alternatywny parlament, sejmiki, wybierzmy „rząd na uchodźstwie”.  Niektórzy idą nawet dalej i proponują, by powołać alternatywnego prezydenta lub nawet króla Polski. W ten sposób nie tylko kanalizują energię antysystemowców w kierunku, który na pewno nie prowadzi ich do celu, ale ośmieszają ruchy antysystemowe.

Jak się chronić przed agenturą?

Twórca znakomitej Podziemnej TV, Konrad Daniel, który zorganizował jeden z alternatywnych, pozaparlamentarnych ruchów antysystemowych o nazwie „1Polska”, jest chyba klasycznym przykładem zniszczenia antysystemowego ruchu przez dziwnych ludzi, którymi się otoczył. Gdyby Daniel zadał sobie trochę trudu i poszukał choćby w Internecie informacji na temat osób, których później podejrzewał o agenturalność, nie naraziłby swojej ciekawej inicjatywy politycznej na porażkę, patrz:

 

 

W latach 70-tych w środowiskach opozycyjnych krążyła wydana w drugim obiegu broszura, która instruowała nas, dysydentów, jak się zachowywać wobec komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. Na przykład podkreślała, iż nie wolno z esbekami w ogóle rozmawiać, nawet o pogodzie, gdyż są w stanie nawet na podstawie takich rozmów sporządzić nasz portret psychologiczny, który mogą wykorzystać w dalszych swoich operacjach.

Jak się powinni dziś zachowywać działacze środowisk antysystemowych zarówno wobec świadomych jak i nieświadomych współpracowników służb specjalnych, dążących do zniszczenia ich inicjatyw politycznych? Rada, która może w pierwszej chwili wydać się banalna, to sprawdzenie wszystkich dostępnych w Internecie informacji o danej osobie. Gdyby tak postąpił Konrad Daniel, znalazłby wystarczająco dużo powodów, by nie współpracować z niektórymi ludźmi, którzy przyczynili się do zniszczenia jego inicjatywy politycznej. W tej chwili można w Internecie znaleźć także niektóre  informacje z IPN (np. o tym, że ktoś był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB). Następnie, gdy podejrzewamy faktycznie kogoś o agenturalną działalność, koniecznie należy sprawdzić jego teczkę w samym Instytucie Pamięci Narodowej. Były TW SB – szantażowany dziś – może w dalszym ciągu pracować dla służb specjalnych.

Oczywiście znaczna część dokumentów na temat tajnych współpracowników SB została zniszczona w latach 1989-90, niektóre są nadal utajnione w archiwum wyodrębnionym. Zawsze jednak jest możliwość znalezienia czegoś, co rzuci właściwe światło na osobę (urodzoną przed 1971), która działa na szkodę ruchów antysystemowych.

Należy także obserwować przez dłuższy czas działania tego typu ludzi. Jeśli zawsze powtarza się ten sam model działania (np. rozbijanie zebrań, próba kanalizacji aktywności w kierunku, który nie prowadzi do celu etc.), należy rezygnować ze współpracy z takimi osobami, gdyż w przyszłości, w momentach naprawdę ważnych dla ugrupowania, możemy zapłacić wysoką  cenę za tolerowanie destruktorów w naszym otoczeniu.

Znakomitą lekcję na temat skuteczności działań agenturalnych w przeszłości daje nam ujawniona dzisiaj aktywność tajnych współpracowników SB w środowisku polonijnym, rozbijanym przez komunistyczną agenturę przez długie lata, patrz:

 

 

Marek Ciesielczyk

Autor pierwszej w języku polskim książki na temat historii rosyjskich i sowieckich służb specjalnych pt: „KGB” oraz dwóch książek na temat działalności polonijnych agentów SB. Wyniki swych badań w IPN prezentował w czasie kilkudziesięciu wykładów od Miami przez Nowy Jork i Dallas po San Diego i Los Angeles oraz Vancouver

Czym się różnią partie polityczne od klubów piłkarskich, a czym od mafii?

Wywiad z dr. Markiem Ciesielczykiem – Przewodniczącym Antypartii

18 kwietnia w telewizji wRealu24 ukazał się wywiad z Przewodniczącym Antypartii – dr. Markiem Ciesielczykiem na temat patologii wynikających z polskiej partiokracji.

Już w ciągu kilku pierwszych godzin wywiad ten oglądało ok. 13 tysięcy osób, patrz:

https://www.facebook.com/watch/?v=3183305271957841

Dr Ciesielczyk w telewizji wRealu24

Od 30 lat Polską rządzi ta sama grupa około 300 osób, które od czasu do czasu zmieniają tylko szyldy partyjne, podobnie jak piłkarze barwy klubowe.  

Wraz ze wszystkimi „znajomymi i krewnymi królika” grupa ta tworzy nową nomenklaturę – ok. 20 tysięcy osób, które obsadzają najlepiej płatne stanowiska w spółkach Skarbu Państwa oraz w spółkach komunalnych, działając podobnie jak mafia. Wraz z rodzinami jest to pasożytnicza kasta około 100 tysięcy osób – mniejszość podobna do tej np. w Ugandzie czy Tanzanii.

Pozostali Polacy – po 30 latach „przemian” – zarabiają 6 razy mniej niż obywatele Liechtensteinu, 3 razy mniej niż Irlandczycy, 2 razy mniej niż Hiszpanie, półtora raza mniej niż mieszkańcy Słowenii, która niedawno walczyła o swą niepodległość w wojnie domowej, czy też obywatele Estonii – byłej kolonii sowieckiej.

Polska mogłaby – podobnie jak np. Irlandia, Nowa Zelandia czy Singapur osiągnąć roczny  przyrost PKB w wysokości 10-20%, a zarobki Polaków mogłyby w ciągu 5-10 lat być 2-3 razy większe niż obecnie, gdyby naszym państwem rządzili ludzie inteligentni, uczciwi i odważni, którzy przeprowadziliby reformy gospodarcze podobne do tych w Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapurze (o tym pisze Antypartia na swej stronie www.antypartia.org).

Można to osiągnąć, zmieniając gruntowanie system selekcji ludzi władzy – ordynację wyborczą na większościową oraz zastępując fikcyjne regulacje referendalne faktycznym referendum bezprogowym, którego wynik byłby wiążący dla władzy.

Do tego dąży Antypartia, której kandydaci do Sejmu będą wybierani w uczciwych prawyborach w 41 okręgach wyborczych i będą musieli złożyć przyrzeczenie publiczne zgodnie z artykułem 919 kodeksu cywilnego. Jeśli nie dotrzymają danego wyborcom słowa, zostaną zmuszeni prawem do wypłacenia każdemu zdradzonemu wyborcy 1.000 złotych.

Antypartia żąda, by posłowie mogli być odwoływani w czasie kadencji w drodze referendum, by pozbawiono ich immunitetu, zaś wynagrodzenie parlamentarzysty zostało obniżone do wysokości średniej krajowej lub też by parlamentarzyści pracowali społecznie.

Antypartia nie oczekuje, by zapisywali się do niej jej zwolennicy. Status zarejestrowanego sympatyka gwarantuje każdemu takie same prawa jak formalnemu członkowi (włącznie z prawem startu do Sejmu z list tego ugrupowania). Członkowie i sympatycy Antypartii w każdym z 41 okregów wyborczych cieszą się całkowitą autonomią.

Już w tej chwili Antypartia rozpoczęła konstruowanie list wyborczych do Sejmu i zachęca zwolenników gruntowanej zmiany systemu politycznego w Polsce do zgłaszania kandydatur ludzi uczciwych, inteligentnych i odważnych, którzy mają na swym koncie znaczące sukcesy zawodowe i społeczne – telefon: 601 255 849.

REZULTATY PIERWSZEJ OGÓLNOPOLSKIEJ KONFERENCJI KOORDYNATORÓW ANTYPARTII

26-28 lutego 2021 w Zakopanem odbyła się Pierwsza Ogólnopolska Konferencja Koordynatorów i Sympatyków Antypartii, w której wzięło udział ponad 40 osób, które przyjechały do stolicy Tatr m.in. z Przemyśla, Suwałk, Katowic, Sosnowca, Rybnika, Gliwic,  Jeleniej Góry, Wałbrzycha, Szczecina, Gorzowa Wielkopolskiego, Koszalina, Gdańska, Torunia, Warszawy, Krakowa , Tarnowa, Piły, Mławy, Bielska Białej, Wrocławia, Rzeszowa, Sopotu, Nowego Sącza, powiatu brzeskiego, Ostrowca Świętokrzyskiego,  Sieradza, Zielonej Góry, Białego Dunajca. W spotkaniu wzięła także udział grupa osób z Zakopanego.

Zarząd i Rada Koordynacyjna przedstawiły rezultaty działań Antypartii w okresie lipiec 2020 – styczeń 2021. W tym czasie odbyły się spotkania Antypartii w Gdańsku, Szczyrku, k. Warszawy, w Krakowie, Jarosławiu, Lublinie, Białymstoku, Olsztynie, Koninie, Toruniu, Poznaniu.

W mediach zarówno ogólnopolskich jak i lokalnych ukazało się na temat Antypartii kilkadziesiąt artykułów oraz audycji radiowych i telewizyjnych. W styczniu Antypartia została zarejestrowana przez Sąd Okręgowy w Warszawie. Uruchomiona została Telewizja ANTYPARTIA k. Katowic.

Uczestnicy Konferencji uzupełnili program wyborczy Antypartii, uwypuklając 21 najważniejszych ich zdaniem postulatów, które przedstawimy lada dzień. Doprecyzowano kalendarz działań Antypartii w okresie marzec – grudzień 2021. Do maja powinny zostać przeprowadzone we wszystkich 41 okręgach wyborczych wybory koordynatorów okręgowych (obecni zostali powołani tymczasowo przez Zarząd), w których wezmą udział wszyscy członkowie Antypartii w danym okręgu.

Pod koniec czerwca zostanie zorganizowany pierwszy Kongres Antypartii, który wybierze stały Zarząd (obecny ma charakter tymczasowy). Jesienią Antypartia ma zamiar zebrać 100-200 tysięcy podpisów osób popierających obywatelską inicjatywę ustawodawczą Antypartii, pod warunkiem, iż w szeregach Antypartii znajdzie się wówczas ok. 2.500 członków. Pod koniec roku Antypartia rozpocznie konstruowanie list wyborczych do Sejmu w drodze prawyborów w każdym okręgu wyborczym.

Trzeci dzień obrad poświęcony był rozmowom z innymi ugrupowaniami czy grupami, które chciałyby współpracować z Antypartią. Zawarte zostało porozumienie przedwyborcze ze Stronnictwem Narodowym, którego członkowie będą mogli wziąć udział w prawyborach i startować z list Antypartii. Prowadzono również rozmowy z przedstawicielami ruchu Wolni Ludzie, które będą kontynuowane w najbliższej przyszłości.

W spotkaniu wzięła także udział grupa przedsiębiorców z Zakopanego, którzy przyjęli nazwę Wolni Przedsiębiorcy. Także oni wyrazili chęć współpracy z Antypartią.

Druga Konferencja Antypartii odbędzie się prawdopodobnie przed Kongresem w maju albo w centralnej Polsce, albo nad Bałtykiem.

Antypartia zapowiada, iż już pod koniec tego roku  rozpocznie konstruowanie list wyborczych w drodze prawyborów we wszystkich 41 okręgach wyborczych.

Goszcząca na Konferencji Niezależna Telewizja przeprowadziła wywiad z Przewodniczącym Antypartii Markiem Ciesielczykiem, tutaj:

https://niezaleznatelewizja.pl/index.php/2021/03/09/wypowiedz-marka-ciesielczyka-przewodniczacego-antypartii-na-spotkaniu-w-zakopanym/

Wypowiedź Marka Ciesielczyka, przewodniczącego Antypartii, na spotkaniu w Zakopanym

Trzecia część Konferencji była poświęcona wypracowaniu stanowiska Antypartii wobec zasad współpracy z innymi ugrupowaniami, zwłaszcza dotyczącymi wspólnego startu w wyborach parlamentarnych.

Zebrani zgodzili się, by w Antypartii obowiązywała zasada, iż jeśli ktoś podpisze deklarację, w której przyjmie na siebie rolę sympatyka, będzie miał praktycznie te same prawa (ale także obowiązki) jak członkowie Antypartii.

Sympatyk będzie więc mógł być koordynatorem okręgowym (jeśli zostanie wybrany przez członków i sympatyków Antypartii w danym okręgu wyborczym), a więc będzie mógł być członkiem najważniejszego ciała Antypartii – Rady Koordynatorów.

Będzie także mógł uczestniczyć w prawyborach Antypartii w swym okręgu wyborczym, w wyniku których skonstruowane zostaną listy wyborcze Antypartii w wyborach parlamentarnych i samorządowych.

Oczywiście sympatyk musi akceptować Statut i program Antypartii i wpłacać na konto Antypartii (zamiast składek członkowskich) darowizny, których wysokość sam zadeklaruje, wstępując w szeregi sympatyków.

Jedynym ograniczeniem dla sympatyka  będzie brak możliwości wyboru w skład Zarządu, Sądu Koleżeńskiego i Komisji Rewizyjnej Antypartii.

Taka niekonwencjonalna regulacja umożliwi ścisłą współpracę z Antypartią także tym, którzy nie będą chcieli czy mogli być członkami Antypartii (np. członkom  partii, których statut zabrania wstępowania w szeregi  innych ugrupowań).

Pierwszą partią, której szef, obecny na konferencji w Zakopanem, zadeklarował chęć współpracy na takich zasadach z Antypartią i start  w wyborach parlamentarnych z listy Antypartii, jest Stronnictwo Narodowe.

Wydaje się, że taka regulacja znacznie ułatwi podejmowanie decyzji o współpracy i starcie w wyborach z list Antypartii  członkom innych ugrupowań i przyśpieszy proces jednoczenia się pozaparlamentarnych ugrupowań antysystemowych.

PANEM ET CIRCENSES – CIEMNY LUD TO KUPI… czyli neandertalizacja kultury

 

Juwenalis – rzymski poeta satyryczny przeszedł do historii chyba przede wszystkim ze względu na spopularyzowanie skutecznej recepty utrzymania się przy władzy („chleba i igrzysk”) nawet wówczas, gdy rządzący nie zapewniają rządzonym dobrobytu.

Gdy w czasach Juliusza Cezara brakowało chleba dla 150 tysięcy bezrobotnych, władca odwracał uwagę tłumu od jego nędzy, organizując igrzyska. Od kilku tysięcy lat rządzący skutecznie przedłużają okres swego panowania albo rzucając poddanym trochę chleba, a gdy go brakuje organizują dla ludu rozrywkę.

Znacznie łatwiej utrzymywać się przy władzy, gdy lud jest niewykształcony i chorowity. Dlatego sprytny władca żongluje chlebem i igrzyskami, dbając równocześnie o to, by poddani nie byli zbyt inteligentni i mieli problemy ze swym zdrowiem.

Często słyszymy, iż Polska pozostaje daleko w tyle za państwami faktycznie rozwiniętymi, a Polacy zarabiają 3 razy mniej niż na tzw. Zachodzie (patrz: https://www.antypartia.org/aktualnosci/dlaczego-polska-jest-ciagle-pariasem-europy-o-koniecznosci-gruntownej-zmiany-na-polskiej-scenie-politycznej/ ), gdyż dokonują złych wyborów, a to z kolei jest wynikiem małej wiedzy.

Jest to zdaniem piszącego te słowa twierdzenie prawdziwe. Oczywiście przyczyną złych wyborów jest także „najgłupsza na świecie ordynacja wyborcza”.

Duże znaczenie ma także rozdawany „chleb” (np. 500+ etc.), ale jeszcze większe – „igrzyska”. Ponieważ w dzisiejszych czasach trudno zorganizować np. walki gladiatorów na Placu Zamkowym czy na Wawelu, „igrzyska” organizowane są na znacznie większą skalę, bo w telewizji, którą ogląda większość wyborców. Jako że lud – wedle wyżej opisanej recepty – nie może być gruntownie wykształcony (dwie najlepsze polskie uczelnie UW i UJ znajdują się w rankingu szanghajskim dopiero w 4-tej i 5-tej setce uczelni na świecie), poziom tych „igrzysk” jest dostosowany do ilorazu inteligencji odbiorców.

Nie telewizja publiczna (faktycznie państwowa) kształtuje pozytywnie widza (do czego m.in. jest powołana), lecz plebejski gust widza decyduje o tym, co pokazuje telewizja. Im niższy poziom „igrzysk”, tym lepiej dla władzy, gdyż co cztery lata trzeba oszukiwać lud („Ciemny lud to kupi” – powiedział kiedyś obecny prezes telewizji państwowej, Jacek Kurski).

Nie wiadomo dzisiaj, czy pomysł przyznania literackiej nagrody Nobla dla Zenka Martyniuka to żart, czy też rzeczywiście w Polsce powstał „Społeczny Komitet ds. Nagrody Nobla dla Martyniuka”.

Także inne media nie pozostają w tyle w procesie tworzenia antykultury oraz popularyzacji pogańskiej etyki. Na przykład program Telewizji Eska „Warsaw Shore” może przekonać, iż to, co nazywamy cywilizacją śródziemnomorską stało się dzisiaj w Polsce marginesem kulturowym. Kilkunastu młodych Polaków różni od neandertalczyków chyba tylko to, że wydają więcej dźwięków przypominających nieco jeden z języków europejskich. Być może porównanie do neandertalczyków jest tu dla  Homo neanderthalensis obraźliwe?

Niektórzy twierdzą, iż zmiany, które zaszły w ciągu ostatnich 30 lat w mózgu polskich wyborców, między innymi (choć nie tylko) dzięki implementacji antykultury disco polo i  warsawshorepodobnych zachowań, są nieodwracalne i nie ma już szans na odrodzenie w Polsce cywilizacji śródziemnomorskiej, (a więc np. okradanie cmentarzy stawać się będzie czymś „normalnym”).

Jest to zjawisko niezwykle korzystne dla rządzących (nieważne z którego z walczących ze sobą plemion pochodzą). Prasowanie kory mózgowej ułatwia przejęcie i utrzymanie się przy władzy ludzi nieuczciwych, mało inteligentnych i tchórzliwych, ale równocześnie sprytnych, którzy serwują ludowi to, co lud powinien – ich zdaniem – kupić (patrz: https://www.antypartia.org/aktualnosci/od-politykow-gorsi-sa-tylko-pedofile-test-na-inteligencje-dla-kandydatow-na-poslow/

 

Marek Ciesielczyk

Polityczne antyfakty

Polityczne antyfakty

Wielu pisze, publikuje różne informacje dotyczące lokalnych układów w polityce. Są to fakty lokalne i docierają do niewielkiej grupy osób. Chwała tym, którzy to robią. Przeglądając różne media i portale spotkałem się z wieloma takimi publikacjami. Trzeba mieć odwagę by się narazić miejscowym władzom lub miejscowemu układowi politycznemu. Często nie mamy żadnej wiedzy o osobach z miejscowego świecznika. O ich życiu prywatnym, zawodowym, politycznym czy społecznym.

Czy są to osoby kryształowe? Przypomnijmy sobie zapewnienia członków partii PiS w sprawie Pana Banasia, który był rekomendowany na stanowisko Prezesa NIK. Prawda jest bardzo brutalna. Nie jest to człowiek kryształowo czysty. Im dalej od wybrania na stanowisko tym więcej informacji na temat Pana Banasia. Przeciętny Kowalski już by odpoczywał w odosobnieniu. Ale nie Pan Banaś.

W kilku rozmowach, w środowiskach Stowarzyszenia OBURZENI, doszliśmy do wniosku, że te jednostkowe działania nie przynoszą żadnego przełożenia na istniejącą rzeczywistość. Pozostają bez wpływu na nią. Pojedyncze wypadki jak np. Wałbrzych i rozwiązanie miejscowych struktur PiS po aferze nagraniowej są pozytywnym wyjątkiem. Natomiast nie dają żadnych podstaw do zaufania, że ich następcy będą prawymi ludźmi, i będą działali dla dobra ogólnego a nie swojego czy swojej partii.

Chcemy uruchomić pod wspólna nazwą kanał informacyjny przedstawiający tego typu sytuacje. Po długich rozmowach przyjęliśmy pod rozwagę poniższe propozycje nazw dla takiego kanału:

  1. Co robisz polityku?
  2. Życie polityka.
  3. Fakty antypartyjne.
  4. Życie polityczne.
  5. Antypolitycznie.
  6. Polityczne antyfakty.
  7. Antymanipulacja.

Proszę Państwa o głosowanie nad podanymi propozycjami nazw. Głos można oddać tylko na jedną z nazw. Można też zaproponować własną nazwę, którą umieszczę na liście do głosowania.

Głos można przekazać mailowo na adres oburzeni.warszawa@gmail.com lub sms-em na numer telefonu 600 820 483. Przewiduję termin zakończenia zbierania głosów na 28 lutego 2021 roku. W jakiej formie będziemy ten nośnik informacji tworzyli/współtworzyli poinformuję Państwa na naszej stronie jak również w każdy inny dostępny sposób.

Nie mamy zamiaru kolidować swoimi działaniami z już istniejącymi nośnikami tego typu informacji.

Zapraszamy każdego mającego ciekawy materiał o takiej tematyce do publikowania go na stronie www.oburzeni.pl lub www.antypartia.org

Po uruchomieniu  medium będziemy prosili o pomysły i włączenie się w publikacje materiałów, gdzie działaczy samorządowych, polityków lokalnych przedstawić od innej strony niż się prezentują. Znając relacje społeczne, znając małe lokalne środowiska wiem, że nie każdy mając wiedzę opublikuje pod swoim nazwiskiem ciekawy materiał. Stowarzyszenie Oburzeni oraz środowisko ANTYPARTII dołożymy starań by osoba taka nie była zidentyfikowana. Zapewnimy tej osobie anonimowość.

Elementem łącznym wyżej przedstawionego projektu będzie kolejny element nazwany przez nasze środowisko OBURZONYCH tzw. IPN 2.0.

Chodzi o doprowadzenie do rejestrowania i przechowywania kopii dokumentów potwierdzających patologię w polskim systemie niesprawiedliwości oraz bezprawia władzy każdego szczebla samorządowego i/lub centralnego.

Chętnie przedyskutuję każdy pomysł w tym zakresie lub włączę osoby do takiej dyskusji naszego środowiska OBURZONYCH oraz Antypartii.

Chcemy i robimy wszystko by nie być kolejnym klonem istniejących stowarzyszeń czy partii.

Mamy inne cele, mamy inne pomysły, mamy innych ludzi.

Kontakt:

oburzeni.warszawa@gmail.com

600 820 483

Z poważaniem

Jan Szymański

Przewodniczący Rady Koordynacyjnej Stowarzyszenia Oburzeni

Wice Przewodniczący Zarządu Antypartii

 

Dlaczego w Polsce nie ma prawicy?

Zwolennicy niektórych partii politycznych, pretendujących do miana prawicowych, mogą oczywiście oburzyć się po przeczytaniu tytułu. Mając jednak na uwadze klasyczne definicje prawicowości, musimy dojść do wniosku, iż po roku 1989 na polskiej scenie politycznej tak naprawdę nigdy nie działała faktycznie prawicowa partia. 

Prawica nie może działać, gdyż jest planowo niszczona

Być może wyjątkiem (potwierdzającym regułę) mogłaby być Unia Polityki Realnej w swym początkowym okresie. Partia ta jednak nigdy nie odgrywała znaczącej roli, jako że w chwili, gdy miała szansę (podobnie zresztą jak i inne partie Janusza Korwina-Mikke) na przekroczenie 5-procentowego progu, jej lider – zazwyczaj swymi kontrowersyjnymi (by użyć eufemizmu) wypowiedziami – skutecznie obniżał jej notowania.

Tu dochodzimy do sedna sprawy. W ciągu ostatnich 30 lat nie powstała, a jeśli nawet, to szybko ulegała anihilacji,  żadna formacja prawicowa. Twierdzenie to jest prawdziwe nawet wówczas, gdy rozszerzymy definicję prawicowości na ugrupowania częściowo prawicowe (np. tylko w sferze ekonomicznej – jak kolejne twory Korwina-Mikke, czy też wyłącznie politycznej/ ideologicznej – jak np. Ruch Odbudowy Polski).

Gdyby Korwin-Mikke zachowywał się racjonalnie (a przecież jest człowiekiem inteligentnym), to UPR mogłaby liczyć na poparcie więcej niż 15-20  procent wyborców. Korwin pożera swe dzieci polityczne albo ze względów „artystycznych” (bo lubi happeningi, a sam jest bardziej artystą niż politykiem), albo robi to celowo po to, by nie powstała silna partia prawicowa i to nawet teraz, gdy został nieco zneutralizowany przez swych partnerów w Konfederacji, która zamiast piąć się w górę, coraz bardziej traci poparcie, spadając w niektórych sondażach nawet poniżej 5 procent, patrz:

http://oburzeni.pl/dlaczego-spada-poparcie-dla-konfederacji/

Gdybyśmy spróbowali zrobić ranking polityków, którzy uchodzą za najbardziej prawicowych, na czele – obok Korina – znalazłby się na pewno Antoni Macierewicz, śp. Jan Olszewski czy Jarosław Kaczyński. Ci trzej ostatni bynajmniej nie ze względu na swe poglądy ekonomiczne (bliżej im bowiem do socjalizmu), lecz polityczne lub – jak kto woli – ideologiczne.

Choć Olszewski, Kaczyński czy Macierewicz zostaliby zapewne uznani przez Mieczysława Wilczka, ministra w komunistycznym rządzie Rakowskiego, autora „ustawy Wilczka” z 1988,  za lewicowców, przyjmijmy dla potrzeb tego artykułu, że mieszczą się w polskim rozumieniu prawicy. Od naprawdę wolnego rynku oddaleni są o lata świetlne, lecz funkcjonują jako polska prawica ze względu na swoje rozumienie patriotyzmu, stosunek do interesu narodowego etc.

Co ciekawe, również oni robili lub robią wszystko, aby także i taka (ideologiczna) prawica nie odgrywała w Polsce żadnej roli. Antoni Macierewicz tak nieprofesjonalnie realizował tzw. „uchwałę lustracyjną” Sejmu w 1992 roku, iż sama idea lustracji została skompromitowana na długie lata, a rząd Olszewskiego, który miał szansę zrobić dużo dobrego dla Polski, musiał wkrótce upaść. Zaangażowani przez Macierewicza młodzi amatorzy w tej branży (pierwowzory Misiewicza) popełnili wystarczająco dużo merytorycznych błędów, by przeciwnicy lustracji mogli wówczas triumfować.

Także przygotowany 15 lat później dokument,  zwany potocznie „Raportem Macierewicza”,  dotyczący wojskowych służb specjalnych PRL i III RP, zawierał szkolne błędy, których z łatwością można było uniknąć, a które stały się później orężem przeciwników likwidacji WSI i prawicowej części sceny politycznej w Polsce.

Mało kto pamięta, iż w wyborach do Sejmu w roku 1997 pełnomocnikiem wyborczym Ruchu Odbudowy Polski był Antoni Macierewicz, który w ostatniej chwili, bez wiedzy Olszewskiego zmienił zatwierdzony już wcześniej przez lidera ROP układ kandydatów na listach wyborczych. Mimo, iż Olszewskiemu udało się jeszcze przywrócić pierwotny kształt list, ROP poniósł dotkliwą klęskę, nieznacznie tylko przekraczając 5-procentowy próg i wprowadzając do Sejmu zaledwie 6 posłów. Trzeba przypomnieć, iż przed akcją dywersyjną Macierewicza, Ruch Odbudowy Polski cieszył się poparciem ok. 17% ankietowanych.

Wkrótce doszło do kolejnego konfliktu wewnątrz grupy 6 posłów ROP, co skutkowało rozłamem w tej partii. Obok Macierewicza negatywną rolę odegrał Wojciech Włodarczyk, bliski współpracownik Olszewskiego, patrz np.: Marek Ciesielczyk: Samo-nie-rząd po galicyjsku, Tarnów 2000, str.197 – 2010.

Warto przypomnieć, iż głównym doradcą premiera Jana Olszewskiego był Zdzisław Najder, zdemaskowany później jako tajny współpracownik komunistycznej Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Zapalniczka”. W latach 80-tych Najder był dyrektorem sekcji polskiej Radia Wolna Europa, które w tym czasie było krytykowane przez część opozycji antykomunistycznej, patrz: Marek Ciesielczyk: „Radio Free Europe’s Discordant Voices”, w:  LAISSEZ-FAIRE, nr 1, Londyn – Waszyngton, lato 1991, str. 48 – 53

patrz: http://www.marekciesielczyk.com/index.php?p=1_16

Zdzisław Najder – doradca premiera Jana Olszewskiego – TW SB „Zapalniczka”,

fot. Wikipedia

Jeśli przyjmiemy, iż na początku swego istnienia ruch Kukiza miał w pewnym stopniu cechy ugrupowania patriotycznie prawicowego (o ekonomii raczej nie było w nim mowy), moglibyśmy dostrzec pewne analogie w procesie jego niszczenia oraz wcześniejszej anihilacji UPR czy ROP. Kukiz w wyborach prezydenckich uzyskał ponad 20% głosów, by w następnych latach prawie całkowicie zniszczyć swe ugrupowanie. Prawą ręka muzycznego polityka był przez długi czas niejaki Dariusz Pitaś, dwukrotnie skazany za poważne przestępstwa, o czym Kukiz od początku był informowany. Mimo to Pitaś funkcjonował cały czas jako swego rodzaju „Wachowski Kukiza”, patrz:  http://oburzeni.pl/tag/dariusz-pitas/

Czy PiS to prawica i czy przetrwa?

Przejdźmy jednak do czasów współczesnych. Ktoś może powiedzieć, iż teza postawiona tutaj na początku jest nieprawdziwa, gdyż to, czego nie udało się osiągnąć Korwinowi, Olszewskiemu czy Kukizowi, zrobił Jarosław Kaczyński, tworząc silną, rządzącą od 5 lat partię, która co prawda nie jest prawicą ekonomiczną (wprost przeciwnie), ale na pewno przez wielu Polaków postrzegana jest jako prawica ideologiczna, dla której ważne są wartości narodowe. Czy tak jest rzeczywiście i czy przypadkiem także i ta formacja polityczna nie jest niszczona od wewnątrz (bardziej nawet niż przez zewnętrznych jej wrogów)?

Regułą było, iż gdy w telewizji pojawiał się zbyt często Antoni Macierewicz, notowania PiS-u spadały. Wylansowanie przez Macierewicza Misiewicza, zaszkodziło PiS-owi w sposób wyjątkowy, a samo nazwisko Misiewicza będzie służyło historykom za symbol niekompetencji, nepotyzmu politycznego etc. Jak więc widać, i tym razem, Macierewicz odegrał podobną do tych wcześniejszych rolę destruktora.

Gdyby PiS prezentował się jako ugrupowanie liberalne, lewicowe, wyborcy na pewno nie mieliby za złe Kaczyńskiemu, iż swego czasu tuż przed wyborami w Sosnowcu (wiadomo więc dlaczego) chwalił Edwarda Gierka jako „komunistycznego patriotę polskiego”. Abstrahując od tego, czy można równocześnie być komunistą i polskim patriotą (sic!), nie można zapominać o „ścieżkach zdrowia” dla robotników protestujących przeciwko temu „komunistycznemu patriocie”, czy mordach politycznych za czasów panowania towarzysza Edwarda (np. zabójstwo Stanisława Pyjasa).

Czy wśród posłów PiS nie było lepszego kandydata na Przewodniczącego Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka Sejmu RP niż Stanisław Piotrowicz – b. członek  egzekutywy PZPR w Prokuraturze Wojewódzkiej i Rejonowej w Krośnie,  autor aktu oskarżenia przeciwko działaczowi opozycji Antoniemu Pikulowi, „oskarżonemu o kolportaż wydawnictw drugiego obiegu.  W treści aktu czytamy m.in.: ‘W świetle materiałów dowodowych wyjaśnienia oskarżonego nie brzmią przekonywająco. Dokonane ustalenia pozwalają stwierdzić, że Antoni Pikul, podczas obowiązywania stanu wojennego, dopuścił się przestępstwa […]. Skierowanie aktu oskarżenia przeciwko Antoniemu Pikulowi należy uznać za zasadne’”. Później zaś, czy nie było lepszego kandydata na sędziego Trybunału Konstytucyjnego niż prokurator PRL-u Stanisław Piotrowicz?

Czy nie można było znaleźć w prawie 40-milionowym narodzie lepszego kandydata na głównego komentatora wydarzeń politycznych w państwowej telewizji TVP, niż Marek Król – b. sekretarz Komitetu Centralnego PZPR w okresie dogorywania PRL-u?

Marek Król – jeden z filarów TVP Kurskiego, b. sekretarz KC PZPR, fot. TVP/FB

Czy naprawdę nie ma bardziej utalentowanych dziennikarek, które mogłyby od rana do wieczora występować w TVP niż Magdalena Ogórek – kandydatka postkomunistycznego SLD na Prezydenta RP, (na którą zagłosowało zaledwie ok. 2% wyborców), wcześniej zatrudniona w klubie poselskim SLD, bliska współpracowniczka szefa SLD Grzegorza Napieralskiego, w 2011 kandydatka SLD do Sejmu?

„Gwiazda” TVP Magdalena Ogórek, najpierw z Kwaśniewskim, Napieralskim, Millerem, teraz z Kaczyńskim, fot. FB

Czy PiS nie miał lepszych kandydatów na ambasadora RP w Niemczech niż mąż prezes Trybunału Konstytucyjneg, Andrzej Przyłębski, „w latach 1979–1980 zarejestrowany jako tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa PRL o pseudonimie „Wolfgang” (nr rejestracyjny: KWMO Konin 3889/1979)”? cyt. za: Wikipedia.

Czy ławka rezerwowych Prawa i Sprawiedliwości jest naprawdę tak krótka, że Pełnomocnikiem Ministra Cyfryzacji ds. współpracy z administracją samorządową RP, został niejaki Krzysztof Głomb, z wykształcenia bodajże w pierwszej kolejności archeolog (?), który w latach 80-tych współpracował z jednym z lokalnych organów prasowych PZPR, obwieszczając na jego łamach kilka miesięcy po zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki: „ … wyprzedzając uchwałę IX Plenum KC PZPR… Referat skarg i wniosków Komitetu Wojewódzkiego PZPR wychodzi naprzeciw troskom i kłopotom wszystkich, którzy potrzebują pomocy. (…) Najważniejsze jest jednak poczucie społecznej służby i świadomość przywracania ludziom wiary w sprawiedliwość”. cyt za: Marek Ciesielczyk: Republika kartoflana – Polska wobec katastrofy polityczno-ekonomiczno-kulturowej, Chicago, K&K Publishing, 1997, str. 157 – 158.

Przedstawione tu kuriozalne decyzje personalne Prawa i Sprawiedliwości to tylko czubek przysłowiowej góry lodowej. W tzw. Polsce powiatowej, gdzie ludzie znają się doskonale, PiS zraża do siebie swych dotychczasowych lub potencjalnych zwolenników fatalną polityką  personalną, kojarzącą się nie tylko z działaniem swego rodzaju partyjnego urzędu pracy dla krewnych i znajomych królika, ale także z zaprzeczeniem idei, które głosi.

Tzw. „afera starachowicka” w 2003 roku była początkiem końca SLD. Dzisiaj można się zastanawiać, czy „wałbrzyska afera taśmowa”, z której dowiedzieliśmy się, że działacze PiS to  „tacy sami ludzie…jak ci w PO czy SLD …niczym się nie różnią i każdy jest pazerny, każdy by coś chciał…” – oznacza także początek końca formacji politycznej, która na swych sztandarach ma napis „Prawo i Sprawiedliwośc”? 

patrz:   https://www.antypartia.org/aktualnosci/tacy-sami-ludzie-jestesmy-jak-ci-w-po-czy-sld-niczym-sie-nie-roznimy-i-kazdy-jest-pazerny-kazdy-by-cos-chcial-kolejna-afera-tasmowa/

Trudno powiedzieć, w jakim stopniu formacje pretendujące w Polsce do miana prawicowych (czyli prawych) są niszczone od wewnątrz przez podstawionych tam ludzi, a na ile ich rozkład ma charakter niezamierzonego, nieuświadomionego samozniszczenia? Jakby nie było, w Polsce prawicy albo po prostu nie ma, albo – jeśli już jakimś cudem zakiełkuje, szybko ulega demoralizacji, a przez to rozkładowi lub jest w wyrafinowany sposób niszczona przez różnego rodzaju agentów wpływu.

Być może, gdy zakończy się era PiS, na polskiej scenie politycznej pojawi się formacja, która będzie nie tylko faktycznie prawicowa, ale także autentycznie prawa.

Marek Ciesielczyk

tel. 601 255 849

dr.ciesielczyk@gmail.com

Czy Polsce, Francji, USA …  grozi wojna domowa?

XXI. wiek zmienił w istotny sposób  treść wielu jednoznacznych wcześniej terminów. Dzisiaj wojna nie musi oznaczać tego, czym była kilkadziesiąt lat temu. Działania „zielonych ludzików”, operacje  cybernetyczne, terroryzm, przestępczość i inne tego typu akcje, zwane wojną hybrydową, mogą prowadzić dzisiaj do tego samego celu politycznego co tradycyjne działania wojenne.

Nieracjonalną wydaje się dzisiaj niszcząca totalnie wojna jądrowa, skoro można pokonać przeciwnika, niszcząc np. jego gospodarkę czy wręcz cywilizację poprzez sterowany,  potężnych rozmiarów napływ tzw. „uchodźców” czy też lockdown, wynikający z faktycznego lub rzekomego zagrożenia zdrowia i życia przez rozprzestrzeniający się (lub rozprzestrzeniany?) wirus.

Wojna domowa kojarzy się nam najczęściej z hiszpańską La guerra civil (1936-39) czy też – mniej znanym – konfliktem polsko-polskim w latach 1704–1706.

Mając na uwadze wstępne uwagi, możemy chyba powiedzieć, że dzisiaj wojna domowa nie musi wcale oznaczać barykad na ulicach i strzelających do siebie obywateli tego samego państwa.

Zdaniem piszącego tego słowa, wieloletni już ostry konflikt polityczno-społeczny w Polsce ma charakter hybrydowej wojny domowej, prowadzonej przez dwa plemiona, określające się jako „koalicja rządząca” lub „obóz zjednoczonej prawicy” oraz opozycja (zwana złośliwie przed adwersarzy „opozycją totalną”).  Oczywiście rodzaj i liczba ofiar tej wojny polsko-polskiej nie jest porównywalna z rezultatami konfliktu np. pomiędzy np. plemionami Hutu i Tutsi, niemniej jednak jej skutki i prawdopodobna eskalacja konfliktu mogą budzić niepokój.

Także konflikty społeczno-polityczne i ich szczytowanie w postaci potężnych demonstracji „żółtych kamizelek” w dzisiejszej Francji można uznać za rodzaj wojny domowej, która prawdopodobnie także przybierze jeszcze bardziej gwałtowne formy w najbliższej przyszłości wskutek gospodarczego kryzysu pokowidowego.

Niedawne zajęcie siedziby amerykańskiego kongresu przez zwolenników prezydenta Trumpa,  skutkujące m.in. ofiarami śmiertelnymi, również ma charakter kiełkującej wojny domowej w USA. Eskalacja konfliktu za oceanem jest wysoce prawdopodobna choćby ze względu na widoczną wyraźnie determinację obydwu stron tej wojny amerykańsko-amerykańskiej.

Przedstawione tu trzy rodzaje hybrydowych wojen domowych w Polsce, Francji czy USA wskazują, iż protestujący nie mają szans osiągnąć założonych celów, organizując swe demonstracje w ten sam sposób jak dotychczas. Albo będą przysłowiowo bezskutecznie bili głową w mur jak dotąd i w końcu przestaną (na co liczy druga strona konfliktu), albo zmienią metody protestu.

Zmiana ta może oznaczać znaczną radykalizację. Trzeba pamiętać, iż wojna polko-polska przyniosła już ofiary śmiertelne. W Łodzi w 2010 roku zamordowany został pracownik biura poselskiego PiS, Marek Rosiak, a morderca nie krył, iż chciał zabić przywódcę jednej ze stron konfliktu – prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego. Na początku 2019 zamordowany został z kolei prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Jego zabójca oświadczył m.in.: ”… Platforma Obywatelska mnie torturowała. Dlatego właśnie zginął Adamowicz.”   

W roku 2017 aktu demonstracyjnego samopodpalenia dokonał Piotr Szczęsny, gruntownie wykształcony chemik i szkoleniowiec – „w proteście przeciwko polityce Prawa i Sprawiedliwości oraz inspirowanej politycznie dyskryminacji…”

W 2012 roku pracownik naukowy Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, Brunon Kwiecień przygotowywał wysadzenie w powietrze budynku Sejmu RP. Gdy ujawniono to, po Polsce zaczęły krążyć różnego rodzaju dowcipy, które można było interpretować jako przejaw radykalizacji nastrojów społecznych. Znane są przypadki ostrych rodzinnych konfliktów z powodu różnych sympatii politycznych.    

Nie można wykluczyć, że wojna domowa toczona od lat przez obydwa polskie plemiona polityczne przeobrazi się wkrótce w gwałtowne starcia uliczne, a osoby mało odporne psychicznie czy też cierpiące na zaburzenia psychiczne będą decydować się na akty przemocy, skutkujące ofiarami. Radykalizację przyśpieszą zapewne nie tylko wyjątkowo negatywne skutki gospodarcze lokdawnu (niedawno, prawdopodobnie z powodu bankructwa  samobójstwo popełnił 56-letni restaurator z Wrześni, Jarosław Gasik), ale zmiany w psychice ludzi odizolowanych od całego świata z powodu tego, co określane jest mianem „pandemii”.

Scenariusz numer dwa to zmiana form protestu na metody propagowane np. przez Mahatmę Gandhiego – non violencebierny opór. Gandhi zalecał stosowanie ponad 200 metod non violence. Skoro jednak marsze uliczne okazały się bezskuteczne, nie można wykluczyć, iż zdesperowana część jednego z walczących plemion zdecyduje się np. na obywatelskie nieposłuszeństwo (civil disobedience) , odmowę respektowania praw uznanych za niesprawiedliwe, co także mieści się na liście Gandhiego. Protest może np. przybrać formę całkowitej blokady przez demonstrantów budynku parlamentu, rządu czy ministerstw czy lotnisk?

Skoro w Polsce referendum jest fikcją, nie można uznać zainstalowanego u nas systemu za w pełni demokratyczny, zatem obywatele – nie mając możliwości wyrażenia swej opinii np. w drodze wiążącego referendum – będą uciekać się prawdopodobnie do civil disobedience.

Przedrewolucyjna atmosfera w wielu państwach demokratycznych, zwłaszcza w USA czy Francji, może oczywiście wpłynąć na sytuację w Polsce i przyśpieszyć aktywność społeczną, która jeszcze bardziej sprzyjać będzie zaostrzaniu form prowadzonej wojny domowej.

Nic nie wskazuje na to, by uczestnicy wojny polsko-polskiej zdolni byli do jej zakończenia czy nawet do zawieszenia broni. Wypada więc tylko mieć nadzieję, iż jeszcze raz przysłowie okaże się mądrością ludu i tam, gdzie dwóch się bije, trzeci skorzysta. Zdegustowani tym konfliktem Polacy odwrócą się od jednej i od drugiej jego strony i wybiorą trzecią drogę, całkiem nową propozycję polityczną?

Marek Ciesielczyk

Antypartia ogłasza konkurs dla młodych Polaków – Nagrody to np. wycieczka na Karaiby, Florydę, do Nowego Jorku, Paryża, Londynu lub Rzymu (przekaż tę informację dalej)

Zazwyczaj to partie polityczne oferują „kiełbasę wyborczą” w postaci obietnic realizacji najprzeróżniejszych punktów programu. Nowe na polskiej scenie politycznej ugrupowanie ANTYPARTIA postanowiło postąpić odwrotnie. Proponuje, by to obywatele tworzyli program wyborczy.

 

ANTYPARTIA ogłasza konkurs na projekt programu wyborczego dotyczącego młodzieży. Powinien zawierać propozycje korzystnych dla młodych Polaków reform – zwłaszcza w podstawowym, średnim i wyższym szkolnictwie, które przyczynią się do istotnego podniesienia poziomu kształcenia i wychowania,  czy też takich zmian na rynku pracy oraz w programach rozwoju budownictwa mieszkań dla młodych małżeństw, które zachęcać będą młodzież polską do pozostania w kraju. Najlepsze propozycje zostaną przyjęte do programu wyborczego ANTYPARTII, zaś autorzy nagrodzonych prac, którzy wyrażą taką chęć, będą tworzyć młodzieżówkę ANTYPARTII i brać udział w prawyborach, w wyniku których – oddolnie – tworzone będą listy wyborcze ugrupowania za 3 lata.

Autorami projektów mogą być obywatele polscy, którzy w dniu ogłoszenia konkursu skończą  16 lat i nie przekroczą 25 roku życia. Sugerowana długość prac – między 5 i 10 standardowych stron A4.

Autorzy najlepszych projektów zdaniem jury, złożonego z 41 koordynatorów okręgowych ANTYPARTII, otrzymają atrakcyjne nagrody – wycieczkę na Karaiby, Florydę, do Nowego Jorku, Londynu, Paryża lub Rzymu (w lecie 2021), laptop lub smartfon.

Zwracamy się do potencjalnych uczestników konkursu już teraz o przekazanie nam Waszych sugestii, który kierunek podróży powinniśmy wybrać jako nagrodę – Karaiby, USA czy Europę? Prosimy przysyłać w tej sprawie maile na adres:

antypartia@oburzeni.info  lub sms-y na numer: 601 255 849.

Szczegóły konkursu ogłosimy w okresie marzec – maj 2021.

ANTYPARTIA

www.antypartia.org

 

Test na inteligencję dla kandydatów na posłów – Od polityków gorsi są tylko pedofile

Swego czasu CIA udało się zdobyć podręcznik KGB. W czasach zimnej wojny, gdy Sowieci destabilizowali sytuację na Zachodzie, KGB zalecał umieszczanie na czele istotnych instytucji państw demokratycznych, które chciał zniszczyć, nie swych agentów wpływu (gdyż ich można było zdekonspirować), lecz ludzi o bardzo niskim ilorazie inteligencji. Idiota jest bowiem w stanie zniszczyć każdą instytucję i nie musi być przy tym bezpośrednim agentem wpływu. Przykład Polski po 1989 roku dowodzi słuszności tego podręcznikowego zalecenia.

patrz:  https://youtu.be/-MBL9yOOf0Y

Gdybyśmy przeprowadzili sondaż, pytając ludzi, jakie cechy powinien posiadać poseł, senator, minister, radny,  wójt, burmistrz, z całą pewnością większość ankietowanych odpowiedziałaby, iż  polityk powinien być uczciwy, inteligentny, odważny.

Jeśli spytalibyśmy równocześnie, z czym kojarzy ci się słowo „polityk”, znaczna cześć ankietowanych odpowiedziałaby zapewne – „złodziej”. Coraz bardziej popularne w Polsce staje się powiedzenie: „Od polityków gorsi są tylko pedofile”.

patrz: https://youtu.be/9yTHnGPN9h8

Jako że standard życia w danym państwie zależy bezpośrednio od ilorazu inteligencji, uczciwości i odwagi tych, którzy podejmują kluczowe decyzje, na jakich zasadach pobierane  są od obywateli daniny w postaci podatków, a jeszcze bardziej od tego, na co są przeznaczane, Polska znajduje się na końcu wszystkich list rankingowych, obrazujących ten standard.

patrz np.:  https://www.antypartia.org/aktualnosci/dlaczego-polska-jest-ciagle-pariasem-europy-o-koniecznosci-gruntownej-zmiany-na-polskiej-scenie-politycznej/  

Jak zastąpić klasę polityczną, która rządzi niesprawnie Polską od 30 lat ludźmi inteligentnymi, uczciwymi i odważnymi, skoro z jednej strony uniemożliwia to system selekcji polityków („najgłupsza nie świecie ordynacja wyborcza”), a z drugiej – wyborcy w tak dużym stopniu ulegają ogłupiającemu ich systemowi edukacji oraz medialnej manipulacji, iż wybierają do Sejmu np. 23-letniego magazyniera spod Wieliczki, „ukrytego” w środku listy wyborczej i nie prowadzącego żadnej kampanii, tylko dlatego, że nazywa się Ziobro (nawiasem mówiąc – niespokrewnionego ze Zbigniewem)?

Nie ma testu na uczciwość, któremu można by przed wyborami poddać kandydatów do parlamentu czy rady gminy. Jeśli nawet kandydat był już wcześniej posłem i okazał się człowiekiem nieuczciwym, wyborcy albo o tym w ogóle nie słyszeli, albo zapomnieli, jako że w polskim systemie wyborczym okręg jest rozległy (100 km x 100 km albo więcej), kandydatów jest kilkuset, a kampania wyborcza zbyt krótka, by dotrzeć do wszystkich wyborców. Nie pamiętają oni zazwyczaj nazwisk tych, na których głosowali, a w czasie kadencji nie docierają do nich żadne informacje na temat zachowania posłów w Sejmie. Czołówkę listy wyborczej ustala kierownictwo partii, a jej sympatycy z automatu głosują na tych, którzy są na czele listy, nie mając zazwyczaj pojęcia, kto to jest.

Mogą też głosować na znane nazwisko, jak pokazuje w/w przykład magazyniera. Jeden z kandydatów do Senatu w tarnowskim okręgu wyborczym, by być pierwszym na liście (w przypadku wyborów do wyższej izby parlamentu obowiązuje bowiem porządek alfabetyczny), zmienił sobie nazwisko na Ablewicz (tak nazywał się znany biskup tarnowski) i mało brakowało, a dostałby się do Senatu. W wyborach samorządowych znane są przypadki poszukiwania kandydatów z książki telefonicznej o nazwiskach Mickiewicz, Piłsudski, Popiełuszko etc.

Są małe szanse, by jeszcze przed postawieniem znaku X przy nazwisku stwierdzić, czy dany kandydat jest uczciwy. Podobnie w przypadku odwagi. Dzięki Bogu w naszej części świata wojen już nie ma, więc ludzie nie sprawdzają się w boju. Jak się ma przekonać wyborca, czy kandydat przypadkiem nie jest tchórzem i nie będzie stał na baczność całą kadencję przed wodzem partyjnym nawet wówczas, gdy projekt jakiejś ustawy będzie szkodliwy dla Polaków? Pewną namiastką testu na odwagę kandydata na posła czy radnego może być część jego życiorysu sprzed roku 1989. Jeśli kandydat ze względu na swój PESEL był człowiekiem dorosłym w czasach PRL-u, możemy (także dzięki archiwom IPN) sprawdzić, jak się zachowywał wobec komuny. Ten „test” może mieć pewną wartość poznawczą, ale jedynie w przypadku starszych wiekiem kandydatów.

Skoro nie jesteśmy w stanie przeprowadzić skutecznie ani testu na uczciwość, ani na odwagę, to może warto by zaproponować takie zmiany w Kodeksie wyborczym RP, które nakładałyby na  wszystkich kandydatów do parlamentu polskiego oraz do rad gmin i na stanowiska wójtów, burmistrzów i prezydentów miast obowiązek poddania się testowi na inteligencję. To przecież jest wykonalne. Kandydować mogliby tylko ci, którzy w tym teście osiągną pewien określony poziom. Można oczywiście dyskutować, czy musieliby wykazać się ilorazem inteligencji wyższym niż na przykład Władysław Gomułka, Kazimierz Marcinkiewicz,  Renata Beger czy Marian Curyło, z którego ust usłyszeliśmy z mównicy sejmowej słowa:  Salem alejkum! Ślonek zjen ente eni sała, sała. Samoobrona gul, gul. Mister Belka, jala biet”, czy też powinni być od nich nieco bardziej inteligentni.

   Salvador Dali , Kaligula

Jeśli nauczyciel ze szkoły podstawowej w Gorzowie Wielkopolskim, Kazimierz Marcinkiewicz, który odsłonił swój prawdziwy potencjał intelektualny (sic!) w wyniku słynnego romansu z Isabel, mógł być nie tylko posłem, ale wiceministrem edukacji narodowej, a nawet premierem RP, to znaczy, że cesarz Kaligula miałby w dzisiejszej Polsce szanse ponownie mianować swego konia senatorem, posłem, ministrem lub nawet premierem.

Promowanie głupoty w Polsce nie zna barw politycznych. Przypomnijmy, że po rozstaniu się z PiS-em Marcinkiewicz przez pewien czas cieszył się względami także tzw. opozycji.

Gdyby na pierwszym miejscu listy wyborczej dużej partii politycznej umieścić np. owcę, prawdopodobnie zostałaby posłem. Po wprowadzeniu ustawowego obowiązku poddania się testowi na inteligencję, nie miałaby szans, chyba, że minimum ustalono by na takim poziomie, by kandydować mogli wszyscy pretorianie wodza rządzącej w danym momencie w Polsce partii politycznej.

Oczywiście bezobjawowi demokraci oburzą się w tym miejscu i natychmiast zakwestionują moją propozycję jako niezgodną z Konstytucją RP, gdyż wprowadzałaby ona rzekomo ograniczenia praw wyborczych (kandydowania) dla mniej inteligentnej części obywateli RP. Jednak nikt przecież nie kwestionuje zasadności punktacji (a w niektórych przypadkach egzaminów) przy naborze na studia. Nikt z nas nie chciałby, aby – powiedzmy – na medycynę czy informatykę przyjmowani byli słabi intelektualnie kandydaci na studentów. Skoro nie chcemy, by lekarzem czy informatykiem był idiota, tym bardziej powinniśmy zabiegać o to, by o wydatkowaniu naszych podatków decydowali ludzie inteligentni.

Marek Ciesielczyk 

O autorze:  doktor politologii Uniwersytetu w Monachium, profesor University of  Illinois w Chicago, pracownik naukowy Forschungsinstitut fur sojetisze Gegewart w Bonn, Fellow w European University Institute we Florencji

 

Dlaczego Polska jest ciągle pariasem Europy? – O konieczności gruntownej zmiany na polskiej scenie politycznej

Jakie są przyczyny tego, iż po 30 latach przemian polityczno-ekonomicznych wynagrodzenia Polaków są w dalszym ciągu kilka razy niższe od tych w Europie Zachodniej? Dlaczego w znacznie krótszym czasie (5-10 lat) innym państwom udało się wyjść z podobnego ubóstwa i osiągnąć najwyższy na świecie standard życia swych obywateli (np. Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapurowi)?

„Rząd próbował chyba wszystkiego, co nie działało.”

Ruth Richardson

-współautorka cudu gospodarczego w Nowej Zelandii

 

Wystarczy pozbyć się z polskiej polityki 300 ludzi …

W ciągu ostatnich 30 lat kolejno rządzące lub współrządzące w Polsce ugrupowania (przede wszystkim SLD, PSL, AWS, UW, PO, PiS) wmawiają Polakom, iż nasz kraj osiągnął wielki ekonomiczny sukces. Prawda jednak jest taka, iż Polska nie wykorzystała właściwie tych 30 lat (by nie rzec zmarnowała je) i okupuje teraz najniższe miejsca na wszystkich możliwych listach rankingowych, obrazujących wynagrodzenia, ogólny standard życia czy wielkość PKB na głowę.

Jeśli weźmiemy pod uwagę np. wskaźnik rozwoju społecznego HDI, czyli miernik opisujący stopień rozwoju społeczno-ekonomicznego, uwzględniający nie tylko dochód narodowy per capita wg. parytetu siły nabywczej, ale także organizację systemu edukacji czy oczekiwaną długość życia obywateli w danym państwie, to np. w roku 2016 Polska znalazła się dopiero na 35. miejscu na świecie. Najlepiej rozwiniętym państwem okazała się wówczas Norwegia, Australia i Szwajcaria, biedny kiedyś, otrząsający się z kolonialnego zniewolenia w drugiej połowie lat 60-tych Singapur zajął 6. miejsce, zaś bardzo słabo rozwinięta gospodarczo jeszcze w latach 60-70-tych Irlandia – 8., a stojąca na skraju bankructwa na początku lat 80-tych Nowa Zelandia – 12.

Polskę wyprzedziły np. Słowenia, która jeszcze latem 1991 walczyła zbrojnie o swą niepodległość, Czechy, które musiały rozstać się ze Słowacją w 1993, a nawet była republika sowiecka – Estonia. Polsce udało się nieznacznie (tylko o jedno miejsce) wyprzedzić inną b. część ZSRS – Litwę.

W roku 2010 plasująca się na odległym miejscu na liście rankingowej, przedstawiającej PKB nominalne per capita (w cenach bieżących) Polska miała wynik aż ponad 12 razy gorszy niż lider tabeli, zaś w 2018 roku (czyli 8 lat później) sytuacja nie uległa znaczącej poprawie – Polska zajmując dopiero 62. miejsce, miała PKB per capita 11 razy gorszy niż lider tego rankingu. Nasz kraj wyprzedziły m.in. Słowenia, Czechy, Estonia, Słowacja, Litwa, Łotwa, Węgry. Polski PKB per capita był nieco większy tylko od chorwackiego, rumuńskiego i bułgarskiego.

W 2017 roku z kolei w rankingu biorącym pod uwagę wskaźnik wolności gospodarczej Polska znalazła się dopiero na 45. miejscu na świecie. Na najnowszej liście rankingowej Trading Economics, przedstawiającej wartość PKB per capita Polska uplasowała się dopiero na 46. miejscu. Najlepszy okazał się tu Luksemburg, Irlandia – 3, Singapur – 7, Nowa Zelandia – 24.  Wyprzedziły nas w tym rankingu: Słowenia, Czechy, Słowacja, Estonia, Litwa i Węgry. Za nami były tylko Łotwa, Chorwacja, Rumunia i Bułgaria.

Mimo, iż PRL była w roku 1950 prawdopodobnie nieco bogatsza od wyniszczonej wojną domową i działaniami antyfrankistowskiej partyzantki Hiszpanii, to teraz Polska ma ok. 2 razy mniejszą od niej produkcję na osobę. Choć PRL miała nieco większe tempo wzrostu gospodarczego niż Irlandia w latach 50-tych, a nawet 70-tych (!), teraz Zielona Wyspa może być dla nas niedoścignionym wzorem.

Polska wypada fatalnie na tle zarówno Europy Zachodniej jak i byłych państw komunistycznych także w rankingu Legatum Prosperity Index opartym na takich czynnikach, jak zamożność, wzrost gospodarczy, poziom edukacji, ochrona zdrowia, samopoczucie i jakość życia obywateli danego państwa. W roku 2020 nasz kraj na tej liście rankingowej znalazł się dopiero na 36. miejscu. Pierwsze miejsce zajęła tu Dania, drugie – Norwegia, trzecie – Szwajcaria, siódme – Nowa Zelandia, dwunaste – Irlandia, piętnaste – Singapur.

Polskę znowu wyprzedziły Estonia, Słowenia, Czechy, Łotwa, Litwa, Słowacja, zaś za nami uplasowały się Chorwacja, Węgry, Rumunia i Bułgaria. Co ciekawe i przygnębiające zarazem, Polska spadła na to samo miejsce, które zajmowała już 10 lat wcześniej w tym rankingu, co oznacza, że nasz stan zamożności i wygody życia nie uległ poprawie w porównaniu z innymi państwami w ciągu tej dekady.

Na liście obrazującej średnie miesięczne wynagrodzenie netto w 31 europejskich państwach (patrz tabela), Polska zajmuje 6. miejsce od końca ! Mniej zarabiają tylko obywatele Łotwy, Słowacji, Węgier, Rumunii i Bułgarii (Litwa wyprzedziła nas niedawno). Zauważyć trzeba, że zarówno Łotwa jak i Słowacja niewiele tracą do Polski. Jeśli nasz kraj będzie w dalszym ciągu rozwijał się gospodarczo w tak wolnym tempie, nie można wykluczyć, iż już niedługo także Rumuni i Bułgarzy będą zarabiać więcej niż obywatele naszego kraju.

Polacy zarabiają prawie 6 razy mniej niż mieszkańcy Liechtensteinu, ponad 3 razy mniej niż Irlandczycy, prawie 2 razy mniej niż Hiszpanie, ok. półtora raza mniej niż Estończycy czy Słoweńcy!

  Louis Dewis – Stary żebrak

___________________________________________________________________________

Przeciętne wynagrodzenie miesięczne netto w EURO  (2019/2020)

na podstawie Wikipedia – List of European countries by average wage

_____________________________________________________________________________

1.    Liechtenstein 4,887
2.      Szwajcaria 4,588
3.    Luksemburg 3,573
4.     Dania 3,562
5.     Islandia 3,221
6.     Norwegia 3,078
7.    Austria 2,885
8.    Irlandia 2,748
9.    Szwecja 2,741
10.   Finlandia 2,509
11.   Niemcy 2,456
12.   Francja 2,411
13.   Belgia 2,262
14.   Wielka Brytania 2,229
15.   Holandia 2,152
16.   Hiszpania 1,784
17.   Włochy 1,729
18.   Cypr 1,658
19.   Estonia 1,214
20.   Słowenia 1,175
21.   Grecja 1,116
22.   Czechy 1,084
23.   Portugalia 1,004
24.   Litwa 928
25.   Chorwacja 902
26.   Polska 860
27.   Łotwa 844
28.   Słowacja 836
29.   Węgry 755
30.   Rumunia 682
31.   Bułgaria 554

________________________________________

Polska nie ma szans na powtórzenie tego, co zrobiły np. Irlandia, Nowa Zelandia czy Singapur, gdyż patologiczny system selekcji sprawujących władzę w państwie (m.in. „najgłupsza na świecie ordynacja wyborcza” czy nieuczciwe konkursy) sprawia, iż decyzyjne stanowiska (od kierownika wiejskiego domu kultury po posłów i ministrów) obejmują zazwyczaj ludzie mało inteligentni, nieuczciwi i tchórzliwi. Od 1989 roku Polską rządzi grupa ok.300 osób, którzy od czasu do czasu zmieniają sztandary polityczne, pod którymi kandydują (Tusk, Pawlak, Kaczyński, Miller są obecni na scenie politycznej cały ten czas).

Skoro przez 30 lat ludzie ci nie byli w stanie stworzyć warunków podwyższenia standardu życia Polaków do poziomu państw Europy Zachodniej, nie będą w stanie tego zrobić także w przyszłości. Dlatego Polakom opłaca się dokonanie gruntownych zmian na polskiej scenie politycznej.

Nie będzie to oczywiście proste, gdyż tragicznie niski poziom nauczania (co potwierdzają np. odległe miejsca nawet najlepszych polskich uniwersytetów na listach rankingowych uczelni) oraz ogłupianie społeczeństwa przez kolejne ekipy rządzące (m.in. przy pomocy prymitywnych mass mediów oraz plebejskiej rozrywki w stylu disco polo) doprowadziły do tego, iż Polacy po roku 1989 dokonują co 4 lata tak fatalnych wyborów, iż niemożliwym jest szybki rozwój gospodarczy kraju. W 100-tysięcznym mieście wyborcy głosowali na jednego z kandydatów na prezydenta tegoż grodu tylko dlatego, iż „ładnie śpiewał godzinki”, w tarnowskim okręgu wyborczym do Sejmu wybrany został 23-letni magazynier spod Wieliczki, (mimo, że był „ukryty” w środku listy wyborczej i nie powiesił ani jednego swego plakatu), tylko dlatego, że nazywał się Ziobro (nawiasem mówiąc, nie był spokrewniony ze Zbigniewem Ziobro).

Jeśli Polacy chcą za 5-10 lat zarabiać tyle, co obywatele Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapuru, władzę w naszym kraju muszą przejąć zupełni inni ludzie, którzy będą w stanie przeprowadzić podobne reformy jak Irlandczycy, Nowozelandczycy czy Singapurczycy, o czym będzie mowa w dalszej części tego tekstu.

Na polskiej scenie potrzebna jest autentycznie nowa siła polityczna (nie w rodzaju Petru bis), spoza obecnego układu, która zmieni gruntowanie patologiczny system, sprawiający, że posłami, ministrami, prezesami spółek państwowych i samorządowych, ambasadorami, dyrektorami istotnych instytucji mianowani są wyłącznie ludzie związani z rządzącym w danej chwili ugrupowaniem (nowa nomenklatura), którzy otrzymane od kacyków partyjnych stanowiska traktują jako swego rodzaju zdobycz wojenną, a nie szansę na przeprowadzenie koniecznych reform.

Prowadzące od lat wojnę polsko-polską, wrogo nastawione do siebie plemiona polityczne nie mają żadnego pomysłu, by w ciągu kilku lub kilkunastu lat – podobnie jak to miało miejsce w przypadku Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapuru – zapewnić Polakom standard życia, jakim się cieszą obywatele wymienionych tu państw.

Nie musimy wymyślać prochu. Wystarczy dostosować do polskich warunków reformy niżej opisane, by powtórzyć sukces Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapuru.

 

Inteligentna niepodległość Irlandii źródłem jej sukcesu ekonomicznego

To, czego Polsce nie udało się osiągnąć w ciągu ostatnich 30 lat, zrobiła Irlandia w znacznie krótszym czasie, bo w ciągu ok. 10 lat. 

Spektakularny sukces gospodarczy Irlandii nie był wyłącznie wynikiem – jak próbują sugerować niektórzy – pomocy finansowej ze strony EWG (poprzedniczki UE), po roku 1973, lecz późniejszej, przemyślanej, irlandzkiej strategii przyśpieszonego rozwoju ekonomicznego.

Liczne podobieństwa historyczne Polski i Irlandii sprawiają, iż porównanie  skutków działań polityków tych państw ma szczególny sens. Polskę zniszczyły m.in. zabory, wojny, komunizm i emigracja wartościowej części społeczeństwa, Irlandię – wielki głód lat 1845 – 49 (gdy zmarło 20% Irlandczyków) skutkujący emigracją  2 milionów osób,  brytyjska okupacja do początku lat 20-tych ub. wieku,  zniewalająca zależność gospodarcza od Londynu (w praktyce do końca lat 70-tych). Jak słaba była pozycja Irlandii, pokazują dane z lat 1950-59, kiedy to średnie tempo wzrostu gospodarczego wynosiło w tym kraju tylko 1,8%, a w PRL-u – 2,6%, zaś latach 1970-79 – 3,2%, a w PRL-u – 3,4%. Czyli można powiedzieć, iż pozycja startowa Irlandii i Polski pod komuną była porównywalna. W ciągu ostatnich 40 lat Irlandia pozostawiła nas jednak daleko w tyle.

Gdy Irlandia wstępowała do EWG, była jednym z najbiedniejszych państw Wspólnoty. W pierwszej połowie lat 70-tych jej PKB na głowę mieszkańca wynosił zaledwie 60% średniego poziomu EWG. Dla porównania, po 25 latach przemian gospodarczych w Polsce i 11 latach członkostwa w Unii Europejskiej, w 2015 roku PKB per capita w parytecie siły nabywczej Polski wynosił zaledwie ok. 68% średniej UE, czyli mniej więcej tyle, co biednej Irlandii w chwili jej wstępowania do EWG.

Przez pierwsze 20 lat członkostwa w EWG Irlandia rozwijała się podobnie jak inne państwa Wspólnoty (np. w latach 1990-94 średnie tempo wzrostu wynosiło „tylko” 3,4%.).  Przyśpieszony wzrost gospodarczy Zielonej Wyspy nastąpił dopiero w połowie lat 90-tych i był wynikiem rozumnych rządów irlandzkich, a nie pomocy unijnej. W roku 1995 tempo wzrostu wynosiło już 10%, a w 2000 roku – 11,5%. W tym właśnie roku irlandzki PKB na głowę wynosił już 114% średniego poziomu unijnego, zaś w 2007 – aż 148% ! Dla porównania w przypadku Wielkiej Brytanii czy Niemiec było to tylko 116%. W roku 2015 wzrost PKB wyniósł w Irlandii prawie 26%, co było absolutnym rekordem wśród krajów Zachodu w 21. Wieku. Irlandzki PKB na głowę wzrósł aż do 178% średniej unijnej. W ostatnich latach średnia wzrostu gospodarczego Irlandii przekraczała dwu- trzykrotnie wskaźniki wzrostu gospodarczego krajów Unii Europejskiej.

Dlaczego Irlandia była w stanie odnieść tak wielki sukces gospodarczy w ciągu 5  (1995 – 2000) lub – jak niektórzy chcą – w ciągu 20 lat (1995 – 2015) ? Dlaczego nie dokonała tego Polska w ciągu 30 lat (1990 – 2020) czy Grecja, która otrzymała od Unii Europejskiej znaczną pomoc?

Jak już zauważyliśmy wcześniej, to nie wstąpienie Irlandii do EWG było przyczyną wyjścia tego kraju z ubóstwa, w jakim do dzisiaj tkwi Polska czy Grecja, lecz napływ inwestycji zagranicznych, których wartość była ponad 10 razy większa niż dotacje z Unii Europejskiej (!), stabilizacja finansów publicznych (w 2018 roku deficyt sektora rządowego i samorządowego wyniósł 0% PKB, a dług publiczny zmniejszył się z 104% w roku 2014 do ok. 60% w roku 2018), rozsądna polityka fiskalna, redukcja wydatków i stopy fiskalizmu,  (CIT 12,5% był przez wiele lat najniższym w Europie Zachodniej), deregulacja, prywatyzacja, zmiany regulacyjne w gospodarce (ulgi inwestycyjne) skutkujące wyjątkową wolnością (w 2012 gospodarka Irlandii miała najlepszy wskaźnik wolności w Unii Europejskiej i była w pierwszej dziesiątce na świecie, dla porównania – Polska w 2017 uplasowała się dopiero na 45. miejscu) oraz gwałtownym wzrostem eksportu, innowacyjność gospodarcza (z poziomem wydatków na badania i rozwój ponad 1,2% PKB), uczynienie z przemysłu elektronicznego i informatycznego najważniejszych gałęzi gospodarki, znaczna poprawa systemu edukacji.  Mówi się, że Irlandczycy wykorzystali w sposób niezwykle inteligentny niepodległość polityczną i ekonomiczną, jaką uzyskali na początku lat 20 i w latach 70-tych 20. wieku.

Jeśli weźmiemy pod uwagę HDI, czyli wskaźnik rozwoju społecznego, to np. w roku 2016 Irlandia znalazła się na 8. miejscu na świecie. Wyprzedził ją nieznacznie m.in. Singapur, a tuż za nią znalazła się Nowa Zelandia. Polska, o czym była już mowa wcześniej, zajęła dopiero 35. miejsce. Nasz kraj wyprzedziły m.in. Słowenia, Czechy, Estonia.

Jeszcze w 1980 roku Irlandia zajmowała 33. miejsce na świecie pod względem wielkości PKB per capita, który był ponad 8 razy mniejszy niż ówczesnego lidera na tej liście rankingowej, tj. Monako. 10 lat później dystans się zmniejszył i irlandzki PKB per capita był już tylko 6 razy mniejszy niż Monako. W roku 2000 Irlandia była już na 17. miejscu, a jej PKB per capita był już tylko 3 razy mniejszy od prowadzącego w dalszym ciągu Monako (dla porównania polski PKB per capita był wówczas 18 razy mniejszy niż Monako). W roku 2018 Irlandia znowu awansowała, tym razem na 6. miejsce, wyprzedzając m.in. USA. Polska na tej liście rankingowej (PKB nominalne per capita w cenach bieżących) znalazła się dopiero na 62. miejscu.

W rankingu Legatum Prosperity Index (z 2020 roku), uwzględniającym zamożność, wzrost  gospodarczy, edukację, ochronę zdrowia, samopoczucie i jakość życia w różnych państwach, Irlandia zajęła 12. miejsce na świecie (Norwegia – 1, Szwajcaria – 2, Nowa Zelandia – 7, Singapur 15). Polska znalazła się dopiero na 36. miejscu.

Świetnie wypadła Irlandia także w rankingu Trading Economics (grudzień 2019). Pod względem wielkości PKB per capita zajęła 3. miejsce na świecie. Wyprzedziły ją tylko Luksemburg i Norwegia. Irlandia okazała się lepsza m.in. od Szwajcarii (4. miejsce), Singapuru (7.) czy Nowej Zelandii (24.). Polska zajęłą dopiero 46 miejsce, a jej PKB per capita był wówczas mniejszy ponad 6 razy mniejszy od lidera listy rankingowej.

W ciągu 30 lat Polsce nie udało się nawet trochę zbliżyć do sukcesu, jaki osiągnęła w ciągu 5-20 lat Irlandia (czy Singapur lub Nowa Zelandia).

 

Jak Nowa Zelandia powróciła do klubu najzamożniejszych na świecie?

Mało kto pamięta, iż w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku standard życia w Nowej Zelandii  był wyższy zarówno od tego w Australii jak i Europie Zachodniej. W roku 1960 PKB per capita Nowej Zelandii plasowało ten kraj na drugim miejscu na świecie (za USA).  Później było coraz gorzej. W 1970 roku Nowa Zelandia znalazła się dopiero na 23 miejscu, a w 1980 – na 32. Rządząca tym krajem od 1949 do 1984 roku – teoretycznie konserwatywna – Partia Narodowa doprowadziła Nową Zelandię swą socjalistyczną polityką ekonomiczną do katastrofy. Wzrost gospodarczy nieznacznie tylko przekraczał 0 lub był ujemny zaś dwucyfrowa inflacja (w 1982 roku – ponad 16%), astronomiczny dług publiczny, wysokie bezrobocie oraz ucieczka ludzi z kraju oznaczały na początku lat 80-tych, iż bez gruntownych reform systemu Nowej Zelandii grozi bankructwo.

Paradoksalnie reformy te  – typowe dla ugrupowań konserwatywnych –  rozpoczęła w 1984 roku lewicowa Partia Pracy. Co ciekawe, reformy znalazły poparcie politycznych adwersarzy –  Partii Narodowej. To tak, jakby nagle z PO zaczęło współpracować PiS. To, co niemożliwe w Polsce, okazało się nie tylko realne, ale zbawienne dla gospodarki Nowej Zelandii po 1984 roku.

Strategię ekonomiczną, która nie tylko uratowała Nową Zelandię, ale wprowadziła ją ponownie do czołówki wszelkich ekonomicznych list rankingowych, opisał znakomicie  Bill Frezza w swej książce „Jak uchronić demokrację przed… demokratycznie wybranymi politykami – czyli nowozelandzkie reformy antyetatystyczne”.

Po roku 1984 w Nowej Zelandii wprowadzono różne elementy systemu zarządzania zorientowanego na rezultat, zrezygnowano z dożywotniego zatrudniania urzędników służby cywilnej na rzecz indywidualnych umów o pracę i awansów zależnych od osiągnięć zawodowych, a nie od stażu pracy, podatek dochodowy wypierany był przez zrównoważoną kombinację podatków konsumpcyjnych, zaczęto prowadzić uczciwą politykę informacyjną – zwłaszcza dotyczącą sytuacji ekonomicznej. Scenę polityczną charakteryzować zaczęła uczciwość, transparentność, odpowiedzialność, skuteczność, gospodarność, rozwaga, elastyczność, wolność, dobre przywództwo i odwaga. Nowa Zelandia zaczęła odbijać się od dna.

W latach 1986 – 1989 parlament nowozelandzki przyjął kilka istotnych ustaw, dzięki którym Nowa Zelandia wydostała się z socjalistycznego chaosu gospodarczego i rozpoczęła marsz ku ponownemu dobrobytowi. Były to ustawa o spółkach skarbu państwa, o finansach publicznych i o Banku Rezerw.

Skomercjalizowano spółki skarbu państwa (np. państwowe linie lotnicze, spółkę kolejową, kanał telewizyjny, pocztę, przedsiębiorstwa energetyczne, banki, firmy ubezpieczeniowe, firmy przewozowe). Wprowadzono konkurencyjność, gdyż dotychczas wiele sfer było zmonopolizowane przez państwowe giganty, część spółek całkowicie sprywatyzowano. Wspomniany wyżej Bill Frezza tak opisuje reformy w Nowej Zelandii: „Nadrzędnym celem była opłacalność. Każde przedsiębiorstwo zamiast służyć za bazę nieporadnych synekur, które drenowały budżet kraju, świadcząc usługi na miernym poziomie, miało stanąć  na własnych nogach, bez potrzeby ciągłych dopłat i subsydiów”.

Co ciekawe, także Partia Narodowa po wygranych wyborach w 1990 roku kontynuowała reformy Partii Pracy, redukując wydatki rządowe, uwalniając gospodarkę od wpływu rządu, likwidując obowiązkowe członkostwo pracowników w związkach zawodowych. Frezza zauważa: „Państwo miało być rządzone jak dobrze prosperujący biznes, a nie jak publiczna drukarka pieniędzy”.

Uchwalona w 1994 roku Ustawa o odpowiedzialności fiskalnej zakładała m.in., że całkowite wydatki operacyjne w każdym roku finansowym nie mogły przekraczać całkowitych dochodów operacyjnych w tym samym roku finansowym, zaś poziom i stabilność stawek podatkowych w kolejnych latach powinny być utrzymane „zgodnie z rozsądną zasadą przewidywalności”.

Na rezultaty tych reform nie trzeba było długo czekać. Już w 1994 roku Nowa Zelandia miała największy współczynnik wzrostu zatrudnienia wśród wszystkich państw OECD.

Reformy w Nowej Zelandii, początkowo bolesne, pokazują, iż opłaca się przekonać społeczeństwo do „ponoszenia krótkoterminowych ofiar w drodze do dalekosiężnych celów”. W rankingu Wskaźnika Dobrobytu Legatum (gdzie uwzględnia się wskaźniki gospodarcze, sytuację polityczną, edukację, ochronę zdrowia, bezpieczeństwo, wolność osobistą i kapitał społeczny) w 2014 roku Nowa Zelandia zajęła  3. miejsce, wyprzedzając USA. Świetnie wypadła też we Wskaźniku Rządów Prawa, Globalnym Raporcie Konkurencyjności Światowego Forum Ekonomicznego. W rankingu wskaźnika wolności gospodarczej z 2014 roku Nowa Zelandia zajęła 5. miejsce na świecie – za Honkongiem, Singapurem, Australią i Szwajcarią.

Przykład Nowej Zelandii pokazuje, iż w ciągu zaledwie 10 lat (1984 – 1994) rządzący roztropnie tym krajem – podobnie jak kierujący sprawami Irlandii – wprowadzili wcześniej zrujnowane państwo do czołówki ekonomicznej świata.

To niestety nie udaje się grupie zmieniających się u steru Polski 300 osób, które nieprzerwanie sprawują władzę w naszym kraju po 1989 roku, utrzymując go od 30 lat w pozycji pariasa Europy.

Singapur – także wolnorynkowa autokracja przynosi efekty gospodarcze

Singapur, fot. Wikipedia

Miasto – państwo Singapur uzyskało niepodległość dopiero w roku 1965. Do tego czasu Singapur był eksploatowany jako typowa kolonia brytyjska. Początek niepodległości nie zapowiadał więc późniejszego spektakularnego sukcesu gospodarczego tego państwa. Nikt raczej nie przypuszczał w latach 60-tych, że wkrótce mieszkańcy Singapuru cieszyć się będą najwyższym poziomem życia w Azji (obok mieszkańców Japonii i Brunei).

Mimo, że Singapur trudno nazwać demokracją (od początku jego istnienia rządzi nim ta sama partia) postawiono na hiper wolny rynek. Pewne znaczenie dla ekonomicznego rozwoju Singapuru ma fakt, iż pierwszy (długoletni premier) był absolwentem Harvardu.

Dzięki niskim podatkom dla firm w Singapurze działa ponad 3000 zagranicznych przedsiębiorstw, co jest jedną z przyczyn sukcesu gospodarczego Singapuru, podobnie jak wspieranie przez państwo rozwoju przemysłu wysokich technologii.

Już w latach 70-tych i 80-tych  kraj rozwijał się na poziomie 8-9%, w 1993 roku Singapur osiągnął wzrost gospodarczy 10%, zaś w 2010 – 17,9%. Na początku lat 60. PKB na osobę wynosił ok. 600 dolarów, zaś w 2013 – już ponad 61 tys. dolarów.  Inflacja wynosi przeważnie ok. 1%, zaś bezrobocie ok. 3%.

W roku 1970 pod względem wielkości PKB per capita Singapur zajmował dopiero 40. miejsce na świecie, a jego PKB per capita był ponad 13 razy mniejszy niż ówczesnego lidera – Monako, zaś w roku 2018  Singapur był już 9-ty, a jego PKB per capita – tylko ok. 2 razy mniejszy niż lidera tabeli.

Na liście rankingowej HDI (wskaźnik rozwoju społecznego)  w 2016 roku Singapur znalazł się na 6. miejscu na świecie (m.in. przed Irlandią i Nową Zelandią). W rankingu Legatum Prosperity Index (z 2020 roku) Singapur zajął 15. miejsce na świecie (tutaj wyprzedziły go m.in. Nowa Zelandia i Irlandia).

Dzisiaj Singapur jest czwartym finansowym centrum świata po Londynie, Nowym Jorku i Tokio.  Działa tutaj 170 banków.  Port w Singapurze jest drugim co do wielkości portem na świecie (większy znajduje się w holenderskim Rotterdamie). Tu wytwarza się rocznie połowę światowej produkcji dysków twardych.. W 2018 Singapur był piątym najczęściej odwiedzanym miastem świata.

Już w ciągu pierwszych 20 – 30 lat po odzyskaniu niepodległości, uboga b. kolonia brytyjska stała się jednym z „azjatyckich tygrysów gospodarczych” dzięki swej wolnorynkowej strategii ekonomicznej.

Polacy mogą jedynie pomarzyć o takim tempie rozwoju gospodarczego po 30 latach funkcjonowania quasi wolnego rynku i quasi demokracji w naszym kraju.

Marek Ciesielczyk

O autorze:

doktor politologii Uniwersytetu w Monachium, profesor University of  Illinois w Chicago, pracownik naukowy Forschungsinstitut fur sojetisze Gegewart w Bonn, Fellow w European University Institute we Florencji

tel. 601 255 849

dr.ciesielczyk@gmail.com